Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Nauczyciele nie chcą zarabiać po równo. A system spłaszcza

Protest nauczycieli w Krakowie, 2019 r. Protest nauczycieli w Krakowie, 2019 r. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Od nowego roku szkolnego nauczycieli czekają niewielkie podwyżki. 6 proc. na głowę. Nie każdy dostanie tyle samo, choć zróżnicowanie powinno być znacznie większe.

Pensja dyplomowanego nauczyciela zwiększy się o 229 zł, mianowanego o 195 zł, kontraktowego o 172 zł, a stażysty o 167 zł (wszystkie kwoty brutto). Cieszę się, że jestem dyplomowanym. Inne cechy pracownicze też mam, ale nie robią różnicy w wynagrodzeniu. A skoro nie robią, to powoli wygasają. Nauczyciele się upodabniają się.

Związki zawodowe alarmują, że wynagrodzenia nauczycieli się spłaszczają. Różnice między stopniami awansu robią się coraz mniejsze. Niedługo wszyscy będziemy zarabiali po równo. Tymczasem w środowisku coraz głośniej mówi się o potrzebie różnicowania zarobków, ale nie ze względu na stopień awansu, lecz jakość pracy. Skoro nasza praca się różni, nieraz kolosalnie, to musi to mieć odzwierciedlenie w zarobkach. Tymczasem nie ma. Dlaczego wybitny pracownik ma zarabiać tyle samo co kiepski? To nie tylko niesprawiedliwe, ale też bardzo demotywujące. Spłaszczając zarobki, podcina się ludziom skrzydła. Mistrz, żeby mu się chciało nadal być mistrzem, powinien zarabiać po mistrzowsku. Zaś ten, kto mu do pięt nie dorasta, powinien mieć odpowiednio niższą pensję. Jest jednak zupełnie inaczej. Po zarobkach nauczycieli jeździ rządowy walec i wszystko równa. I tak od lat.

Warunek przetrwania w zawodzie: jednakowość

Przykro zrobiło się koleżance, która powszechnie uważana jest za najlepszą w szkole, gdy dowiedziała się, że zarabia tyle samo co najgorsza nauczycielka w placówce. „We wszystkim, co robimy, jest między nami przepaść, a w zarobkach równość?”. Koleżanka nie mogła w to uwierzyć. „Naprawdę nasze zarobki się nie różnią?”. Przykre, ale prawdziwe.

System spłaszcza wynagrodzenia. Im mniejsze różnice między nauczycielami w placówce, tym mniej wyrzutów sumienia ma dyrekcja, że musi płacić jednakowo. Idealna szkoła to taka, w której nauczyciele nie różnią się ani na plus, ani na minus. Warunkiem przetrwania w zawodzie jest jednakowość. Niestety człowiek nie maszyna, nie działa według jednakowego dla wszystkich programu. Przynajmniej do czasu, aż dotrze do niego, że wyróżniając się, sprawia wszystkim problemy.

O pierwszej nauczycielce uczniowie i rodzice wypowiadają się w samych superlatywach. Każde dziecko chciałoby trafić do klasy, którą ona dostaje. Fama idzie w miasto. W czasie rekrutacji rodzice pytają dyrekcji, kto będzie uczył w klasach pierwszych. Chcą znać konkretne nazwiska. Ale dyrekcja nie mówi. Dobrze wie, co by się stało, gdyby rodzice już wiedzieli. Na drugą osobę co roku spływa mnóstwo skarg, każda klasa walczy, aby ją zmienić na kogoś innego, a mimo to obie zarabiają tak samo. Nawet za zastępstwa, które jedna sumiennie prowadzi, a druga olewa, mają tę samą stawkę.

Dlaczego nie pracują równo, skoro równo zarabiają? Przecież obie są inteligentne. Wszystkim byłoby łatwiej, gdyby świat był jednolity, obowiązki w pracy wykonywane tak samo przez wszystkich, a wynagrodzenia – to jedno w oświacie już jest – identyczne. Po co się różnić w stylu pracy, skoro pracodawca nie chce się różnić w wynagradzaniu? Niech wybitna nauczycielka przestanie być wybitna, a fatalna – fatalna, niech obie postawią na przeciętność, to skończą się kłopoty. Dlaczego wciąż pracują po swojemu, za dobrze albo za słabo, a nie tak, jak są wynagradzane? Równaj do szeregu. W szkole nie powinno być lepszych, czas to wreszcie pojąć.

Czytaj też: 1 września w tym roku nie będzie?

W oświacie wiele rzeczy nie robi różnicy

Mnóstwo rzeczy, które w innych branżach decydują o wysokości wynagrodzenia, w oświacie nie mają znaczenia. Miejsce się nie liczy. Czy nauczyciel pracuje w renomowanym liceum w dużym mieście, gdzie młodzież jest zdolna i wymagająca, a klasy 32-osobowe. Czy w podstawówce w małej miejscowości, gdzie klasy z powodu zmian demograficznych są kilkunasto-, a nawet kilkuosobowe. Nie ma znaczenia, jakiego przedmiotu uczy. Czy egzaminacyjnego, gdzie odpowiada się za wyniki uczniów, czy nieobowiązkowego michałka, np. etyki albo religii, z którego nie zdaje się żadnych egzaminów, a wyniki nie mają znaczenia. Zarabia tyle samo.

Nawet lekcji ma każdy belfer po równo (obowiązuje jednakowe dla wszystkich 18-godzinne pensum). Czy jest wuefistą w podstawówce, czy polonistą w klasach maturalnych – ma 18 godzin w tygodniu. Czy uczy muzyki, czy matematyki – pensum identyczne, 18 godzin. System mamy taki, że liczba lekcji do przeprowadzenia dla każdego jest identyczna, a obowiązki diametralnie różne. Także nakład pracy wynikający z osobistego podejścia do zadań jest różny.

Niczego się jednak nie premiuje. Chyba że za premię uznajemy dobrą opinię wśród uczniów. Jednak opinii nie włożysz do garnka i nie ugotujesz zupy. Nie spłacisz też rat kredytu dzięki temu, że rodzice cię cenią. O wysokości zarobków nie decydują opinie, lecz wyłącznie staż pracy oraz stopień awansu, choć i tu różnice robią się coraz mniejsze. System bowiem spłaszcza.

Zresztą nawet te drobne różnice w wynagrodzeniu, różnice wynikające ze stopnia awansu, uzyskuje się nie dzięki jakości pracy, lecz cierpliwości. Żeby bowiem awansować i nieco więcej zarabiać, trzeba swoje odczekać – limity lat do ubiegania się o awans, a nie limity sukcesów, wyznaczył MEN. Żeby zarabiać na miarę swoich wysiłków, trzeba wreszcie odkryć, że to nigdy nie nastąpi w szkole. W szkole zarobki uległy bowiem spłaszczeniu. Obowiązki też mogą być równe, ale żeby to zrozumieć, trzeba przestać być sobą. Jeśli jesteś świetny z natury, musisz stać się kiepski z wyboru, inaczej się wypalisz. W szkołach przerabia się pracowników na przeciętnych, więc jeśli ktoś nie chce być taki, musi uciekać. Byle zdążył, zanim się zmieni na niekorzyść.

Czytaj też: Nauczyciele mogą spanikować

Po co się starasz, nauczycielu?

Dyplomowany nauczyciel muzyki zarabia znacznie więcej niż niedyplomowany nauczyciel matematyki. Drugi sprawdza tony klasówek, a pierwszy nic, ale obaj zarabiają według stopnia awansu, a nie według nakładu pracy czy odpowiedzialności. Bardzo dobry nauczyciel wuefu, który zostaje po godzinach, prowadzi zajęcia dodatkowe, jest cenionym wychowawcą, ma taką samą pensję co kiepski polonista, który obowiązki olewa. A może mieć nawet niższą, jeśli polonista jest dyplomowany, a wuefista nie. Za wychowawstwo jest taki sam dodatek dla wychowawcy doskonałego i fatalnego. Skoro nie ma różnicy, to po co solidnie zajmować się wychowankami? Dla idei?

Nauczyciele i nauczycielki, którzy się wyróżniają w zawodzie na plus, są rzetelni i mają sukcesy, mogą karmić się jedynie satysfakcją, natomiast pensję mają taką samą jak reszta mniej ambitnych i pracowitych kolegów czy koleżanek. Często zarabiają mniej, gdyż inni mają wyższy stopień awansu. Dyrektor nie może zabrać nieprzykładającym się pracownikom części ich pensji i przekazać jej pracowitym, gdyż takie mamy prawo. Zarobki są gwarantowane ustawą, a nie wysiłkiem, zdolnościami czy zaangażowaniem. Większą pensję zapewnia staż – każdy rok pracy to 1 proc. podwyżki aż do maksimum 20 proc. – oraz stopień awansu, a nie wybitne osiągnięcia. Kiedy ktoś sobie to uświadomi, robi mu się przykro. W zawodzie nauczyciela ludzie wypalają się na potęgę. Im więcej dają z siebie, tym szybciej i mocniej. Najzdrowiej jest dawać średnio. Jeśli już koniecznie chcesz więcej zarabiać, weź etat w drugiej szkole, ale wtedy wypalisz się jeszcze szybciej.

Wypaleni odchodzą. Nie bądź za dobry!

Co roku ze szkół odchodzą wypaleni nauczyciele. Kto znał ich w pierwszych latach pracy, wie, jacy wtedy byli piękni i wspaniali. A jednak nie wytrzymali, choć wciąż kochają ten zawód. Kochają, ale dłużej nie mogą. Jak mi powiedziała koleżanka, która w tym roku pożegnała się zawodem, „i tak pracowałam za długo”. Za długo była głupia, aby zgadzać się na równe wynagradzanie za nierówną pracę.

Sąsiednie liceum straciło wybitną matematyczkę. Koleżanka woli nie pracować nigdzie i nic nie zarabiać – tak powiedziała – niż mieć tę samą pensję co osoby, na które szkoda słów. Nie opłaca się być w szkole wybitnym i ambitnym fachowcem, gdyż to oznacza potężną frustrację. Człowiekowi szybko robi się przykro. Czasem tak przykro, że dłużej już nie jest się w stanie być nauczycielem.

Ale też nie opłaca się być najgorszym. Jeśli chcesz być nauczycielem na dłuższą metę, należy być przeciętnym. Trzeba olewać to czy tamto, pracować na pół gwizdka, nie przykładać się, a wtedy nie zrobi ci się przykro. Zarabiasz tyle co inni, ale też pracujesz podobnie. Raz dasz z siebie więcej, raz mniej, czasem jakaś klasa porwie cię do szczególnego wysiłku, ale za to inna zniechęci, w sumie wychodzi średnio. Nie ma się czym chwalić, ale też nie ma za co ganić. Jako przeciętnemu nauczycielowi, raz lepszemu, raz gorszemu, nie będzie ci nigdy przykro, że zarabiasz jak inni. Budżetówka preferuje przeciętność i za przeciętność płaci. Jak to zrozumiesz, wytrwasz w zawodzie do emerytury.

A co może dyrektor?

Kto nie zna środowiska od podszewki, może myśleć, że dyrektor ma narzędzia, aby nagradzać wybitnych i karać leniwych. Może posłużyć się nagrodą dyrektora (raz w roku) oraz dodatkiem motywacyjnym (co miesiąc). Jednak pula środków przeznaczona na dodatki motywacyjne oraz nagrody jest taka sama w każdej szkole w regionie. Władze gminy czy powiatu zadecydowały, że będzie to np. 5 proc. na etat i ani grosza więcej. Tyle samo dostaje wybitna placówka co fatalna. A przecież liczba wybitnych nauczycieli nie jest wszędzie równa.

Filozofia nagradzania jest więc taka sama: placówki dostają po równo, gdyż władze nie chcą się zajmować ustalaniem, której szkole należy się większy dodatek, a której mniejszy. Dostają po równo, a dyrektorzy mogą, jeśli chcą, mieć piekło w placówce, różnicować. Wielu dla świętego spokoju wypłaca także po równo albo – gdyż po równo jest bardzo mało – wypłaca wybranym więcej, ale rotacyjnie. Nie ma sensu urabiać się po łokcie i żądać większych zarobków. Wystarczy poczekać na swoją kolej. To tyle, jeśli chodzi o dodatek motywacyjny.

Czytaj też: Dyrektorzy, jaki macie plan?

Natomiast nagroda dyrektora, choć lepiej ją dostać, niż nie dostać, to symbol, a nie prawdziwa nagroda. Kwota nie powala. Zresztą szef ma nie lada dylemat, jak podzielić pulę. Czy nagrodzić większą liczbę pracowników mniejszą kwotą, np. 15–20 proc. załogi za rok ciężkiej pracy kwotą 1 tys. zł brutto, czy 5–10 proc. zatrudnionych, ale 2 tys. zł brutto. A przecież jeszcze wypada dać nagrodę zastępcy dyrektora, inaczej jaki sens jest być wicedyrektorem, gdy zarabia się, jakby człowiek nim nie był?

Właściwie pula jest taka, że wystarczyłaby na trzy- bądź czterokrotność miesięcznego wynagrodzenia dla jednej, góra dwóch osób, co jest sensowną nagrodą za wybitne osiągnięcia w zawodzie, bądź po kilkaset złotych do ręki dla większej grupy. Wspomniana na początku tekstu nauczycielka powiedziała, że gwoździem do trumny jej motywacji stała się właśnie nagroda dyrektora. 700 zł za rok ciężkiej pracy. Zrobiło jej się jeszcze bardziej przykro. Przecież więcej wydała ze swojej kieszeni na materiały dla uczniów.

Rodzice mogą zrobić różnicę

Jak dyrektorowi naprawdę zależy na premiowaniu najlepszych, to musi sięgnąć do kieszeni rodziców. Jednak sprawa jest moralnie wątpliwa. Dyrektor dogaduje się z radą rodziców, która zarządza pieniędzmi ze składek, aby wybranym nauczycielom zapłacić za zajęcia dodatkowe, za prowadzenie uczniów do olimpiad, za cokolwiek. Ale nie wszystkim. Pozostałym, którzy również prowadzą dodatkowe zajęcia, przygotowują olimpijczyków oraz robią coś ponad, nie będzie się płacić, gdyż nie zasłużyli na premię (nie mają wyników, są na nich skargi itp.). Człowiek dowiaduje się, że koleżanka ma płacone za te same czynności, a on nie. Czy to jest sprawiedliwe, że dyrektor bardziej ceni jedno koło zainteresowań niż drugie?

Czytaj też: Krótsze lekcje w czasie pandemii

Padają pytania na posiedzeniach rady pedagogicznej, ale szef przecież prawdy nie powie, że to ukryta forma premiowania sukcesów, a nie zapłata za prowadzenie kół. Mówi, że tak zadecydowali rodzice. A rodzice mówią, bo świat przecież jest mały i niektórych się zna prywatnie, że taka była wola szefa. Przykro robi się tym, którzy nie otrzymują zapłaty za pracę, ale niewesoło jest także tym, którzy otrzymują. Rodzice płacą składki przecież nie po to, aby wyręczać państwo w premiowaniu wyróżniających się nauczycieli, lecz dla dobra swoich dzieci. A może należałoby wysłać dzieci na wycieczkę albo ufundować stypendia dla wybitnych? Doprawdy opłacanie pracowników budżetówki nie należy do zadań rodziców. Od tego są podatki.

Co pokazała praca zdalna

Nigdy nauczyciele tak głośno nie mówili o niesprawiedliwym wynagradzaniu. Dopiero praca online przelała czarę goryczy. Uświadomiła tym wybitnym i zapracowanym, jak potężne różnice są między nimi a resztą zespołu. Gdy jedni mają do pracy zdalnej dwie lewe ręce oraz zero chęci do nauki, drudzy wykazali się pełnym profesjonalizmem i zaangażowaniem. Sami uczniowie byli zdziwieni różnicą. Niestety, jak przyszło do płacenia, nie liczyła się jakość pracy ani umiejętności, a jedynie fakt jej podjęcia. Był kontakt z uczniami przez internet, nieważne, jaki i z jakim skutkiem, wynagrodzenie się należy. I jak zwykle jest ono identyczne, a różnicę robią jedynie stopnie awansu oraz staż.

Część pracowników zatarła ręce z zadowolenia, w końcu nauczanie zdalne oznaczało dla nich o wiele mniej pracy, a innym zrobiło się przykro. Jednak przykro to za mało. Zaczęła rodzić się agresja. Rozeszły się plotki, że znowu ktoś nie wytrzymał i rzucił pracę. Ale rzucanie pracy to także nie jest wyjście. Trzeba raczej rzucić władzy w twarz wyzwanie. Czy tak już być musi, że bez względu na miejsce zatrudnienia, bez względu na rodzaj szkoły i nauczany przedmiot, nie patrząc na sukcesy bądź ich brak, nie biorąc pod uwagę zaangażowania ani odpowiedzialności, bez względu na wszystko, co sobą reprezentuje nauczyciel oraz nauczycielka – trzeba im płacić po równo? Tylko nie gadajcie, że jakieś różnice są, bo przecież – jak powiedział jeden z nauczycieli w mojej szkole – różnice w zarobkach nauczycieli są takie, że ja więcej wydaję na psa. A ma kundla.

Czytaj też: A może zawiesić wychowanie fizyczne?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną