Rynek

Łatanie torebkowej dziury. Rząd kompromituje się w walce z plastikiem

Polski rząd nie umie sobie poradzić z foliówkami, choć w wielu krajach jednorazowe torebki już praktycznie zniknęły. Polski rząd nie umie sobie poradzić z foliówkami, choć w wielu krajach jednorazowe torebki już praktycznie zniknęły. VadimVasenin / PantherMedia
Gdy świat walczy z nadmiarem plastiku i próbuje ograniczać górę śmieci, my jesteśmy na zupełnie innym etapie. Rząd po raz drugi wypowiada wojnę foliówkom, które w wielu krajach już praktycznie zniknęły. Za to w Polsce pierwsza próba zakończyła się kompromitacją.

Sieci handlowe nie mają z PiS łatwego życia. Wystarczy choćby przypomnieć zamykanie sklepów w niedziele, ustawę o przewadze kontraktowej, która miała wzmocnić dostawców towarów kosztem właścicieli sklepów, czy podatek od sprzedaży detalicznej, który może wejść w życie krótko po wyborach, jeśli Komisja Europejska przegra spór z rządem. Jednak w przypadku torebek foliowych to sieci handlowe przechytrzyły PiS.

Czytaj także: PiS wygrywa z Brukselą w sprawie podatku handlowego

Gra w foliówki. PiS spektakularnie poległ

Od ubiegłego roku popularne reklamówki zostały co prawda objęte specjalną opłatą recyklingową, wynoszącą 20 gr plus VAT (czyli prawie 25 gr brutto), jednak nie wszystkie, a tylko te o grubości od 15 do 50 mikrometrów. Sprytne koncerny zaczęły zatem sprzedawać foliówki grubsze, reklamując je jako trwalsze. Kosztują przynajmniej 25 gr, ale ani grosz nie trafia do państwa. Cały przychód zostaje u właścicieli sklepów. Ministerstwo Środowiska szacowało, że rocznie z opłaty recyklingowej (czyli ze sprzedaży foliówek) dostanie ponad miliard złotych. Tymczasem wpływy za 2018 r. wyniosły nieco ponad... 60 mln.

Czytaj także: Co przyniesie obowiązkowa opłata za torebki foliowe

Z jednej strony rząd się skompromitował, wystrychnięty na dudka przez sieci handlowe. Pieniądze miały pójść na termomodernizację budynków, ale raczej tylko poprawiły wyniki finansowe koncernów. Co gorsza, wzrost cen torebek okazał się na tyle mały, że nie osiągnięto podstawowego celu wprowadzenia opłaty recyklingowej, czyli wyraźnej redukcji sprzedaży foliówek. Takie torby w wielu europejskich krajach odgrywają już bardzo niewielką rolę. Przykładowo w Niemczech na osobę przypadają tylko 24 nieekologiczne torby rocznie. Tymczasem w Polsce wykorzystujemy ich wciąż ok. 300 rocznie w przeliczeniu na mieszkańca.

Jednorazówki – czubek góry śmieciowej

Nowe przepisy, które wejdą w życie już we wrześniu, rozszerzają opłatę recyklingową na wszystkie torebki foliowe o grubości powyżej 15 mikrometrów, jednak nie zmieniają jej wysokości. Zapewne doprowadzą do wzrostu cen reklamówek, bo przecież sieci handlowe nie będą chciały do ich produkcji dokładać. Jednak dotychczasowa klęska foliówkowa pokazuje, jak bardzo jesteśmy zapóźnieni w walce z górą śmieci. Wciąż zajmujemy się torebkami, podczas gdy znacznie poważniejsze problemy czekają dopiero na rozwiązanie.

Czytaj więcej: Plastikowy problem. Jednorazówka źródłem wszelkiego zła?

Co z systemem kaucyjnym za szklane i plastikowe butelki?

Nadal nie mamy żadnego systemu kaucyjnego, który uporządkowałby butelkowy chaos i zachęcił Polaków do oddawania opakowań po napojach. Ale jak go zbudować, skoro nie potrafimy nawet rozwiązać problemu nadmiaru foliówek? Nie zastanawiamy się, co zrobić z ogromną liczbą tzw. zrywek, czyli cienkich torebek (o grubości poniżej 15 mikrometrów) do pakowania owoców czy warzyw, które są i będą bezpłatne, a część klientów używa ich jako substytutu płatnych reklamówek. O braku jakiejkolwiek strategii walki z nadmiarem plastiku w opakowaniach lepiej nawet nie wspominać. Nic dziwnego, że sieciom handlowym takie akurat państwo się podoba. Może i je gnębi w niektórych obszarach, ale w innych wykazuje zadziwiającą niemoc. Niewiele każe, a nawet jak coś wymyśli, to samo nie wie, jak to skutecznie zrealizować.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Janusz Dzięcioł w szponach szołbizu

Wyluzowany Janusz Dzięcioł powtarza do kamery, że nie lubiłby siebie, gdyby się zmienił, dlatego się nie zmieni, chociaż kto wie, co sława przyniesie. Szołbiznes, mówią ludzie, jest jak walec, każdego rozgniecie, każdą głębię duchową zniweluje. Czy normalny człowiek po wygraniu bardzo popularnego programu telewizyjnego może z wygranym półmilionem złotych w kieszeni wrócić do bloków, do pracy?

Sławomir Mizerski
30.06.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną