To nie ceny prądu, a ciepła uderzą nas po kieszeni. Politycy niezbyt się przejmują
Prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził nowe taryfy na energię elektryczną dla gospodarstw domowych. Będą obowiązywać do końca tego roku. Co to dla nas oznacza? Nic szczególnego, bo zgodnie z przyjętą w pośpiechu przez Sejm ustawą o mrożeniu cen energii elektrycznej, szybko podpisanej przez prezydenta, ceny, które zapłacimy w ostatnim kwartale tego roku pozostają na niezmienionym poziomie: 0,5 zł/kWh netto, czyli 0,62 zł z VAT.
To po co ta nowa taryfa ustalona przez szefa URE, która wynosi obecnie ok. 0,57 zł/kWh netto? Po to, by spółki energetyczne, które sprzedają nam ów mrożony prąd, mogły dostać wyrównanie z budżetu, czyli różnicę między stawką ustawową a taryfową. W całym 2025 r. zakładano, że budżet dopłaci nam do rachunków za prąd 2 mld zł. Teraz okazało się, że na finale trochę zaoszczędzi, bo taryfa zatwierdzona przez szefa URE jest wyraźnie niższa od tej, która obowiązywała wcześniej (0,62 zł/kWh netto).
Czytaj także: Wyjaśniają, żeby zaciemnić
Licytacja między rządem a prezydentem
Polska jest ostatnim krajem w UE, który stosuje mrożenie cen energii elektrycznej, bo prąd stał się u nas politycznym zakładnikiem. Wszystkie partie umówiły się, że energia elektryczna jest wyznacznikiem tego, czy władza jest prospołeczna, czy antyspołeczna. To pułapka, w którą dał się złapać rząd Tuska, który cały czas stara się myśleć kategoriami PiS i wszystko, co mogłoby zostać wykorzystane przeciw niemu przez Jarosława Kaczyńskiego, stara się usuwać z zasięgu jego ręki. Stąd też ta licytacja między rządem a prezydentem, kto zamrozi ceny prądu. Bo Nawrocki – przypomnijmy – obiecywał w kampanii, że jak dojdzie do władzy, to w ciągu 100 dni obniży ceny prądu o 33 proc. Ale jakoś nie obniżył.
Czytaj także: Wetem w wiatraki. Nawrocki posłuchał Polaków? To nieprawda. I wyborcy PiS też to wiedzą
Udało się to, choć na mniejszą skalę, prezesowi URE. Ale tylko dlatego, że pozwolił na to hurtowy rynek energii. Po prostu ceny na nim spadają, więc spółki dystrybucyjne, które sprzedają nam energię, same zawierają kontrakty z producentami po zdecydowanie niższych cenach. Dlatego prognoza jest taka, że już w 2026 r. spadną poniżej tego mrożonego pułapu, więc rynek zostanie odmrożony. To także efekt zmian technologicznych. Mamy coraz więcej taniej zielonej energii i to wpływa na rynkowy poziom.
Ale oczywiście wszystko się może jeszcze zdarzyć, bo politycy nie zrezygnują z prób wzajemnego rażenia się prądem. Można więc spodziewać się akcji prezydenta, który może przystąpić do realizacji swego planu obniżki o 33 proc.
Absurdalna wojna o cenę prądu
Wojna o cenę prądu jest absurdalna z tego powodu, że dotyczy wszystkich domowych odbiorców, niezależnie od ich statusu materialnego. Zamiast rozwiązać systemowo sprawę ubóstwa energetycznego i wspomagać tych, którzy naprawdę tego potrzebują, dotuje się wszystkich, jak leci. Drugim absurdem jest skupienie się polityków na prądzie, gdy prawdziwe uderzenie po kieszeni czeka nas za sprawą cen ciepła. Wprawdzie ustawa o mrożeniu cen prądu zawiera też zapisy o bonie ciepłowniczym, ale mniej się o tym mówi. Dlaczego? Z prostej przyczyny: o ile wszyscy dostajemy prąd elektryczny taki sam, o tyle każdy grzeje się po swojemu. Połowa gospodarstw domowych korzysta z ciepła systemowego, czyli z lokalnych ciepłowni czy elektrociepłowni, reszta ogrzewa się sama piecami gazowymi, węglowymi, kominkami i czym może.
Posłuchaj: Zimne dreszcze przy kominku. Ceny energii to może być znowu polityczne paliwo
Ciepło drożeje w oczach
Ciepło z systemów centralnego ogrzewania może pochodzić z różnych instalacji ogrzewanych różnym paliwem, w efekcie i ceny ciepła są bardzo różne, choć wszędzie rosną. Przy tym są dziś takie miejsca w kraju, gdzie notowany jest skok o 90 proc.! W efekcie to ciepło, a nie prąd, jest największym obciążeniem domowych budżetów. I właśnie sposobem na to ma być bon ciepłowniczy: 400 tys. gospodarstw domowych z najniższymi dochodami dostanie dofinansowanie. Nie będę przytaczał skomplikowanego algorytmu dofinansowania, które w drugiej połowie tego roku maksymalnie może sięgnąć 1750 zł, ale kluczowa jest jedna kwestia: prawo do bonu przysługuje tylko gospodarstwom korzystającym z ciepła systemowego. Więc nawet osiedlowe kotłownie się nie łapią, nie mówiąc o wszystkich, którzy grzeją się indywidualnie.
Czytaj także: Idzie zima. Czym grzać, żeby nie zbankrutować. Lepiej patrzeć dokładnie w rachunki
No ale tym politycy się nie interesują tak jak prądem. Bo każdy obywatel jest w innej sytuacji, więc nie można wszystkim od razu obiecać, że za ogrzewanie zapłaci o 33 proc. mniej. Bo nie zapłaci, a tylko się zdenerwuje. A jeśli nie da się na tym paliwie podładować słupków poparcia, to po co się tym zajmować? A warto by było, bo dziś właśnie ciepłownictwo, a nie elektroenergetyka jest naszym najbardziej zaniedbanym sektorem, który wymaga wielkich inwestycji i sporych nakładów. I odpowiedzialnych polityków.