Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Bogaci kontra biedni. Co się wydarzy na szczycie klimatycznym w Egipcie

Protest przeciwko katastrofie klimatycznej w Brukseli Protest przeciwko katastrofie klimatycznej w Brukseli Ana Fernandez / Zuma Press / Forum
COP27 to konferencja przejściowa, choć gospodarze będą chcieli uzyskać wyniki polityczne w ważnych dla Afryki obszarach – adaptacji do zmian klimatycznych, finansów oraz strat i szkód wywołanych przez kataklizmy.

Już w niedzielę 6 listopada rozpocznie się kolejne doroczne konklawe klimatyczne: Konferencja Stron Ramowej Konwencji ONZ ds. Zmian Klimatu, znane też pod skrótem COP (ang. Conference of Parties). To jedna z niewielu platform ogólnoświatowego dialogu na temat klimatu, która odgrywa istotną rolę w wysiłkach na rzecz powstrzymania katastrofy klimatycznej. Gospodarzem w tym roku jest Egipt. COP27 będzie więc miał miejsce w Afryce, a to ma znaczenie – określi, jakich politycznych sygnałów potrzebuje prezydencja egipska, żeby ogłosić swój sukces.

Czytaj też: Czas ciągłych anomalii. Czekają nas burze i wysokie temperatury

Dwa wymiary COP – negocjacje i polityka

Każda konferencja COP toczy się dwutorowo: jednym aspektem jest proces wynikający z konwencji, czyli to, co ustalono na poprzednich spotkaniach, co jest w agendzie oraz co musi zostać wynegocjowane i zakończone. Dla przykładu 2015 był – według procedury ustalonej w 2011 w Durbanie – rokiem przyjęcia nowego globalnego porozumienia, które znamy jako porozumienie paryskie. Na COP27 przewiduje się niewiele punktów programu, które będą musiały być zakończone konkretnym wynikiem. To tzw. COP przejściowy, ponieważ prace rozpoczęte rok temu będą się toczyć do kolejnego roku. Nie oznacza to, że spotkanie jest mało ważne – wręcz przeciwnie. Nie każdy COP musi być festiwalem „wielkich decyzji”.

Na drugim torze są rezultaty polityczne. Każda prezydencja chce zakończyć COP sukcesem i wynegocjować ustalenia wysokiego szczebla ważne w obszarach zainteresowań państwa gospodarza. Każda prezydencja ma głód tych „wielkich decyzji”. Dla Wielkiej Brytanii, gospodarza COP26, takim obszarem było hasło uratowania celu utrzymania globalnego ocieplenia poniżej 1,5 st. C, innymi słowy, redukcja emisji gazów cieplarnianych. Dla Afryki, reprezentującej dużą część krajów najwrażliwszych i najbiedniejszych, politycznie ważne są adaptacja (czyli dostosowanie się do już zachodzących zmian klimatycznych), finanse, straty i szkody powodowane przez zmiany klimatu.

Czytaj też: Dlaczego grożą nam coraz częstsze nawałnice i powodzie?

COP27. Co się może wydarzyć?

Kwestią najbardziej wybuchową, którą opinia publiczna z pewnością zauważy przy okazji relacji z otwarcia rozmów, jest sprawa strat i szkód. Dyskusja na ten temat trwa od lat, ale ostatnio nabiera dynamiki i wywołuje niezwykle silne emocje.

Zmiany klimatyczne, które są przyczyną coraz intensywniejszych huraganów, susz, powodzi i podnoszenia się poziomu mórz, są spowodowane działalnością człowieka, a konkretnie emisjami gazów cieplarnianych od początku ery przemysłowej. Historycznie za emisje odpowiadają głównie bogate kraje Północy. Jednak to kraje tzw. globalnego Południa, które doświadczają największych strat i szkód – kataklizmów, przed którymi ich społeczności nie mogą się obronić ani do nich przystosować – ponoszą najwyższe koszty.

Frustracja i gniew po stronie takich państw narasta. Głęboką niesprawiedliwością jest według nich fakt, że ich gospodarki, infrastruktura, sposób życia i kultura są niszczone, katastrofy wpędzają je w spiralę długu i biedy, podczas gdy winni – tzw. emitenci historyczni, czyli duże, znacznie bogatsze kraje uprzemysłowione – nie poczuwają się do odpowiedzialności. Szczególnie chodzi tu o pomoc finansową, którą postulują głównie kraje wyspiarskie.

Czytaj też: Kryzys klimatyczny. Trzeba działać teraz albo nigdy

Biedni kontra bogaci – spór o finansowanie

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się oczywista, przynajmniej z moralnego punktu widzenia, lecz negocjacje tych kwestii są dużo bardziej skomplikowane. Małe kraje wyspiarskie (głównie z obszaru Karaibów i Pacyfiku) oraz najmniej rozwinięte (głównie afrykańskie) żądają ustanowienia specjalnego, oddzielnego funduszu (ang. Funding Facility), z którego mogłyby pobierać pieniądze na odbudowę po katastrofach klimatycznych. Kraje bogate, przede wszystkim USA i państwa Unii Europejskiej, ale także tzw. grupa parasolowa z Japonią, Australią, Kanadą i Nową Zelandią, nie chcą zobowiązać się do stworzenia takiego mechanizmu, obawiając się filozofii reparacji.

John Kerry, amerykański wysłannik ds. zmian klimatu, podkreślił na niedawnym spotkaniu w Nowym Jorku, że żaden rząd nie ma tyle wolnej gotówki, żeby stworzyć taki fundusz. A priorytetem musi być przyspieszona transformacja gospodarek, żeby w przyszłości nie było jeszcze większych strat i szkód. Parafrazując: lepiej wydać te pieniądze na budowę czystych źródeł energii niż na odbudowę po huraganie. Europejscy przywódcy mówili publicznie o tym, że argument moralny („wy jesteście temu winni”) nie rezonuje wśród Europejczyków. Taka postawa wywołuje u tych, którzy walczą o przetrwanie, bardzo wysoki poziom frustracji.

Czytaj też: Wzrost temperatur. Jaka przyszłość czeka Ziemię?

Diabeł tkwi w szczegółach, czyli o co ten spór

Sprawę komplikują szczegółowe kwestie. Po pierwsze, kto powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności? Kraje wyspiarskie mówią o reparacjach od państw rozwiniętych (bez Chin czy Kataru). Tymczasem historycznie największymi emitentami są kolejno: USA, Chiny, Rosja i Brazylia. Jeżeli spojrzymy na obecne emisje, na pierwszym miejscu znajdą się Chiny, a zaraz za nimi USA. W dorocznych emisjach per capita pierwsze trzy miejsca zajmują z kolei Wyspy Salomona, Katar i Bahrajn, a w rankingu firm odpowiedzialnych za największą ilość gazów cieplarnianych w atmosferze (w latach 1965–2018) na szczycie listy są Saudi Aramco (Arabia Saudyjska), Gazprom (Rosja) i Chevron (USA). Kto ma zatem moralny obowiązek wpłacać do funduszu, o który walczą kraje wyspiarskie?

Po drugie, na jakich zasadach takie wpłaty miałyby być dokonywane? Według różnych szacunków na cele związane ze stratami i szkodami potrzeba 290–580 mld dol. rocznie do 2030 r., a do 2050 – nawet 1 bln dol. Kraje rozwijające się chcą konkretnego funduszu z nową, niepowiązaną z innymi celami gotówką. Kraje rozwinięte chcą wypracowania mechanizmów ubezpieczeniowych i powiązania takich ewentualnych funduszy z już istniejącym finansowaniem adaptacyjnym i humanitarnym.

Po trzecie, co można definiować jako straty i szkody? Nie ma konkretnej definicji, która rozwiałaby wątpliwości, gdzie kończy się adaptacja, a zaczynają szkody. Kwestia wydaje się prosta w przypadkach ekstremalnych, takich jak huragany, ale już nie np. przy powolnym podnoszeniu się poziomu mórz. Poza tym ustawienie dyskusji na ten temat w kategoriach kompensacji czy reparacji, chociaż zrozumiałe z emocjonalnego i moralnego punktu widzenia, z pewnością nie znajdzie sojuszników wśród zachodniej klasy politycznej.

W tym roku temat strat i szkód nie był uwzględniony w agendzie COP, ale po awanturze wywołanej przez kraje wyspiarskie w czerwcu zostanie warunkowo do niej włączony. To oznacza, że zanim agenda zostanie przyjęta na początku szczytu, wszystkie kraje obecne na sali plenarnej będą musiały zgodzić się na włączenie tego punktu do obrad. Inaczej COP nie będzie mógł się rozpocząć. To mina do rozbrojenia na start.

Kolejną kwestią ważną dla COP27 są fundusze na adaptację i rozmowy wokół przyszłego nowego celu finansowego. Także w tych obszarach negocjacyjnych wzajemne zaufanie to towar deficytowy. Zapobieganie zmianom klimatycznym to bez wątpienia zadanie globalne. Jednak kraje rozwijające się podkreślają konieczność przewodnictwa tych, którzy problem stworzyli. Uzależniają one skalę swoich wysiłków w kwestii redukcji emisji od dostępności finansowania i technologii, trzymając się jako priorytetu działań adaptacyjnych.

Czytaj też: Morawiecki, rzeźnik na zjeździe wegetarian

Ile kosztuje neutralność i kto za nią zapłaci

Według raportu firmy doradczej McKinsey z 2022 r. całkowity koszt transformacji globalnej gospodarki, żeby osiągnąć cel neutralności klimatycznej w 2050 r., to 275 bln dol. W negocjacjach kwestia finansowa zawsze była i będzie kluczowa. Po pierwsze, kraje rozwinięte (konkretnie tzw. kraje Aneksu II, czyli członkowie OECD w 1992 r.) obiecały w 2010 krajom rozwijającym się 100 mld dol. rocznie na cele klimatyczne. Cel ten do dzisiaj nie został osiągnięty – w 2022 r. jesteśmy, jak ocenia OECD, na poziomie blisko 83 mld dol. rocznie.

Dyskusje o kolejnym celu finansowym już się toczą i mają być zakończone na COP29 za dwa lata. To gorący temat i pewnie usłyszymy o walkach buldogów pod dywanem, mowa będzie bowiem o bilionach dolarów. Rozmowa o nowym celu finansowym nie skończy się więc w Egipcie, ale jej dynamika będzie rzutować na atmosferę i wynik konferencji.

Na COP26 w Glasgow podjęto decyzję w sprawie finansowania działań adaptacyjnych w krajach biednych. Państwa rozwinięte zobowiązały się do podwojenia finansowania klimatycznego na rzecz adaptacji do 2025 r. w ramach już zadeklarowanego celu 100 mld rocznie. Kraje donatorzy i sektor prywatny preferują przeznaczenie tych pieniędzy na inwestycje w projekty redukcyjne, natomiast kraje rozwijające się uważają, że adaptacja jest równie ważna, a czasem nawet ważniejsza. Deklaracje finansowe poczynione do dzisiaj składają się na 22 mld dol., czyli tylko połowicznie osiągają zadeklarowany rok temu cel. Niedotrzymane obietnice negatywnie odbiją się na rezultacie globalnych rozmów w Szarm el-Szejk.

Czytaj też: COP26. Szczyt ostatniej szansy czy szansy zmarnowanej?

Redukcja emisji nadal w centrum zainteresowania

Trzeci obszar debaty w Egipcie to sprawa redukcji emisji gazów cieplarnianych. Na COP27 dyskusja obejmie dwie kwestie. Pierwsza dotyczy negocjacji tzw. mitygacyjnego programu prac (ang. Mitigation Workprogram), który ma katalizować dążenie wszystkich krajów do utrzymania globalnego ocieplenia w granicach 1,5 st. C, celu wyznaczonego w tekście porozumienia paryskiego. Należy pamiętać, że będzie to decyzja mówiąca o tym, jak ma wyglądać program prac, ale nie przesądzi o ich wyniku.

Druga jest sprawa polityczna – COP26 z Glasgow wezwał wszystkie strony do poprawy i wzmocnienia celów redukcyjnych do 2030 r. Na tej kwestii będą skupione media. Obecny kontekst kryzysu ekonomicznego i energetycznego, skupienie uwagi świata na wojnie rosyjsko-ukraińskiej nie pomogły wytworzyć presji politycznej na tyle, by kraje na dużą skalę ogłaszały nowe strategie i cele. W tym momencie jesteśmy na ścieżce do wzrostu temperatury o 2,5–3 st. C. Przy założeniu, że wszystko, co obiecali politycy, zostanie rzeczywiście zrealizowane.

Climate Action Tracker, organizacja szczegółowo analizująca krajowe plany redukcyjne, uznała, że tylko 8 proc. światowych emisji jest objętych wiarygodnymi planami redukcyjnymi. Wiarygodne to takie, które mogą być zweryfikowane i są wpisane w porządek prawny krajów je ogłaszających. Są wśród nich Unia Europejska, Chile, Wielka Brytania i Kolumbia. Krajem, który w tym roku wzmocnił cel zgodnie z wezwaniem z Glasgow, jest Australia.

Egipt, Indie i Brazylia także złożyły nowe dokumenty, ale nie podniosły w nich poziomu redukcji emisji swoich gospodarek. Amerykanie mówili w Nowym Jorku, że prowadzą dwustronne rozmowy z kluczowymi partnerami, w tym Indonezją, która jest w pierwszej piątce największych globalnych emitentów. Być może opinia publiczna zostanie mile zaskoczona nowymi deklaracjami liderów w tej dziedzinie, ale na dzisiaj perspektywy COP27 co do ambitnych decyzji są blade. Kontekst geopolityczny jest niezwykle trudny.

Czytaj też: Wybuchowy pakiet Fit for 55

Powody do optymizmu

W 2022 r. mamy też mimo wszystko powody do umiarkowanego optymizmu: w wyniku realizacji uchwalonej niedawno ustawy o redukcji inflacji (ang. Inflation Reduction Act) USA zredukują 32–42 proc. swoich emisji do 2030 r., Indie przekroczyły już swój cel instalacji paneli fotowoltaicznych, a w Chinach sektory gospodarki odpowiedzialne za 97 proc. emisji mają teraz szczegółowe plany dotyczące osiągnięcia szczytu emisji. Także opinia publiczna w wielu krajach coraz bardziej priorytetyzuje klimat, czego dowodem są tegoroczne wyniki wyborów w Brazylii i Australii.

Niektórzy komentatorzy uważają, że wojna rosyjsko-ukraińska znacznie przyspieszy odejście od paliw kopalnych na rzecz lokalnych źródeł energii nisko- i zeroemisyjnej. Zbliżamy się także do poziomu 1 bln dol. rocznie inwestowanego w czystą energię. Na świecie ponad 80 proc. nowych mocy w energetyce w 2021 r. pochodziło z odnawialnych źródeł energii – fotowoltaiki (50 proc.), wiatru (25 proc.) i wody (7 proc.) – przy jedynie 15 proc. nowych mocy pochodzących z gazu (11 proc.) i węgla (4 proc.). Ten trend jest nieodwracalny.

Podsumowując, doroczne konferencje klimatyczne są ważne, ale to tylko punkty na ciągłej linii prowadzącej do transformacji. Egipski COP27 to konferencja przejściowa, choć gospodarze będą chcieli uzyskać wyniki polityczne w ważnych dla Afryki obszarach: adaptacji, finansów oraz strat i szkód. Dzieje się to w kontekście wyzwań takich jak kryzys energetyczny w Europie, zerwane kanały komunikacji pomiędzy Chinami i USA, wojna w Ukraine, która wywołała lawinę kryzysów i obnażyła brak solidarności globalnej, oraz pogarszający się kryzys klimatyczny uderzający w coraz więcej krajów powodziami, pożarami, suszami i huraganami.

Kraje najbiedniejsze, takie jak Pakistan w 30 proc. zniszczony bezprecedensowymi powodziami, apelują o pomoc. Gniew i poczucie niesprawiedliwości narastają. Jednocześnie ci, którzy mogą odpowiedzieć na ten krzyk, nie wykazują chęci ustępstw, jeśli chodzi o finansowanie i stworzenie mechanizmu kompensacyjnego. To, czy Egipt ma na tyle silne wpływy dyplomatyczne i zaufanie po obu stronach barykady, żeby doprowadzić do porozumienia w tych niezwykle trudnych i palących tematach, nadal stoi pod znakiem zapytania.

Czytaj też: Indie będą neutralne klimatycznie dopiero w 2070?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną