Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Trwa proces likwidacji „porodówek”. NFZ i PiS umywają ręce

Oddział porodowy w Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego Oddział porodowy w Ginekologiczno-Położniczym Szpitalu Klinicznym Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego Piotr Skornicki / Agencja Gazeta
Sytuację znikających porodówek muszą ratować samorządy lokalne. Jeśli tego nie zrobią, będą miały przeciwko sobie mieszkańców. Rząd PiS najwyraźniej nie zamierza się tym martwić.

Znikają zadłużone „porodówki” w małych miejscowościach. Podobny los czeka 77 następnych. O ich przyszłość zapytała w interpelacji posłanka Lewicy Marcelina Zawisza, ale wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński nic na ten temat nie ma do powiedzenia, ponieważ żadnych planów wobec oddziałów ginekologiczno-położniczych nie ma NFZ. To polityka chowania głowy w piasek, bo problem narasta, a poszczególne „porodówki” zamykane są chaotycznie, niezależnie od tego, jak daleko jest do następnej. Jeśli nie wezmą go „na klatę” samorządy lokalne, będą miały przeciwko sobie mieszkańców.

Znikające porodówki, dramatyczny brak lekarzy

77 „porodówek”, które najprawdopodobniej zostaną zamknięte, to te, w których rocznie rodzi mniej niż 400 kobiet. A nierzadko dużo mniej – w 2018 r. w Rawie Mazowieckiej przyszły na świat zaledwie 52 noworodki, w Centrum Zdrowia „Abis” w Łodzi – 48, w Kostrzynie nad Odrą – 179. Nawet gdyby NFZ za utrzymywanie „porodówek” płacił dużo więcej, to nie miałoby to sensu, mimo że mieszkańcy ich bronią. Chodzi bowiem nie tylko o pieniądze. Na przykład w Ustrzykach Dolnych na Podkarpaciu w 2018 r. przyszło na świat tylko 182 dzieci, czyli personel odbierał poród mniej więcej co drugi dzień. Ale „porodówka” musiała być w gotowości przez 24 godziny na dobę, trzeba więc było zatrudniać aż 14 położnych i czworo lekarzy. Tymczasem zarówno pielęgniarek, jak i lekarzy dramatycznie brakuje.

W całym kraju zamykane są z tego powodu oddziały, do których są kolejki chętnych. Chirurgia, interna, neonatologia, wszystkie. Nie powstają z braku kadr tak potrzebne oddziały geriatryczne. Więc fakt, że małe „porodówki” pogrążają się w długach – w Kraśniku, gdzie rodziło się rocznie 200 dzieci, dług rósł o 2,5 mln zł rocznie – nie jest problemem jedynym, ale jednym z kilku. Małych „porodówek” nie da się uratować. I nawet nie miałoby to sensu, nie tylko ekonomicznego. Bezpieczeństwo rodzących na oddziałach, na których lekarze i pielęgniarki nie mają dużego doświadczenia, więc gorzej radzą sobie z trudnymi przypadkami, jest przecież mniejsze.

NFZ chowa głowę w piasek

Chodzi o to, żeby jednak to bezpieczeństwo zagwarantować i żeby małe „porodówki” nie padały chaotycznie, jak dzieje się to teraz. Instytucje, które odpowiadają za to na szczeblu krajowym, chowają jednak głowę w piasek. NFZ powinien przyjrzeć się małym „porodówkom”, ale i zaproponować, aby w procesie ich likwidacji zachować minimalną odległość z każdej miejscowości w kraju do „porodówki”, która zostanie zachowana. Bo tego wymaga bezpieczeństwo młodych matek i noworodków. Z odpowiedzi wiceministra zdrowia Janusza Cieszyńskiego na interpelację Marceliny Zawiszy wynika jednak, że NFZ w tej sprawie milczy. W każdym razie o ewentualnych planach ministerstwa nie informuje.

Niewykluczone, że ta strusia polityka jest jednak przemyślana. Właścicielami małych „porodówek” są władze lokalne, więc rząd – jak widać – uważa, że to nie jego problem. Niezadowolenie społeczności lokalnych z ewentualnego zamykania (w przeciwnym razie samorząd musi dać pieniądze na pokrycie długów) oddziałów ginekologiczno-położniczych spadnie więc na władze samorządowe, najczęściej z opozycji. Rząd PiS najwyraźniej nie zamierza się tym martwić. A powinien choćby dlatego, że za bezpieczeństwo zdrowotne Polaków odpowiada państwo. Zwłaszcza po ostatnim, z listopada 2019 r., wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że rząd nie może zwalać tego problemu na samorządy.

Inicjatywa po stronie samorządów

W tej sprawie mniej jednak ważne jest to, że samorządy mają rację, oczekując pomocy od państwa. Mając rację, mogą się bowiem skonfliktować ze swoimi społecznościami, które chcą się czuć bezpiecznie. Więc jedynym wyjściem jest to, żeby sąsiednie powiaty zaczęły współpracować, czyli wspólnie przygotowywać plany łączenia niektórych oddziałów. Tylko to może częściowo złagodzić narastający problem braku pieniędzy, lekarzy i pielęgniarek. Zamykane są przecież nie tylko „porodówki”, ale także setki innych oddziałów.

Publiczna służba zdrowia jest w coraz gorszym stanie i nie widać, żeby rząd miał pomysł na jej naprawę. Muszą go mieć samorządy, żeby nie wiem jak było to trudne.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną