Społeczeństwo

Nowa matura według PiS. Żadna szkoła temu nie podoła

Próbna matura w Częstochowie Próbna matura w Częstochowie Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Nikt nie podoła wymaganiom, które żywcem zostały wyjęte z mitologii o przedwojennej szkole, która dawała wiedzę i patriotyzm, a w końcu wydała z siebie pokolenie żołnierzy wyklętych i powstańców. Taką szkołę chce odrestaurować PiS.

Mało brakowało, a wprowadzono by zasadę, że matura należy się każdemu, kto ukończył szkołę średnią. Wystarczy, że przyjdzie na egzamin, a już go zdał. Wynik – od zera do stu procent – wpisze się na świadectwo. Język polski, matematyka na zero procent? No i co z tego? Od uczelni będzie zależało, czy przyjmie kandydata, który „zdał” maturę na zero procent. Tego chciało środowisko akademickie, przede wszystkim ze szkół prywatnych. To wielkie marnotrawstwo, że co roku ok. 50 tys. absolwentów liceów i techników nie może podjąć studiów z powodu niezdanej matury.

Anna Zalewska była jednak innego zdania. Uważała, że poprzeczkę należy podnieść znacznie wyżej. Wzorem dla pani minister była przedwojenna edukacja. W tamtych czasach maturzysta należał do elity, wiedział i potrafił więcej niż dzisiejszy magister. No i był patriotą, dla kraju gotów oddać życie. Takiego maturzystę chciałaby Anna Zalewska odtworzyć. Do tego potrzebna była dobra zmiana: przywrócenie czteroletniego liceum i podniesienie wymagań. Może nie aż tak, jak było przed 1939 r., ale prawie.

Kanon lektur trzeba znać

Anna Zalewska odeszła z MEN, ale idea podniesienia poprzeczki pozostała. Kruczkiem w głowie dla obozu władzy i kolejnych ministrów – Dariusza Piontkowskiego oraz Przemysława Czarnka – stał się kanon lektur. Nie może być tak, argumentowano, że młodzież omawia na lekcjach Gombrowicza (homoseksualista) czy Schulza (Żyd), a nie zna Sienkiewicza (tradycjonalista) albo Wojtyły (trzeba przedstawiać?). W ogóle w nauczaniu języka ojczystego wszystko stoi na głowie. Nauczyciele pochylają się nad literackim łajnem, traktując je jak skarbnicę polskości, a prawdziwie narodowe wartości pomijają. Młodzież więc wychodzi ze szkół z poczuciem, że „Polska” wcale nie brzmi dumnie. Najwyższy czas to zmienić.

Pisowska władza z przerażeniem odkryła, że przez całe gimnazjum i liceum uczniowie poznają zaledwie 13 tych samych lektur. Tylko tyle nas łączy jako naród. Czy poznają więcej i co konkretnie, zależy od nauczyciela. Na lekcjach polskiego zapanowała wolność, która doprowadzała do tego, że literatura przestała nas integrować jako naród. Przestaliśmy znać te same książki, utraciliśmy kanon. Zresztą w wielu szkołach, jak już coś uczniowie czytają, to takie książki, że lepiej by było dla spokoju sumienia, aby nie poznawali nic. Przykładem niech będzie chociażby „Harry Potter”. Sienkiewicza nie znają, a Pottera czytają. To się po prostu nie mieści w głowie. Nauka języka polskiego nie opiera się na wartościach, jak to było przed wojną, lecz na bzdurach o magii. Nic więc dziwnego, że szkoła przestała kształtować w nastolatkach patriotyzm. To jakieś głupoty są – uważa środowisko PiS.

Wprowadzono więc zmiany, które polegały na ukróceniu wolności. Nauczyciel przestał mieć wolny wybór, czego uczy. Narzucono mu bowiem tak obszerny kanon, ponad 80 tekstów na cztery lata, że z trudem się wyrobi. A przecież dorzucono jeszcze obowiązkowe konteksty: religijne (wartości chrześcijańskie), historyczne (męczeństwo narodu polskiego) i biograficzne (wzorcowe postawy wybitnych Polaków). Z tego wszystkiego niebawem – już za dwa lata – pierwszy rocznik czteroletniego liceum będzie zdawał maturę. Będzie pisał test ze znajomości kanonu (nie było czegoś takiego od ponad 20 lat), będzie wykazywał się znajomością „języka polskiego w użyciu” (czegoś takiego nigdy nie było), będzie też pisał tekst argumentacyjny nieomal dwa razy dłuższy niż roczniki po gimnazjum (cały świat skraca teksty, a my wydłużamy). Już to widzę, jak maturzysta sobie z tymi zadaniami poradzi. Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie.

Rynek korepetycji wstaje z kolan

Nie znam polonisty, który by się przejmował tymi zmianami. Ponad 20 lat temu, gdy wprowadzono nową formułę matury, rynek korepetycji z polskiego padł. Teraz wszyscy są pewni, że się odrodzi. Żadna bowiem szkoła nie podoła wymaganiom, jakie postawiono młodzieży. Bez korepetycji nie da się opanować olbrzymiego materiału, jaki zawiera podstawa programowa. Już sama liczba lektur budzi przerażenie. A gdy wczytamy się w informator maturalny, jaki niedawno opublikowała Centralna Komisja Egzaminacyjna, zrozumiemy, że żartów nie ma. Naprawdę PiS chce wskrzesić przedwojenną edukację i chce mieć absolwentów szkół średnich, którzy gotowi są iść w obronie ojczyzny – niczym Baczyński czy Gajcy – „jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”. Ostatnio bowiem młodzież szła, owszem, szła, ale w kierunku przeciwnym niż wytyczony przez PiS.

Obecnie matura z polskiego na poziomie podstawowym trwa niecałe trzy godziny (170 min), od 2023 r. będzie trwać cztery (240 min). Teraz wypracowanie należy napisać na co najmniej 250 wyrazów, a za dwa lata będzie to minimum 400 słów. Obecnie nie testuje się maturzystów ze znajomości lektur, ale będzie się to robiło i to bardzo sumiennie. W informatorze zaznaczono, że test będzie zawierał zadania, które sprawdzają, czy uczeń zna teksty z każdej epoki (wskazano, ile punktów przydzielono każdej epoce, np. za romantyzm i pozytywizm – 6 pkt). Maturzysta musi dysponować wiedzą pełną, gdyż w teście znajdą się zadania do wszystkiego, od antyku aż do literatury krajowej i emigracyjnej lat 1945–89 oraz do dzieł po 1989 r. Maksymalizm pełną gębą – i to wszystko na poziomie podstawowym.

Młodym ludziom władza uwiązała kamień młyński na szyję i rzuciła na głęboką oraz bardzo mętną wodę, ale korepetytorom dała wielki prezent. Żadna szkoła nie przygotuje uczniów do takiej matury. To fizycznie niemożliwe. Rocznik, który przystąpi w 2023 r. do egzaminu dojrzałości, pójdzie na dno. Utonie w bagnie absurdalnych wymagań. Nie podoła wymaganiom, które żywcem zostały wyjęte z edukacyjnej utopii, z mitologii o przedwojennej szkole, która dawała wiedzę i patriotyzm, tworzyła elitę, a w końcu wydała z siebie pokolenie żołnierzy wyklętych i powstańców warszawskich. Taką szkołę chce odrestaurować PiS, dlatego podnosi poprzeczkę na egzaminie maturalnym. Czy to może się udać?

Ludzie rzucą się na korepetycje, bo w nich jedyna nadzieja. Uczniowie będą musieli nauczyć się całkiem nowej rzeczy, której nie praktykowano w oświacie polskiej od ponad 20 lat. Otóż nie czytano lektur, żeby je znać, zresztą w ogóle mało czytano. Lektury w liceum poznawano wybiórczo, tak aby w razie czego wyciągnąć z nich jakiś przykład i podać jako argument do dowolnie sformułowanej tezy. Z całego „Pana Tadeusza” wystarczyło znać dowolny fakt fabularny, np. że szlachta polowała na niedźwiedzia i tańczyła poloneza, a egzaminator przyznawał punkty za „funkcjonalne wykorzystanie lektury”. Nowa matura oparta jest na całkiem innej filozofii egzaminowania: na testowaniu ze znajomości lektury, z wiedzy o kontekstach religijnym, patriotycznym i biograficznym. Celem jest bowiem zintegrowanie Polaków wokół jednego kanonu. Jaki to kanon, patrz: program PiS. Szkoła dzisiejsza jeszcze tej indoktrynacji nie podoła, ale za parę lat musi.

Matura do dyscyplinowania Polaków

Zresztą nie tylko o powrót do przedwojennych wartości chodzi. Nie chodzi tylko o integrację narodu wokół wspólnego kanonu dzieł wielkich Polaków. Chodzi też o dyscyplinę. Młodzież, co pokazały protesty z ostatnich miesięcy, rozpuściła się jak dziadowski bicz. Wydaje się, że nie ma na nastolatków bata. Zamiast szacunku dla władzy jest tylko „róbta, co chceta”. To rozpasanie ma ukrócić szkoła podstawowa kończąca się małą, ale trudną maturą oraz szkoła średnia, przygotowująca uczniów do arcytrudnej dużej matury.

Młodzież ma zająć się nauką, a nie aktywnością polityczną. Wymagania egzaminacyjne są tak skonstruowane, że innego wyjścia nie ma. Albo uczysz się od pierwszej do ostatniej klasy do małej i dużej matury, albo nie masz żadnych szans na zdanie egzaminów. Lekcje są od tego, aby się pilnie uczyć, na dyskutowanie o ekologii czy prawach zwierząt nie będzie czasu. Jedna stracona lekcja oznacza poważną przeszkodę w przygotowaniu się do matury. Kilka straconych lekcji to zaległości nie do odrobienia. Gdy młodzież pozna wymagania maturalne, odechce jej się wszelkiej aktywności pozaszkolnej. Jeśli chce studiować, na ulice już nie wyjdzie.

I pewnie udałoby się odciągnąć uczniów od polityki i zagonić do nauki, gdyby nie pandemia. W normalnych warunkach każdy rodzic da się złapać na argument, że młodzież za mało się uczy, że wymagania są za niskie, że trzeba podnieść poziom edukacji itepe, itede. Jednak w warunkach pandemii argumenty te trafiają w próżnię. Jak można podnosić wymagania, i to tak znacząco, gdy szkoły z konieczności wymagania obniżyły? Przecież licealiści, którzy w 2023 r. będą zdawać tę niby-przedwojenną maturę, już drugi rok uczą się zdalnie. Do takiej matury trudno byłoby się przygotować w normalnych warunkach, a w nienormalnych jest to zwyczajnie niemożliwe. PiS więc musi poczekać na wychowanie sobie posłusznej i uczącej się pilnie młodzieży, której polityka nie w głowie. Jeszcze nie w 2023 r. Obawiam się, że osiągnięcie tego celu jest niemożliwe w ogóle, ale może jestem zbyt naiwny.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Chłopcy 30+, czyli faceci jak dzieci

Psychologowie alarmują: to już epidemia. Pokolenie 20-, 30-, a nawet 40-latków nie chce dorosnąć.

Agnieszka Sowa
12.07.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną