Moje miasto

Stada kłobuków

Mazurscy kolonizatorzy

Fot. Jan Morek / Forum Fot. Jan Morek / Forum Jan Morek / Forum
Dla kogo Warmia i Mazury: dla wczasowiczów czy mieszkańców? Wielkomiejskich daczowników coraz tutaj więcej. Miejscowi wyjeżdżają po lepsze życie gdzie indziej.
Pojezierze Olsztyńskie, okolice Jez. WulpińskiegoPrzemysław Skrzydło/WingPress Pojezierze Olsztyńskie, okolice Jez. Wulpińskiego
Teatr Węgajty kontynuuje tradycję wielkanocnego chodzenia z „allelujką” po wsiach. Na zdjęciu: Wacław Sobaszek z Węgajt.Andrzej Sidor/Forum Teatr Węgajty kontynuuje tradycję wielkanocnego chodzenia z „allelujką” po wsiach. Na zdjęciu: Wacław Sobaszek z Węgajt.
„Myśmy w latach 60. ukochali Mazury. My - to znaczy grupka przyjaciół z STS, przyjaciele przyjaciół, a później nasze dzieci. Mazury były odkryciem naszego pokolenia” - wspominała Agnieszka Osiecka.Agata Passent/ Fundacja Okularnicy im. Agnieszki Osieckiej „Myśmy w latach 60. ukochali Mazury. My - to znaczy grupka przyjaciół z STS, przyjaciele przyjaciół, a później nasze dzieci. Mazury były odkryciem naszego pokolenia” - wspominała Agnieszka Osiecka.

Syndrom afrykański to przekleństwo tej ziemi, mówi Ryszard Michalski, założyciel i prezes Stowarzyszenia Tratwa z Olsztyna. Syndrom afrykański, czyli kolonializm, czyli upaństwowiona polityka rabunkowa bez planu na przyszłość – tak rodziła się tutejsza bieda, wykorzenienie i bezwład. Zgodnie z rozkazami centralnych władz po drugiej wojnie światowej najpierw wypędzono lub wybito rdzennych Mazurów i Warmiaków, a ich domy oddano kolonizatorom z całej Polski. Dostali też ziemię do uprawiania, ale kilka lat później – decyzją odgórną – byli już pracownikami państwowych latyfundiów rolniczych, zapleczem pracującym dla dobrobytu całego państwa. Władza dbała o ich byt – od wiktu po dach – doprowadzając w ten sposób, wraz z przemianą ustrojową lat 90., do stworzenia armii pozbawionych własności prywatnej, gwałtownie biedniejących bezrobotnych.

Powojenni kolonizatorzy stali się nagle tubylcami uzależnionymi od zasiłków z Warszawy. Pozostawieni sami sobie, socjalnie i kulturowo zepchnięci na peryferia nowej Polski, poszukiwali jakiegoś nowego początku. Wydaje się, że znaleźli go kilka lat temu w pracy za granicą. „Klątwa wiecznego początku” – sformułowanie użyte w „Kulturze pod pochmurnym niebem”, diagnozie kultury stworzonej w 2012 r. dla województwa warmińsko-mazurskiego przez socjologów – najlepiej określa rozwój powiatów i gmin wokół Olsztyna. Brakuje ciągłości, wciąż wszystko dzieje się od nowa.

Najnowsi

Region przyciąga miastowych pięknem i niską ceną działek. Niedaleko Szczytna grupa starszych ludzi z Warszawy, byłych pracowników naukowych, niemal każdego letniego weekendu terroryzowana jest głośną imprezą przez sąsiadów z działki obok, młodych specjalistów z bankowości, też warszawiaków. W tygodniu domy młodych stoją puste, jednak w piątkowe wieczory, po pracy, przez pobliską popegeerowską wieś ciągnie kawalkada drogich aut i wszystko zaczyna się od nowa. Potem – mówią starsi, którzy spędzają nad jeziorem całą ciepłą porę roku – dwa tygodnie ciszy, bo młodzi są na wakacjach w egzotycznych krajach.

Miłe jeziorko i lasek, mówi Ryszard Michalski o stereotypie Warmii i Mazur według dzisiejszych miejskich kolonizatorów. Najlepiej być jak najbliżej sklepu, ale jak najdalej miejscowych ludzi. Michalski zauważył, że warszawki tutejsze otoczenie społeczne nie interesuje prawie wcale, a na przykład Górny Śląsk jest skłonny bratać się z miejscowymi przy piwku i ognisku.

Te zjawiska społeczne na Warmii i Mazurach mają już swoje definicje w języku socjologii: napływający „lokalni obcy” w swych „cywilizacyjnych kokonach” nie będą się raczej interesować kulturą i tradycją nowych miejsc. Stworzą „neoplemiona” we własnym gronie, na własnych zasadach. To spowoduje zwiększenie „chwiejności tożsamości indywidualnych i zbiorowych” wcześniejszych mieszkańców. Zapanuje „glokalność” – rozedrganie pomiędzy tym, co miejscowe, a tym, co napłynie z wielkich miast. Powojenni kolonizatorzy zostaną skolonizowani przez nowych.

Starsi

Wraz z nowym ustrojem politycznym, który okazał się dla Warmii i Mazur kolejnym „nowym początkiem”, do regionu przylgnęło skojarzenie wielkiego wypoczynkowiska. Dzika przyroda, puste przestrzenie, a nawet ta rustykalna bieda mieszkańców były atrakcyjne dla daczowników i wczasowiczów.

Od miejscowych oczekiwano, że elastycznie dostosują się do warunków i przyjmą posady kopaczy piasku w żwirowniach lub czyścicieli basenów w nowo wybudowanych turystycznych „resortach”. O pracy w rolnictwie nie ma co mówić, bo żniwa u nowych, prywatnych latyfundystów trwają kilka dni w roku – wszystko załatwiają maszyny.

Autorzy diagnozy „Kultura pod pochmurnym niebem” opisują, jak to powiaty i gminy warmińsko-mazurskie podliczyły, że najwięcej zarobią na turystach – turystę należy spędzić do regionu stadami i niech płaci za widoki lub kupuje działki. Szybki i łatwy zarobek, ale dewastujący lokalne społeczności. Diagnoza udowadnia, że aby uratować tutejszych przed ostatecznym wykorzenieniem i uzależnieniem od nowych właścicieli ziemskich – trzeba raczej pomóc im odbudowywać wspólnoty osadzone w miejscowej kulturze, przywracać im wiarę w siebie.

Michalski i jego Tratwa robią to od lat – zbierają po wsiach lokalne opowieści, tworzą artystyczny zamęt, żeby poruszyć tutejszych, zmotywować do działania. To trudne, bo Warmia i Mazury są jak eksperyment socjokulturowy – powojenni osadnicy z całej Polski i spoza niej przywieźli ze sobą ówczesne strachy i nienawiści, które już wtedy skutecznie uniemożliwiały im stworzenie wspólnoty. I tak zdarza się, że w jednej wsi mieszkają dziś skłóceni od pokoleń – choć powody kłótni dawno już nieaktualne – potomkowie „kacapów”, „scyzorów” (kielczan, ludzi z centralnej Polski), „niemców”. Ludzie z Mazowsza i Kurpiów wciąż niedobrze się tu kojarzą, bo tuż po wojnie stamtąd przyjeżdżało najwięcej szabrowników. Są wsie i miasteczka, opowiada Michalski, których mieszkańcy mają korzenie niemal w całej Europie. Tylko że wciąż boją się o tym mówić – ponieważ żadna jednotorowa polska historia narodowa nie da się z tego wysnuć. Buty, tułaczka, koń, miłość – oto słowa, o których rozwinięcie Michalski z przyjaciółmi proszą mieszkańców. Jeśli się uda, wychodzą na jaw niesamowite historie – jak ta o dwóch przyjaciołach rolnikach z jednej wsi, Niemcu i Polaku, którzy po wojnie pomagali sobie we wszystkim, jak przystało na pionierów. Znienawidzili się dopiero za demokracji, kiedy Niemiec zapisał się do mniejszości narodowej. Albo historia o osadniku ze środkowej Polski, który przejął gospodarstwo po zabitym przez Rosjan Niemcu pochowanym pod krzakiem bzu na podwórzu. Nowy gospodarz wykopał zwłoki i przeniósł je poza obręb swojej własności. Od tego czasu nie mógł zasnąć, bo nocą duch Niemca siedział na piecu, machał bosymi nogami i grał na akordeonie. Dopiero po ponownym pochówku pod bzem duch się uspokoił.

Całe stada kłobuków, mówi Ryszard Michalski, odkrywa się w okolicach, rozmawiając z ludźmi. Skąd się to bierze? Może za dużo krwi przelało się tu po wojnie, żeby tego nie zagospodarować opowieściami niesamowitymi. Ale młodzi już tych opowieści nie znają – ich teraźniejszość to rozglądanie się za zarobkiem, wyjazdy za granicę na budowę i zmywak. To coraz częściej jezioro, w którym kąpali się jako dzieci, teraz odgrodzone od miejscowych jako własność prywatna nabywcy z miasta. Na Warmii i Mazurach trwa – jak mówią socjologowie – „pustynnienie pod względem zasobów społecznych”.

Sztukmistrze

Współcześni miejscy kolonizatorzy nie są pierwszymi, których przyciągają warmińsko-mazurskie dzikości i krajobrazy – są jedynie pierwszymi bogatymi. Ryszard Michalski i Wacław Sobaszek (reżyser, współzałożyciel i kierownik artystyczny teatru Węgajty), przyjaciele z czasów młodości, również spotkali się w Olsztynie w latach 70. jako nowi napływowi. To była fala wolnościowa, hipisowska, artystyczna – grupy bosonogich, długowłosych, zafascynowanych Hendrixem i Joplin biedaków kolonizowały okolicę na własny sposób. Jedną z ich stolic była podolsztyńska wieś Pupki – łazili, grali na gitarach, pomagali przy żniwach, bratali się z mieszkańcami. Niektórzy z nich znikali po wakacjach jesienią, następnego roku już się nie pojawiali. Michalski i Sobaszek – obaj wpatrzeni w teatr Grotowskiego studenci historii sztuki – zostali. Współtworzyli w olsztyńskiej piwnicy młodzieżowy klub, taką kuźnię inicjatyw Pracownia. Jerzy Grotowski osobiście poradził im, aby dodali do nazwy „interdyscyplinarna placówka badawcza” – powaga tych słów miała chronić przed zamknięciem przez władze. Robili więc koncerty, przedstawienia teatralne, na ich zaproszenie przyjeżdżali do Olsztyna ówcześni luminarze sztuki i nauki. O Warmii i Mazurach jeszcze wtedy nie wiedzieli nic – stanowili raczej kolejny „nowy początek” na tych ziemiach, kontrkulturę wobec olsztyńskiej elitki urzędowej, pławiącej się we własnym sosie gospodarzy turystycznej „Krainy Tysiąca Jezior”.

Olsztyńska Pracownia przetrwała do 1982 r., władze rozwiązały ją, powołując się na stan wojenny, ale Michalski i Sobaszek już byli tutejsi, wrośnięci i zainteresowani. Ich drogi się rozeszły – Michalski zajął się wykluczoną młodzieżą, zasłynął jako opiekun i przyjaciel punków, z którymi odkrywał po wsiach historię i kulturę regionu.

Wacek Sobaszek, którego wuj Heinrich był prawdziwym Warmiakiem, wraz z polsko-niemieckimi przyjaciółmi zakładał na poczatku lat 80. w węgajckiej stodole działające do dziś Węgajty. Nie określaliśmy się wtedy, dla kogo ten teatr, mówi, chodziło o sztukę w opozycji, wolność duchową. Kłopot był z widzami – każdy z nich, zwłaszcza ten miejscowy, ze wsi obok, był dla teatru niczym skarb. Nie ma co ukrywać – teatr był obcym ciałem. Dziś obrósł legendą, przyciąga artystów z całego świata, a i frekwencja wśród miejscowych też większa. Przełamanie lodów nastąpiło, kiedy ludzie z Węgajt znaleźli na jakimś strychu stare rekwizyty kolędnicze i ruszyli po wsiach kolędować, czyli, jak mówią tutejsi, „chodzić po wołoczebnem” – nagle drzwi wszystkich chałup się przed nimi otworzyły. Mieszkańcy poczuli się docenieni przez tych artystów, o których myśleli, że pochodzą z kosmosu – ludzie z Węgajt uznani zostali za „swoich”. Dziś wychodzą ze swoimi sztukami w teren – kolędują, grają, robią warsztaty.

Zdarzają się w okolicy zwycięstwa i klęski – ostatnio miejscowi ze wsi skrzyknęli się z artystami i obronili przed urzędnikami zabytkową aleję drzewną wzdłuż drogi. Także ostatnio zupełnie nie udały się warsztaty Węgajt odbudowujące samoocenę wśród młodych z sąsiedniej wsi – dzieci były agresywne, klęły, na nic się zdała nawet pełna ćwiczeń fizycznych pedagogika cyrkowa.

Lawenda

Niedawna akcja promocyjna „Mazury – cud natury”, w ramach której region walczył nawet w plebiscycie o tytuł cudu świata, potwierdza, że lokalni samorządowcy przyszłość widzą tylko w przemyśle turystycznym, który da miejsca pracy. Nie mają innego pomysłu na Warmię i Mazury – tak jak nie miała go żadna władza do tej pory. W rezultacie ten historycznie peryferyjny, przygraniczny rejon będzie wciąż skazany na kolonizowanie przez bogatych i „klątwę wiecznego początku”.

Niektórzy z nowych kolonizatorów Warmii i Mazur starają się jednak wspomagać lokalne społeczności. Pod Olsztynem, w okolicach wsi Jonkowo, Pupki, Godki i Kawkowo, co roku odbywa się wydarzenie zwane „Sztuką w obejściu” – polega na trzydniowym odwiedzaniu się przez miejscowych, to znaczy głównie przez osiadłych w okolicy artystów. Wszyscy są zaproszeni – ogłoszenia wiszą na przystankach autobusowych i przy sklepach spożywczych. W tym roku „Sztuka w obejściu” rozpoczęła się od występu olsztyńskiego towarzystwa krasomówczego „toastamasterów” i koncertu w godkowskiej stodole. Gospodarz jest związany z Greenpeace, więc na płocie jego siedziby wisiały ekologiczne banery na światowe tematy. Przyszli ciekawi ludzie z okolicy: wśród nich aktorstwo, rzeźbiarstwo, malarstwo, organizacje pozarządowe, prawa człowieka; wielu było także gości z Warszawy i Trójmiasta. Miejscowych nie było. Tym razem – jak mówili organizatorzy – bo czasem przychodzą.

Wszyscy tu jesteśmy jakoś tam napływowi, mówi Joanna Posoch, kiedyś brokerka ubezpieczeniowa w wielkim mieście, od kilkunastu lat właścicielka Lawendowego Pola w Nowym Kawkowie. Latem Joanna zajmuje się uprawą lawendy, często prosi mieszkańców swojej wsi o pomoc w polu. Poza tym organizuje warsztaty – kilka dni temu dla bezrobotnych z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej; chodziło o zainspirowanie ich pozytywnym podejściem do działania. Np. skoro mieszkają we wsi, której nazwa wzięła się od nazwy zwierzęcia, może mogliby pomyśleć o założeniu schroniska dla zwierząt albo wioski tematycznej. Oni z początku tylko chodzili po Lawendowym Polu, chwaląc, że tak ładnie wszystko tu utrzymane, płoty pomalowane, ściany czyste. Ładne, ale wszystko sami zrobiliśmy, powiedziała im Joanna. Pamięta swoje pierwsze chwile jako banitki z miasta: stała na kilku hektarach świeżo zakupionej, malowniczej ziemi i czuła strach; nic nie wiedziała o wsi, o rolnictwie. Nie dałaby rady bez rad mieszkańców Nowego Kawkowa. Pierwszą nauką społeczną, jaką z nowego miejsca życia wynoszą miejscy banici, jest to, że centrum świata mieści się pod lokalnym sklepem spożywczym. Tu poznaje się ludzi, tu się słyszy historie o ludziach i kłobukach, plotkuje, robi interesy.

Ryszard Michalski w jednej z podolsztyńskich wsi zrobił ostatnio takie czary: do wsi weszła grupa kolorowo poubieranych obcych ludzi. Byli uśmiechnięci, śpiewali, grali i tańczyli, rozdawali mieszkańcom czarodziejskie śliwki opakowane w folię aluminiową. Żeby dostać śliwkę, należało opowiedzieć dobre wspomnienie. Początkowo opornie to szło, bo niektórzy ludzie nie lubili się za jakieś dawno zapomniane winy. Potem ktoś sobie przypomniał i powiedział: jak moja żona rodziła, to sąsiad pożyczył mi 5 litrów benzyny i pojechaliśmy do szpitala. Dobre wspomnienia sypnęły się jak z wora. Dzisiaj mieszkańcy tej wsi i sąsiednich prowadzą własne akcje społeczne: po prostu odwiedzają się w domach i przy herbacie opowiadają sobie stare i nowe historie ze swojej małej ojczyzny. Mówią, że sami sobie wydają się wtedy ważniejsi.

Polityka 45.2014 (2983) z dnia 04.11.2014; Portrety miast: OLSZTYN; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Stada kłobuków"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama