Pół wieku niechlujstwa
Gdyby żył, 11 grudnia Zygmunt Kałużyński obchodziłby 100. urodziny. Przypominamy jego tekst-manifest na temat higieny, do której nasz redakcyjny kolega miał osobliwe podejście.
Zygmunt Kałużyński w domu. Zdjęcie wykonano w 2003 r.
Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta

Zygmunt Kałużyński w domu. Zdjęcie wykonano w 2003 r.

Zygmunt Kałużyński (1918-2004)
Grzegorz Press/Polityka

Zygmunt Kałużyński (1918-2004)

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA 12 grudnia 1998 r. Zygmunt Kałużyński zmarł 30 września 2004 r.

Ponieważ zakończyłem okrągłą liczbę lat, koledzy z „Polityki”, którzy mnie przez znaczną część tego czasu tolerowali, życzyli sobie, bym zwrócił się do Sz. Czytelników, być może podobnie wyrozumiałych, z wypowiedzią osobistą.

Nie byłem ostatnio traktowany życzliwie. Rektor Akademii Teatralnej Jan Englert określił mnie jako debila, który „wymęcza felietony o objawach wieku starczego” („Teletop”, nr 11). Reżyser Krzysztof Zanussi widzi we mnie „upadłego byłego wyrobnika w służbie stalinowskiej”. Reżyser Agnieszka Holland w programie TV zażądała, by uniemożliwić mi zabieranie głosu, jako szkodnikowi niszczącemu kulturę narodową. Reżyser Andrzej Żuławski stwierdził, że gdy widzi moją małpią gębę w TV, to mu się chce rzygać. Wydawca książki o reżyserze Kieślowskim Stanisław Zawiśliński ocenił mnie jako „ingoranta, który staje się groźny” (POLITYKA 32). Również koledzy po fachu nie okazują mi sympatii, orzekli u mnie „głuchotę na kino” (organ Stowarzyszenia Filmowców, „Kino” nr 7/8, 98).

Są to wypowiedzi branżowe, ale również prywatnie nie miewam sukcesów. W plebiscycie „Przeglądu Tygodniowego” na najgorzej ubranego mężczyznę otrzymałem „wyróżnienie specjalne”, obok Bogusława Kaczyńskiego, on za przesadną staranność, ja za przesadne niechlujstwo. Ale zaraz! Może właśnie jako notoryczny brudas będę mógł zainteresować Czytelników, bo jest tu pewna sprawa!

Rzeczywiście mam opinię osobnika o higienie raczej ogólnikowej. Nieżyjący już Kazimierz Rudzki, który był moim kolegą szkolnym, powiedział mi, w owym tonie fałszywie ojcowskim, który zdobył mu sławę jako konferansjerowi i którego używał również na co dzień: „Zygmusiu, mówią o tobie, że jesteś brudny”. „Niesłusznie – odpowiadam mu na to – co prawda jestem zaniedbany w ubraniu, ale myję się i również się kąpię” (co jest prawdą). Na to Rudzki przyjrzał mi się powtórnie z wyrazem przygnębionej troski, który stanowił jego copyright, i stwierdził: „Może powinieneś zmieniać wodę”.

Jakkolwiek moim zdaniem Rudzki przesadzał, to jednak faktem jest, że dokonałem niejakich posunięć w dziedzinie higieny. Tak się złożyło, że zajmuję się sam gospodarką i żeby oszczędzić energii, której mi stale brakuje, przestałem sprzątać, tym więcej, że mam mieszkanie zawalone papierem zadrukowanym i do niektórych kątów mogę dotrzeć tylko poprzez wąskie przejścia między kolumnami książek. Z biegiem czasu sytuacja ta nabrała charakteru eksperymentu i zastanawiam się, czy nie podjąć tematu naukowo. Mianowicie to, co uważamy za pewnik, okazało się dyskusyjne. Zgodnie z powszechną opinią, powinienem zostać zawalony brudem cuchnącym, grzybami i robactwem oraz dostać wysypki, wrzodów i umrzeć na gruźlicę. Tymczasem przekonałem się ze zdumieniem, że po upływie lat wygląd mojej nory zmienił się niewiele.

Przede wszystkim zaskoczyło mnie, że podłoga wygląda stale tak samo: zapewne ruchy, jakie wykonuję przechodząc, sprawiają, że kurz przesuwa się i układa się pod ścianami w postaci zwojów, które od pewnego momentu przestają się powiększać i które, gdybym chciał, mógłbym usunąć jednym ruchem ręki. Jednak waham się, ponieważ przywiązałem się do nich: pod półką powstało usypisko o zaskakujących kształtach, na które patrzę z zainteresowaniem i którego by mi brakowało, gdybym je sprzątnął. Okazało się również, że materiały, na przykład zasłona na okno, pobierają cząstki kurzu tylko do pewnej granicy chłonności, po czym zamieniają się w tkaninę trwale mineralnie zanieczyszczoną, niby stary dywan. Nie zauważyłem też skutków na zdrowiu: czuję się tak samo źle jak zawsze.

Miłość do zarazków

Otóż trafiłem ja na rozprawę włoskiego lekarza Gaetano Rossiego, który z ramienia ONZ przeprowadził badania nad stanem zdrowia mieszkańców Laponii i następnie w Ameryce Południowej, z wynikiem sensacyjnym: doszedł do wniosku, że higiena jest szkodliwa! Dosłownie. Mianowicie usuwanie ze skóry jej wydzielin, obmywanie ciała, płukanie gardła praktykuje się tam rzadko i nawet istnieją przepisy rytualne zabraniające zanurzania się w wodzie bez potrzeby. Jednak mimo tych zwyczajów, stwierdził doktor Rossi, tubylcy są bez porównania odporniejsi na dolegliwości, również drobne, takie jak katar, zapalenia, egzemy, skaleczenia itd., niż mieszkańcy Mediolanu i Lombardii, których analizował uprzednio. Jego wniosek: na człowieku, i w nim także, żyją bakterie pożyteczne dla niego i także szkodliwe, z tym że owe złe organizm może zneutralizować i nawet wykorzystać. Po pewnym czasie wytwarza się równowaga między mikrobami, komórkami i ciałkami krwi.

Otóż czyszczenie zakłóca tę harmonię. „Wycierając się, usuwamy milion własnych bakterii, lecz wprowadzamy sto tysięcy obecnych, znajdujących się na ręczniku: są tam one, choćby był najczystszy”. Zaś obce, oczywiście, robią zamieszanie. Tu Rossi przytacza, do czego doszedł jego kolega z ONZ, dr Saul Lichtenstein: zanalizował on ręczniki wymienne, stale prane, które na polecenie władz niemieckich zainstalowano w ubikacjach urzędów wg przepisów higieny. Lichtenstein pobrał próbki z pięciuset ręczników o wczesnej godzinie 10.30 i przeraził się: były to potworne kolonie wirusów nagromadzonych w ilościach, jakich nie ma nawet w hodowlach laboratoryjnych. Ręcznik taki odżywia sobą coraz to nowe pokolenia bakterii, natomiast stary zaniedbany stabilizuje się, ruch mikrobów na nim ustaje i wreszcie zmienia się on w tkaninę muzealną!

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj