Kontrolerzy PIP rozpoczynają polowania na śmieciówki. Pytanie brzmi: po co?

Polowanie na śmieciówki
PIP będzie kontrolował firmy pod kątem nowych stawek minimalnych i nadużywania umów cywilnoprawnych.
Państwowa Inspekcja Pracy ma dokładniej sprawdzać, czy firmy płacą stawki minimalne i czy nie nadużywają „śmieciówek”.
Khara Woods/StockSnap.io

Państwowa Inspekcja Pracy ma dokładniej sprawdzać, czy firmy płacą stawki minimalne i czy nie nadużywają „śmieciówek”.

Państwowa Inspekcja Pracy ma dokładniej sprawdzać, czy firmy płacą stawki minimalne i czy nie nadużywają „śmieciówek”. A przecież wystarczyłoby stworzyć jeden rodzaj umowy o pracę i kombinowanie szybko by się skończyło.

PIP będzie ścigał umowy śmieciowe

Walka państwa z tzw. umowami śmieciowymi jest o tyle kuriozalna, że to przecież samo państwo stworzyło sobie problem. Jeśli różnice między etatem, umową zlecenia i umową o dzieło są dla pracodawcy tak znaczne, zawsze będzie próbował oszczędzić i zawierać z pracownikiem kontrakt dla siebie najkorzystniejszy.

Czyli taki, od którego odprowadzi mniej składek na ZUS. Do tego pracodawca często zachęca pracownika do wyboru innej formy zatrudnienia niż etat, kusząc go lepszymi zarobkami. Ta patologia trwa od dawna i za PiS wcale się nie kończy.

Zamiast zmienić przepisy, rząd stawia na ściganie nieuczciwych firm. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) przy okazji kontroli dotyczących nowych stawek minimalnych (13 zł brutto za godzinę) ma też sprawdzać, czy firmy nie nadużywają umów cywilnoprawnych, popularnie zwanych „śmieciówkami”.

Pracodawca podejrzany o oszustwo ma szybko przekształcić na przykład umowę zlecenia na umowę o pracę. Pytanie tylko, jaka będzie skuteczność kontroli przy ograniczonych zasobach PIP. A przecież do nadużyć dochodzi głównie w firmach małych, gdzie inspektorzy docierają bardzo rzadko.

Walka ze śmieciówkami

W czasach wysokiego bezrobocia furtki w postaci umów zlecenia czy o dzieło można było, choć też z trudem, uzasadnić. Pracodawcy twierdzili, że bez nich w ogóle by się nie rozwijali albo zatrudnialiby na czarno.

Walcząc z plagą bezrobocia, kolejne rządy tolerowały istnienie umów bardzo niekorzystnych dla całego systemu ubezpieczenia społecznego, byle tylko nie pogarszać sytuacji na rynku pracy. Jednak czasy się zmieniły. Stopa bezrobocia drastycznie spadła, w wielu sektorach pracowników brakuje, trwa bezprecedensowy napływ cudzoziemców (głównie z Ukrainy), o których firmy wręcz walczą.

W takich warunkach zamiast wysyłać kontrolerów, należałoby raczej zmienić przepisy i wprowadzić jednolitą umowę o pracę, która najpierw miałaby charakter czasowy, a potem przekształcałaby się w stałą.

Każdy taki kontrakt podlegałby tym samym warunkom ubezpieczenia społecznego. Skończyłaby się fikcja umów zlecenia, zawieranych tylko po to, aby płacić mniejsze składki do ZUS. Jeśli jest kiedykolwiek dobry czas na reformę polskiego rynku pracy, to nadszedł on właśnie teraz.

Pozostaje tylko jeden problem. Żeby przekonać Polaków do uczciwego płacenia składek emerytalnych, należałoby wszczepić im zaufanie do publicznego systemu emerytalnego. Tymczasem jest on nieustannie przebudowywany, rozmontowywany i używany do celów populistycznych. Nikt o zdrowych zmysłach nie zaufa systemowi, w którym wiek emerytalny jest coraz niższy, chociaż ludzie żyją coraz dłużej.

Dziś umowy cywilnoprawne nie są wcale nadużywane jedynie przez pracodawców. Także część pracowników woli tę formę zatrudnienia, aby mniej „płacić na ZUS”, do którego nie mają nawet odrobiny zaufania. Bo dobrze wiedzą, że na starość i tak muszą oszczędzać samemu. To po co marnować pieniądze na emerytalne składki?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną