Paszporty POLITYKI

Spoza pudełka

Michał Borczuch o spektaklach, które mieszają w głowie

Michał Borczuch, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie i Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST Michał Borczuch, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie i Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST Polityka
Rozmowa z reżyserem Michałem Borczuchem, laureatem Paszportu POLITYKI w dziedzinie Teatru, o spektaklach, które mieszają w głowie, pracy z dziećmi oraz o tym, co odróżnia Roberta Biedronia od Ryszarda Petru.
Polityka
Polityka

Aneta Kyzioł: – Czy występ na gali Paszportów POLITYKI aktora Krzysztofa Zarzeckiego odbierającego w pańskim imieniu nagrodę był wyreżyserowany?
Michał Borczuch: – To była moja czwarta nominacja, dwa razy byłem na gali i doszedłem do wniosku, że, hmm, wystarczy. Natomiast to, że Krzysiek się pojawił zamiast mnie, nie jest przypadkowe. Paszport jest nagrodą indywidualną, ale w moim przypadku powinien mieć wymiar zbiorowy, bo to, co robię, wynika z tego, z kim to robię – z jakimi ludźmi pracuję. A z Krzyśkiem mamy najdłuższy staż w pracy, zagrał w większości moich przedstawień, przyjaźnimy się.

Nie do wszystkich dotarła treść czytanego przez niego w Teatrze Wielkim esemesa od pana…
Pisałem na gorąco, chciałem oddać to, co teraz czuję. Jestem zmęczony, tak jak wielu ludzi, tym naszym niekończącym się gadaniem o polityce, wałkowaniem tematów bez konkluzji. Nie chciałem też po raz kolejny opowiadać o tym, w jakiej sytuacji jest teraz polski teatr, bo wiele o tym już powiedziano i napisano, nie ma sensu powtarzać. Mówienie o sobie i swojej pracy też jakoś wydawało mi się teraz bez sensu. Poszedłem za bezpośrednią emocją, która dotyczyła Ryszarda Petru, bo byłem na świeżo po obejrzeniu jakiegoś programu publicystycznego, w którym reklamował swój plan Petru. Gdy go słuchałem, uderzyło mnie, że otaczają nas – jak to wprost napisałem w esemesie do Krzyśka – heteroseksualni faceci, którzy nie zajmują się niczym poza własnym ego i my też musimy się tym ich ego zajmować. Wkurzamy się, dlaczego ta opozycja jest słaba, dlaczego nie działa. Teraz, po słynnym głosowaniu nad dopuszczeniem do procedowania nad projektem liberalizującym ustawę antyaborcyjną, wydaje mi się, że naprawdę nie ma już co zbierać.

I co dalej?
No nic się nie stwarza, niestety. Takim, nazwijmy to, moim przesłaniem, które na gali miało wybrzmieć ustami Krzyśka Zarzeckiego, była idea, że powinniśmy się oderwać od heteroseksualnych polityków i postawić na polityków homoseksualnych. Np. na Roberta Biedronia. Nie wiem, czy i jak sprawdziłby się na wysokim stanowisku, ale bardzo przydałoby się w naszym życiu publicznym to, co sobą reprezentuje: poczucie humoru, luz, otwartość, dystans do siebie. Bo męczące w polskiej polityce jest to, że wszyscy mają ściśnięte pośladki, są przeczuleni na własnym punkcie. Niewiele wynika z tego, co mówią, chyba że używają siły i przemocy, jak partia rządząca, a do tego ich wypowiedzi są pozbawione świeżości, lekkości i dowcipu. Geje i lesbijki mają z reguły więcej poczucia humoru, stąd mój apel, by było ich więcej w naszej polityce. Oczywiście rozmawiamy nie do końca poważnie, ale też myślę, że w tej naszej ogólnej bezradności przyda się takie myślenie „spoza pudełka”.

Czy w teatrze taką pańską próbą wyjścia z pudełka, szukania inspiracji w nieoczywistych miejscach, jest praca z naturszczykami? Dietę Paszportową przeznaczył pan na realizację filmu z dziećmi z wielkopolskiego Szamocina, w pańskich spektaklach występują także niewidomi i osoby autystyczne.
Ludzie z Warszawy i z Krakowa, artyści przyjeżdżają do małego miasteczka i co z tego wynika – tym filmem chcemy podsumować pięć lat naszych spotkań z dziećmi z Szamocina. Zaczęliśmy w ramach projektu „Wielkopolska: Rewolucje” stworzonego przez Agatę Siwiak, powstały trzy spektakle, potem filmiki, które są częścią „Mojej walki” w TR Warszawa. Nie wiem dokładnie, co dają nasze warsztaty tym 8-, 10- czy 12-latkom. Na pewno jest tam grupa osób, która z nami dorosła, dziś 17-latków, i z nimi w tamtym roku już mogliśmy rozmawiać na całkiem poważne tematy: o ich planach zawodowych, o bezpiecznym seksie, aborcji. To są momenty, w których czuję, że coś przynosimy – nie wysoką kulturę, tylko szanse na rozmowy, których być może nikt z nimi nie odbywa.

W tym roku zadebiutuje pan jako reżyser pełnometrażowego filmu. „Warany z Komodo” to dość abstrakcyjny tytuł jak na kino nieprzyrodnicze.
To kino wysoce eksperymentalne, zrealizowane ze środków, które otrzymałem z Rolex Mentor and Protégé Arts Initiative i z programu mikrobudżetów PISF. Występują w nim aktorzy i osoby autystyczne z Farmy Życia, z którymi kilka lat wcześniej pracowaliśmy, tworząc spektakl „Paradiso” w Łaźni Nowej w Krakowie. Podstawowym założeniem było zderzenie dokumentalnej obserwacji, improwizacji przed kamerą z sytuacjami aktorskimi, a w warstwie fabularnej – przywołanie figury składania w ofierze syna. Z perspektywy osoby homoseksualnej coś, co nazwałbym kultem posiadania i wychowywania dzieci – obserwuję to na przykładzie przyjaciół i znajomych – jest czymś przerażającym.

A co z gejami i lesbijkami walczącymi o prawo do małżeństwa i posiadania dzieci?
No tak... Rodzina to dzisiaj podstawa polskiej, konserwatywnej ideologii państwowej. W homoseksualistach – gejach i lesbijkach – jest jakaś schizofrenia. Z jednej strony czujemy się wyjątkowi, a z drugiej chcemy się wpasować w normy i standardy, co moim zdaniem jest głupie. Geje powinni dokonać rewolucji, która wypleni zero-jedynkowe myślenie o tym, że rodzimy dzieci po to, by zapewniały nam lepszą przyszłość. Jeśli geje się nie pospieszą ze stworzeniem alternatywy dla rodziny i dzieci jako przyszłości społeczeństwa, to – w obliczu problemów z dzietnością – ubiegną ich faszyści. Jak w „Opowieści podręcznej”, gdzie autorytarna władza zmusza kobiety do rozrodu.

Czy praca z niezawodowymi aktorami, z wykluczonymi, to pański pomysł nie tylko na zmianę perspektywy, ale też próba rewolucji, o której pan mówi, tylko że na polu teatru?
Tworząc konwencjonalny teatr, bardzo łatwo jest się zamknąć na rzeczywistość. To wynika z przyzwyczajeń twórców, aktorów, z charakteru instytucji. Pierwszy impuls do wyjścia z sali prób i pojechania do dzieci w Szamocinie miał związek właśnie z kryzysem w instytucji. Pracowałem nad „Zachodnim wybrzeżem” Koltèsa w Teatrze Polskim we Wrocławiu, praca była trudna, pojawiły się problemy finansowe, premiera miała zostać odwołana. Miałem poczucie zaczopowania, że siedzimy w sali i zamiast o rzeczywistości mówimy o tekście, o sobie, karmimy swoje ego, a tematu nie ma… Wyjście do rzeczywistości i wpuszczenie jej na scenę zmieniło moje myślenie o teatrze. Że nie służy on interpretacji tekstu, jak uczą w szkołach teatralnych, co zamienia teatr w wyścig reżyserów o to, kto mocniej, odważniej, bardziej zaskakująco wystawi ten sam tekst, pokaże lepszą „Burzę” Szekspira niż inni.

Z tego doświadczenia wyrósł pomysł stworzenia spektaklu autobiograficznego, o zmarłych matkach, pańskiej i Krzysztofa Zarzeckiego?
W przypadku „Wszystko o mojej matce” pełny tekst pojawił się na dwa tygodnie przed premierą, a pracowaliśmy nad tym spektaklem trzy miesiące. Zastanawialiśmy się nie tylko nad tym, jak pamiętamy nasze matki, ale też po co przychodzimy na te próby. W „Mojej walce” ciężar z interpretacji autobiograficznej powieści Knausgårda przerzuciliśmy na wspólne z aktorami jej czytanie tak, by stała się osobista.

Gdzie w tym wszystkim jest widz?
Zdaję sobie sprawę z tego, że język, którego używam, nieodwoływanie się do oczywistych rejonów kultury, że to stanowi czasem utrudnienie i coś zostaje zatarte, ale nie potrafię inaczej. Widz musi się w tym znaleźć i na szczęście się znajduje. Przy „Wszystko o mojej matce” mieliśmy potworne obawy, że to będzie zbyt hermetyczne. Kogo zainteresują nasze matki, skoro średnio interesują nawet aktorki, które mają je grać…? Ale okazuje się, że teraz jest taki czas, że i twórcy, i widzowie potrzebują więcej teatru, który jest zapisem jakiegoś osobistego doświadczenia. Może chodzi o potrzebę przełożenia na kulturę wyższą tego osobistego tonu, którego doświadczamy w internecie, w mediach społecznościowych?

W „Mojej walce” piorunujące wrażenie robi wtargnięcie na scenę pod koniec ponadczterogodzinnego spektaklu dzieci aktorów, którzy w nim grają: córeczek Jana Dravnela i Pawła Smagały.
To nie wynikało z braku niani na wieczór, tylko z książki Knausgårda, w której dzieci autora są ważnym elementem, wprowadzającym twardą realność w jego życie artysty. Na przykład w szóstym tomie, gdzie akcja kręci się wokół kłopotów z wydaniem autobiografii, protestami rodziny itd., mamy informacje, że jest sam w domu z dziećmi. Pomyśleliśmy: wpuśćmy dzieci i zobaczmy, co się stanie z tymi monologami wygłaszanymi przez bohatera. Przy okazji otworzyły się też inne pola interpretacyjne. Dzieci zagarnęły scenę, bez nich w finale wpadaliśmy w jakiś teatr obyczajowy, a w tym spektaklu chcieliśmy, żeby teatr pękał, czasami był, a czasami znikał zupełnie.

Planowane na ten rok premiery, „Żaby” w warszawskim Studio i „Czarne papugi” w krakowskim Teatrze Słowackiego, też będą pękać?
„Żaby” są inspirowane komedią Arystofanesa, powstałą w momencie kryzysu państwa i kryzysu kultury – to ważny kontekst i dość rymujący się z dzisiejszym czasem. Chcemy z dramaturgiem Tomkiem Śpiewakiem wykorzystać komedię, gatunek z otwartą formą, rubaszny, obsceniczny i wulgarny, zajmujący się tym, co w człowieku niskie, popędami, instynktami, do osobistej opowieści o seksualności. I może stworzenia nowej utopii? A „Czarne papugi” to tekst mojego znajomego z Chile, Alejandro Moreno Jashésa. Monolog o oczach, które odwracają się do środka, zaglądają do wnętrza głowy i widzą ciemność. Spektakl powstaje we współpracy z artystami schizofrenikami, kręciliśmy przez tydzień film na terenie szpitala psychiatrycznego w Krakowie.

Jaki efekt chce pan osiągnąć w teatrze?
Jakiegoś wstrząsu, żeby widz, wychodząc z teatru, nie wiedział, co ma z tym, czego doświadczył, zrobić, żeby musiał się pozbierać, poukładać sobie coś na nowo w głowie. To są też moje najprzyjemniejsze doznania wyniesione z teatru czy kina – totalny dyskomfort po wyjściu i poczucie, że coś mi namieszało w głowie.

Jaki spektakl tak na pana ostatnio zadziałał?
„Klątwa” Frljića. Siedziałem na widowni, ale miałem poczucie, że nie siedzę, a stoję przez cały spektakl, byłem aktywowany. „Klątwa” dała mi ostatecznie dużo pozytywnej energii. Odwaga aktorów dodała mi otuchy, to bardzo ważne móc zobaczyć, jak ktoś z powagą, zaangażowaniem i niesamowitą intensywnością uprawia swój zawód.

***

Michał Borczuch, rocznik 1979, absolwent Wydziału Grafiki ASP w Krakowie i Wydziału Reżyserii krakowskiej PWST. Paszport POLITYKI otrzymał za „teatr oryginalny i poruszający. Pełen empatii, a jednocześnie uważnie i nie bez ironii analizujący tworzenie się i działanie naszego ego, mechanizmy pracy pamięci oraz rolę sztuki w życiu”.

Polityka 6.2018 (3147) z dnia 06.02.2018; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Spoza pudełka"
Reklama

Czytaj także

Kultura

Październik 2021: najciekawsze książki dla młodszych czytelników

Jak co miesiąc wybieramy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. Dla najmłodszych czytelników.

Sebastian Frąckiewicz
23.10.2021
Reklama