Depresja Justyny Kowalczyk, czyli za co trzeba podziękować naszej mistrzyni

Odwagi!
Wyznanie słynnej narciarki nie pójdzie na marne. Zaprocentuje nie tylko tym, że ona sama znajdzie dodatkowe wsparcie, ale również zmobilizuje cierpiących na depresję w ukryciu.
hikrcn/PantherMedia

Guru polskiej psychiatrii prof. Antoni Kępiński nazywał depresję piekłem za życia. Tym, którzy nigdy tego nie doświadczyli, trudno wyobrazić sobie, co naprawdę oznacza. Zwierzenia chorych – uznawanych na co dzień za bohaterów, nierzadko celebrytów – są więc dla wszystkich lekcją, obok której nie wolno przejść obojętnie.

Wśród wielu komentarzy oceniających bolesne wyznania Justyny Kowalczyk, która w głośnym już wywiadzie przyznała się do swojej depresji, jeden argument wybija się na pierwszy plan: zrobiła to dla siebie, bo miała dość gry pozorów. Rodzaj autoterapii. Chęć udowodnienia sobie i kibicom, że stać ją nie tylko na morderczy trening i wyrzeczenie się życia prywatnego, ale również na spowiedź o sprawach, które trzeba było do tej pory ukrywać. Być może rzeczywiście z tego powodu pani Kowalczyk opowiedziała Polakom swoją historię – ma ją to wzmocnić i pomóc rozpocząć nowy rozdział w terapii. Jednak dostrzegam w tym coś jeszcze znacznie ważniejszego, za co trzeba szczególnie podziękować naszej mistrzyni: ona zrobiła to dla innych. Dla cierpiących samotnie, w ciszy, niepotrafiących odnaleźć się w życiu z tą samą chorobą. Ilu ich jest? Tysiące!

Część z nich boi się psychiatrów, inni leków, a większość po prostu uważa, że z własnym smutkiem poradzą sobie sami i wstydem byłoby skorzystać z pomocy specjalisty. Choć w ostatnich latach nastawienie do tej dziedziny medycyny trochę się zmieniło, wśród potencjalnych pacjentów – którzy powinni zacząć się leczyć, a tego nie robią – nadal panuje przekonanie, że nie warto ryzykować swojej pozycji społecznej lub zawodowej, skoro przylepią ci łatkę wariata lub niedoszłego samobójcy. Tylko pokazywanie takim ludziom przykładów takich jak Justyna Kowalczyk może pomóc to podejście zmienić – doda odwagi i uświadomi, że najwyższy czas podjąć kurację, by wyjść na prostą.

Na depresję dwukrotnie częściej chorują kobiety niż mężczyźni. Zajęte licznymi obowiązkami nie zwracają uwagi na własne zdrowie, a ta choroba – jak mało która – może ujawnić się pod maską innych schorzeń: bólów serca, kręgosłupa, żołądka. Pomocy szukają u lekarzy rodzinnych, którzy nie zawsze potrafią skojarzyć te dolegliwości z depresją.

A czasami i oni boją się odesłać pacjenta do psychiatry, bo nie wiedzą, jak mu to powiedzieć. Zalecają więc leki uspokajające, przeciwbólowe, nasenne – byle chory się odczepił i nie wrócił zbyt szybko. Wraca do domu i tam kolejne rozczarowanie, bo skąd rodzina ma wiedzieć, jak pomóc (jeśli w ogóle zdaje sobie sprawę, że pomóc trzeba)? Na siłę próbują zachęcać do zabawy, klepią po ramieniu: ocknij się, weź się w garść, inni mają większe zmartwienia. To tylko pogłębia cierpienie, wzmaga poczucie winy. Nie mają odwagi porozmawiać o swoich lękach, a porażką byłoby przyznanie się do słabości.

Tak jak za sprawą wielu dzielnych kobiet, które pierwsze odważyły się mówić o raku piersi, zdołano uczynić nowotwory widzialnymi w przestrzeni publicznej, jestem pewien, że wyznanie Justyny Kowalczyk nie pójdzie na marne. Zaprocentuje nie tylko tym, że ona sama znajdzie dodatkowe wsparcie, ale również zmobilizuje cierpiących na depresję w ukryciu. Nasza mistrzyni dała się poznać jako wielka przeciwniczka dopingu w sporcie, a nieoczekiwanie może się stać dla innych najlepszym środkiem dopingującym.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną