Moje miasto

Uszlachetnianie przez wypędzanie

Jak zmieniać miasta, ale nie wypędzać ludzi?

Mural na poznańskiej Śródce. Mural na poznańskiej Śródce. Sebastian Czopik / Reporter
Miasta chwalą się odnowionymi elewacjami budynków, nowymi ławkami i nasadzeniami. Jednak samorządowcy zachwyceni nowym sznytem dzielnic za rzadko zadają sobie pytania o społeczne koszty zmian.

Do polskich miast również zawitała znana z Zachodu gentryfikacja, czyli proces polegający na zmianie charakteru dzielnicy z zamieszkanej przez ludzi o różnym statusie majątkowym w enklawę dla najbogatszych. Zwykle najpierw w zaniedbanych dzielnicach pojawia się tzw. klasa kreatywna: studenci i przedstawiciele wolnych zawodów. Atrakcyjne czynsze zaczynają przyciągać artystów. To oni dzięki większemu kapitałowi kulturowemu podnoszą rangę dzielnicy. Jak grzyby po deszczu wyrastają, często określane jako hipsterskie, bary i klubokawiarnie. Przestrzeń zaczyna interesować inwestorów…

W USA ten specyficzny klimat przyciągał społeczności LGBTQ: w Nowym Jorku w Park Slope na Brooklynie, w San Francisco w dzielnicy Castro. Istotnym elementem było wrażenie autentyczności dzielnicy – obcowania z historią, ze starym charakterem pofabrycznych loftów, tak innych od jednakowych oszklonych wieżowców. Polskie przykłady zachowanej autentyczności to powstała w budynku byłej fabryki wyrobów bawełnianych łódzka OFF Piotrkowska lub warszawskie okolice Ząbkowskiej i Brzeskiej, gdzie na przestrzeni jednej przecznicy można iść na sushi lub na pyzy serwowane z wołowiną po prasku.

Nowi lokatorzy, ośrodki kultury i puby to wystarczająco dużo, żeby potencjał dzielnicy zaczął rosnąć, a wraz z nim czynsze. Zaczynają się walki z lokatorami, którzy muszą opuszczać zamieszkiwane często przez dziesięciolecia mieszkania. Nad Wisłą takie obrazki kojarzą się z dziką reprywatyzacją, z do dziś niewyjaśnionym morderstwem na Jolancie Brzeskiej. W coraz bogatszych kwartałach kurczy się również miejsce dla pionierów podupadłych dzielnic, którzy nadali alternatywny charakter zamieszkiwanym przez siebie ulicom. Ich miejsce zajmują siedziby banków i wielkopowierzchniowe sklepy handlowe.

Ciekawym przypadkiem „uszlachetniania” miasta jest Berlin. Gentryfikacja zbiegła się tu ze zburzeniem muru i przeniesieniem administracji federalnej do nowej stolicy zjednoczonych Niemiec. American dream o posiadaniu własnego domu pod miastem zagościł nad Szprewą, śródmieście opuszczali przedstawiciele klasy średniej. Pozostali w nim gastarbaiterzy i osoby korzystające z opieki socjalnej. Znów z niskich czynszów korzystali studenci i hipisi, znów ich nadejście poprzedziło wzrost czynszów (o niemal 30 proc.).

Na wciąż trwające zmiany w polityce mieszkaniowej miasta zdecydowanie reagują anarchiści. W lutym zeszłego roku zamaskowani sprawcy zdemolowali blisko 50 samochodów w Kreuzbergu. Tradycja rewolty 1968 r. okazuje się nadal silna. W badaniach z 2011 r. 21 proc. berlińczyków przyznało, że w sytuacji konfliktu z najemcą czuje bezsilność, 18 proc. obawia się, że w razie renowacji będzie musiało się wyprowadzić. Zmieniający się charakter dzielnic to też źródło nienawiści, np. wobec przyjeżdżających z południowych landów Szwabów. Napisy na murach w rodzaju „Wschodni Berlin życzy wam dobrego powrotu do domu” są bardzo wymowne.

W Polsce podobne procesy wiążą się raczej ze znanym terminem „rewitalizacja”. W ramach Gminnych Programów Rewitalizacji na lata 2016–23 przewidziane jest ponad 20 mld zł. Nic dziwnego, że gminy chętnie po nie sięgają. Dwojakie skutki rewitalizacji świetnie widać na przykładzie Poznania i programu z lat 2006–10. Miasto dokładało starań, aby poza odnową wizualną Śródki zmienić też wizerunek dzielnicy. Organizowane było tu wiele wydarzeń kulturalnych i gier miejskich. Cena metra kw. na Łazarzu skoczyła o blisko 30 proc. Kto nie był w stanie płacić wysokiego czynszu nowym właścicielom budynku, często musiał spotkać się z tzw. czyścicielem kamienicy, takim jak Piotr Ś., którego repertuar działań obejmował odcinanie wody, przewiercanie ścian czy podrzucanie padliny. Wyrzucenie jednej rodziny z budynku miało być wyceniane na ok. 15 tys. zł.

Za prezydentury Jacka Jaśkowiaka miasto odeszło od dawnej polityki. Usunięto kontenery socjalne, do których kierowano osoby zalegające z czynszem. Ta praktyka przypominała obrazki biedy z II RP opisywane przez Filipa Springera w „13 piętrach”. Oczywiście Springer pisał o czasach, kiedy GUS wprowadził kategorię „bezdomności z powodu klęski mieszkaniowej”, co jest dalekie od dzisiejszych standardów. Podobne wydają się tropy myślenia, które każą wypychać biedę z centrum, zamiast leczyć jej przejawy w zarodku.

W Poznaniu w zeszłym roku zaczęły powstawać tzw. mieszkania treningowe, w których osoby bezdomne lub uciekające przed przemocą domową będą mogły mieszkać do trzech lat po odpowiednio niskich cenach. Mimo to temat czyścicieli kamienic wciąż wraca. – Ten problem dotyczy całego kraju. Przykłady Poznania i Warszawy są medialne, bo tu jest największy opór. Trudno powiedzieć, jak przebiega w innych miastach proces gentryfikacji i jakie pojawiają się przy tym problemy lokatorskie – mówi Marek Piekarski, działacz Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Drastyczne sceny z poznańskich mieszkań to tylko jeden z wielu aspektów gentryfikacji. Łukasz Drozda, autor książki „Uszlachetniając przestrzeń. Jak działa gentryfikacja i jak się ją mierzy”, uspokaja przed wizją masowych eksmisji: – W Polsce wynajmowane mieszkania stanowią niewielką część rynku. Popularne są mieszkania własnościowe kupowane na kredyt, nie bez znaczenia jest wykupowanie mieszkań czasem z ponad 90-proc. bonifikatą. Warszawska Praga wciąż pozostaje na etapie wzmożonych inwestycji publicznych, takich jak przedłużenie II linii metra. Korzysta na tym rynek mieszkaniowy. Jak zauważa Drozda, w perspektywie rozwojowej dzielnicy wpisano wzrost cen nieruchomości jako jeden z mierników rozwoju. W raporcie z realizacji projektów rewitalizacyjnych za 2016 r. cel 27 inwestycji określono jako „Porządkowanie i podnoszenie atrakcyjności przestrzeni publicznej”.

Na inne aspekty rewitalizacji zwraca uwagę Joanna Erbel, kandydatka na prezydent Warszawy w 2014 r., dziś specjalistka w miejskim Towarzystwie Budownictwa Społecznego. – Kamienice modernizowane na Pradze są pełne mieszkań komunalnych, z czynszem po 7,47 zł za m kw. Do tego dochodzą obniżki dochodowe dla osób mniej zamożnych. Wiele z modernizowanych kamienic było w fatalnym stanie. Owszem, za kilka lat struktura społeczna Pragi ulegnie zmianie, ale to nie dlatego, że ktoś został eksmitowany, lecz dzięki takim inwestycjom jak Port Praski – opowiada.

Przed prawdziwym wyzwaniem stoi Łódź, której rewitalizacja ma pochłonąć miliard złotych. Projektem flagowym będzie modernizacja ul. Włókienniczej, znanej z piosenki Osieckiej jako ul. Kamienna, na której „kochankowie żywią się chlebem i piwem”. Nowa Włókiennicza ma być artystyczna i zapełniona w 100 proc. nowymi lokatorami. Miasto nie chce powtórzyć losu, który spotkał MNE Investment. Spółka przed kilkoma laty zainwestowała miliony w rewitalizację budynków po fabryce Scheiblera na Księżym Młynie. Lofty będące oazą „bogactwa” w ubogiej części Widzewa nie spotkały się z zainteresowaniem kupców. W 2012 r. syndyk ogłosił przetarg na mieszkania upadłej spółki, sprzedawane za jedną trzecią pierwotnej wartości.

Specyficzny splot różnych zjawisk, takich jak reprywatyzacja czy rewitalizacja, to istota problemu modernizacji polskich miast. Nie znajdziemy więc wzorów z Zachodu, które można by z powodzeniem stosować nad Wisłą. Gentryfikacja oznacza ściąganie do dzielnic ludzi lepiej zarabiających i, co za tym idzie, wydających więcej pieniędzy. To oni stają się forpocztą przedsiębiorców i tworzą nowe miejsca pracy. Nie jest to jednak sytuacja, na której zyskuje większość. Dla biedniejszych mieszkańców to często nieodwracalne zmiany, skazujące ich na odyseje mieszkaniowe. Ustawa o rewitalizacji z 2015 r. zakłada czasowe eksmisje na okres remontu budynku. Nie przewiduje, że prawdziwe dramaty mogą pojawić się po skończeniu inwestycji. Mało kto zdaje sobie sprawę z kosztów psychicznych, które muszą ponieść „wypędzeni lokatorzy”. – Proszę wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś zabiera nam, niezależnie od stosunków własnościowych, nasze dobro podstawowe. Tracimy poczucie kontroli, to, że możemy przewidzieć, co będziemy jutro jeść i gdzie będziemy spać, przestaje być oczywiste. To bardzo poważny koszt – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu.

– Rewitalizacja jest nieunikniona, ale należy postawić na „infrastrukturę osadniczą” – przekonuje Łukasz Drozda. – Nie inwestować w kolejne centra kreatywności, za to wspomóc budowę mieszkań komunalnych, przychodni i szkół, będących najlepszymi instytucjami tworzącymi sąsiedzkie więzi – dodaje urbanista. Wtóruje mu Zuzanna Glińska ze Stowarzyszenia Miasto Jest Nasze: – Staramy się zachęcać do powrotu do lokalności m.in. poprzez promocję zakładów rzemieślniczych. Stworzyliśmy Mapę Rzemieślników na Pradze Północ i Południe, Mokotowie i Żoliborzu.

Czy polskie miasta, wydając miliardy na programy rewitalizacyjne, zastosują się do tych porad? Lektura programów rewitalizacyjnych nie daje na to pytanie prostej odpowiedzi.

Polityka 20.2018 (3160) z dnia 15.05.2018; Społeczeństwo; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Uszlachetnianie przez wypędzanie"
Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

To nie są czasy dla wrażliwców

Badania osób wysoce wrażliwych wykazały, że nie tylko silnie reagują one na stosunkowo słabe bodźce zmysłowe, emocjonalne czy społeczne, lecz także szczegółowo, głęboko przetwarzają związane z nimi informacje.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama