Społeczeństwo

Kopernik zawita pod strzechy, czyli nauka w Polskim Ładzie

Z zadowoleniem trzeba powitać oryginalną obietnicę dalszego wspierania instytucji naukowych. Z zadowoleniem trzeba powitać oryginalną obietnicę dalszego wspierania instytucji naukowych. Loïc Fürhoff / Unsplash
Ilość miejsca poświęconego nauce w Polskim Ładzie świadczy o jej randze w oczach dobrozmieńców. Dla sprawiedliwości dodam, że Zjednoczona Prawica jeno kontynuuje, chociaż radykalniej, stosunek do nauki charakterystyczny dla wcześniejszych ekip rządzących Polską.

Trzeba przyznawać się do błędów, co też czynię. W poprzednim felietonie powiadałem, że w projekcie Polskiego Ładu nie ma nic na temat nauki. Nieprawda – w całym dokumencie liczącym 132 strony znajdują się dwa ustępy, które połączone stwierdzają:

„W 2023 r. obchodzimy 550-lecie urodzin jednego z największych Polaków, Mikołaja Kopernika. Z tej okazji rząd przygotuje wieloletni program finansujący zorganizowanie i działania Międzynarodowej Akademii Kopernikańskiej – forum współpracy naukowej oraz programów kształcenia dla polskich i zagranicznych uczonych, zwłaszcza w takich dziedzinach jak medycyna, astronomia, fizyka czy matematyka, a także program kształcenia w tych dziedzinach. Będziemy dbać także o dalszy rozwój takich instytucji jak Polska Akademia Nauk, Polska Akademia Umiejętności, Warszawskie Towarzystwo Naukowe czy Narodowe Centrum Nauki. (...) Planujemy ogłoszenie roku 2023 rokiem nauki z uwagi na 550. rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika. Kluczowym punktem przygotowań do obchodów byłaby budowa kilkudziesięciu małych »Centrów Nauki Kopernik« w powiatach lub związkach powiatów”.

Razem to daje 17 linijek, tj. jedną piątą dwukolumnowej strony, dokładnie tyle samo, ile wzmianki o odzyskiwaniu zagrabionych dzieł sztuki i o organizacji siedziby dla Polskiej Opery Królewskiej. Twierdzę, że ilość miejsca poświęconego nauce w Polskim Ładzie świadczy o jej randze w oczach dobrozmieńców. Dla sprawiedliwości dodam, że Zjednoczona Prawica jeno kontynuuje, chociaż radykalniej, stosunek do nauki charakterystyczny dla wcześniejszych ekip rządzących Polską, nie tylko po 1989 r.

Z takim stanowiskiem rządców koresponduje postawa większości dziennikarzy, bo najbardziej popularne programy publicystyczne w radiu i telewizji, a także gazety (w większości) raczej stronią od problematyki naukoznawczej, natomiast znacznie bardziej zajmują się tym, czy np. p. Bielan realizuje intrygę przeciwko p. Gowinowi samoistnie, czy też z czyjegoś poduszczenia.

Kopernik, czyli koło zamachowe

Informacja o projekcie Międzynarodowej Akademii Kopernikańskiej pojawiła się w mediach na początku kwietnia 2021 r. Pomysł wywołał zdecydowaną krytykę z uwagi na niejasne założenia, w szczególności w związku ze stosunkiem do Polskiej Akademii Nauk (zachodziło podejrzenie, że to pierwszy krok w kierunku likwidacji PAN lub przynajmniej jej poważnej marginalizacji) i źródłami finansowania.

Cały zaś tzw. program kopernikański (rzeczona Akademia miała być jego elementem) robił wrażenie czegoś z dziedziny science fiction, gdyż obiecywał osiągnięcie najwyższego światowego poziomu przez naukę polską w przeciągu następnych 20 lat, tj. do 2043 r., tj. 500-lecia wydania „O obrotach ciał niebieskich” Kopernika.

23 kwietnia odbyło się posiedzenie sejmowej podkomisji ds. nauki i szkolnictwa wyższego, na którym p. Bernacki, wiceminister edukacji i szkolnictwa wyższego, złożył następujące oświadczenie: „Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytania dotyczące prac w MEiN nad projektem, który nazywa się »Narodowy Program Kopernikański«. Nie są prowadzone prace w MEiN nad takim projektem. Proszę mi wierzyć, moja wiedza – jeszcze raz powtarzam – na temat tego projektu, jak wiedza również pracowników ministerstwa jest tą wiedzą z portalu [OKO.press], który ujawnił, przekazał do publicznej wiadomości ten tekst i co więcej, opatrzył go też odpowiednim komentarzem, co doprowadziło do szeregu, powiedziałbym, dziwacznych zachowań”.

I teraz nie wiadomo, czy wierzyć p. Bernackiemu w jego niemal „dziewiczą” wiedzę z 23 kwietnia, czy też uznać ogłoszenie Polskiego Ładu 15 maja za dziwactwo zapowiadające stworzenie rzeczonej akademii na podstawie prasowych plotek, czy wreszcie przyjąć, że p. Bernacki (lub ktoś inny i ważniejszy, np. sam p. Morawiecki, ale chyba nie Jego Ekscelencja celująca w odbudowę Pałacu Saskiego), dowiedziawszy się z portalu OKO.press o całym projekcie, żwawo zabrał się do pracy koncepcyjnej nad stworzeniem „forum współpracy naukowej oraz programów kształcenia dla polskich i zagranicznych uczonych, zwłaszcza w takich dziedzinach jak medycyna, astronomia, fizyka czy matematyka, a także program kształcenia w tych dziedzinach”.

Ten ostatni fragment jest zresztą niezwykłej urody logicznej, zważywszy że implikuje jakąś różnicę pomiędzy programami kształcenia dla polskich i zagranicznych uczonych, głównie w medycynie, astronomii, fizyce i matematyce, a programami kształcenia w tych dziedzinach.

Niezależnie od tego coś tu nie gra, bo zapomniano np. o biologii, nie mówiąc już o filozofii i teologii, co zaznaczały przecieki OKO.press. Jak widać, Kopernik stał się kołem zamachowym dobrozmiennej polityki naukowej, a nawet, podobnie jak Mickiewicz, trafi pod strzechy (kolejna analogia pomiędzy propagandą z czasów PRL i obecną) w 2023 r., gdy powstanie kilkadziesiąt powiatowych centrów kopernikańskich, ośrodków, w których na pewno będzie tworzona wielka nauka z jej zadaniem na 2043 r.

Czytaj też: Minister Czarnek punktuje, a naukowcom wstyd

Polskie państwo wspiera. Ale czy finansuje?

Z zadowoleniem trzeba powitać oryginalną obietnicę dalszego wspierania instytucji naukowych, aczkolwiek zapomniano o uczelniach i Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, bardzo ważnym z uwagi na to, że rozdziela granty na badania stosowane. Samo sformułowanie jest dość osobliwe, ponieważ zgodnie z polskim porządkiem prawnym państwo finansuje wspomniane instytucje, a nie tylko je wspiera.

Może jednak chodzi o to, że uczelnie prywatne, np. ta kierowana przez Ojca Interesariusza z Torunia czy nowe Collegium Intermarium (zainstalowane przez Ordo Iuris), mają być finansowane przez władze państwowe, a publiczne tylko wspierane?

Co do NCBiR: może jego wspieranie jest utajnione, aby swobodnie przyznawać hojne granty braciom polityków o „zmęczonych oczach”, oczywiście w celu pomnażania dobra wspólnego? Mówiąc poważnie: to, co Polski Ład powiada o nauce, jest przejawem niechlujstwa, prymitywnej propagandy i wyrazem aroganckiego lekceważenia problemów nauki i środowiska akademickiego. Wygląda na to, że odnośny fragment został skreślony przez kompletnego ignoranta w tych materiach.

Czytaj też: Collegium Intermarium. W obronie Polski przed bezbożnikami

Polska liderem nauki? Najpierw PKB

Polski Ład informuje o obietnicach czy też perspektywach finansowych w wielu jego punktach. Nie ma żadnych dla nauki, chociaż kalkulacje są stosunkowo proste w tym przypadku, bo i dane wyjściowe są wyjątkowo precyzyjne. Wiadomo (wymieniam tylko niektóre parametry), ilu jest naukowców, jaka będzie dynamika zatrudnienia w tym zawodzie, jak wyglądają porównania z innymi krajami w liczbie zatrudnionych w sektorze nauki, jaki jest stan aparatury, jakie są potrzeby, jaki jest przeciętnie zadowalający budżet nauki, a jaki to jest budżet wysoki itp.

Ograniczę się tylko do tej ostatniej kwestii, na którą zresztą wielokrotnie zwracałem uwagę, ale nigdy dosyć na ten temat. Polska wydaje na naukę i szkolnictwo wyższe ok. 1 proc. PKB. Dokładna wartość jest zamazywana przez władze, np. przez manipulacje funduszami z UE. Pan Gowin, poprzedni zarządca nauki, obiecywał wzrost, bodaj do 2025 r., do 1,25 proc. PKB. Wszystko wskazuje na to, że skutki pandemii negatywnie wpłyną na ten budżet i trudno się dziwić. Nie wiadomo, czy nauka zyska cokolwiek w ramach Funduszu Odbudowy. Poziom zalecany przez UE wynosi 2 proc. PKB i wszystko wskazuje, że nie zostanie osiągnięty jeszcze przez długi czas.

Dodać trzeba do tego skutki inflacji, zapewne niemałej w Polsce, i wzrost kosztów utrzymania infrastruktury w związku z ruchem cen energii. Kraje przodujące w rozwoju nauki mają budżet od 3 do 4 proc. PKB. Jeśli to wszystko się porówna, to opowiadanie o tym, że Polska może doścignąć światową czołówkę w 2043 r., jest czczą gadaniną, pozbawioną jakichkolwiek realistycznych podstaw. Rzecz także w kształtowaniu społecznych oczekiwań wobec nauki przez malowanie fikcyjnych perspektyw. Kraje, które kształtowały swój rozwój przez znaczne podniesienie nakładów na naukę, osiągnęły duże sukcesy – pomijając tradycyjne potęgi, wystarczy wspomnieć o Skandynawii, Japonii, Korei Południowej czy Izraelu, co podniosło prestiż nauki w tych miejscach.

Byłoby dobrze, gdyby nasi administratorzy nauki puknęli się w czoła i spróbowali pomyśleć, jakie skutki przyniesie rozpowszechnianie kolejnego mirażu o polskiej potędze naukowej i niemal liderowaniu w świecie pod tym względem.

I jeszcze słówko o „współpracy naukowej (...) polskich i zagranicznych uczonych, zwłaszcza w takich dziedzinach jak medycyna, astronomia, fizyka czy matematyka”. Goście z zagranicy muszą przyjeżdżać do nas, a my jeździć do nich, trzeba organizować konferencje u nas i uczestniczyć w zagranicznych, prowadzić wspólne badania, potrzebne w każdej dziedzinie nauki, bardzo kosztowne w naukach przyrodniczych, mniej w innych dyscyplinach, ale zawsze wymagające sporych środków. Obowiązkiem władzy jest ich zapewnienie, a nie budowanie zamków z piasku na lodzie.

Czytaj też: Władza przejmuje uniwersytety

Kserograf dla uniwersytetu

Kolejny newralgiczny punkt polega na tym, że polski biznes jest mało zainteresowany finansowaniem nauki. Spacer po uniwersytetach w Tel Awiwie lub Jerozolimie pokazuje, że większość budynków została ufundowana ze środków dostarczonych przez zagraniczne środowiska żydowskie. Kampusy uniwersyteckie w USA są pełne inwestycji zrealizowanych za pieniądze mniejszych lub większych przedsiębiorców. Siemens i Krupp należą do największych darczyńców „naukowych” w Niemczech.

A jak jest w Polsce? W 1999 r. organizowałem duży światowy kongres filozoficzny. Poprzednie, w różnych krajach, były finansowane przez banki i przemysł. Wysłałem sto listów do rozmaitych instytucji i ostateczne zyskałem 5 tys. zł od trzech sponsorów, mianowicie kancelarii prawniczej prowadzonej przez moich byłych studentów, dealera samochodów ze Śląska i dyrektora dużej korporacji przemysłowej z Krakowa. Ten ostatni dał z własnej kieszeni i powiedział: „Nie dziw się, że nasz biznes tak się odnosi do nauki, skoro państwo ma ją w takim dużym poważaniu”.

Ostatnio to się zaczyna zmieniać, np. rodzina Kulczyków funduje stypendia, ale to jeszcze wyjątek, a nie tendencja. Zagraniczne środowiska polonijne są liczne, wcale nie ubogie, nieźle zorganizowane. Z powodów politycznych i społecznych (zabory, duża emigracja od XIX w., wojny, komunizm) intensywnie rozwijały działalność naukową i kulturową na obczyźnie (to nie jest przedmiot niniejszego felietonu), ale w niewielkim stopniu uczestniczyły w pomaganiu nauce w kraju. Fundacja Kościuszkowska (Nowy Jork) daje stypendia, to samo czynią Fundacja Lanckorońskich (granty są w dyspozycji PAU) i Bednarowski Trust w Aberdeen (Szkocja), a Fundacja Jurzykowskiego (też ulokowana w PAU) nagradza za działalność naukową (zapewne moja wiedza jest niepełna, ale nie sądzę, aby pełen obraz zmienił zbyt wiele w ocenach tutaj formułowanych).

Nie znam poważniejszych przykładów polonijnego inwestowania w infrastrukturę materialną krajowych uczelni czy instytutów naukowych. Pamiętam radość, gdy Edward Piszek, filantrop z USA, ufundował kserograf dla UJ w latach 70., rzecz na pewno potrzebną, ale o wartości raczej symbolicznej w porównaniu np. z Maiersdorf House na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie. W ogólności pomoc polskiego biznesu, krajowego i zagranicznego, nie jest znacząca. Jest rzeczą socjologów, aby wyjaśnić, dlaczego tak jest, i wskazać możliwości zmiany.

Czytaj też: Jak pandemia osłabiła słynne uczelnie

Ateizm jako błąd poznawczy

Kazimierz Twardowski, wielki organizator filozofii polskiej, pisał w 1930 r.: „Ci, co uniwersytety fundują i utrzymują, dowiedliby niezrozumienia istoty uniwersytetu, gdyby chcieli w czymkolwiek krępować jego pracę, z góry zastrzegając się przeciw jego wynikom, wskazywać, jakie rezultaty byłyby pożądane”. W tym kontekście przypomnę tezy p. Czarnka: „przekazywanie ideologii genderowskiej w procesie nauczania młodzieży polskiej – to nie jest rzecz, która się mieści w ramach nauczania, również na uczelniach wyższych. (...) [Naukowcy wywodzący się z komunistycznego systemu to] jest wielki problem RP, który nawarstwił się w ciągu ostatnich dziesięcioleci przez [brak] dekomunizacji na uczelniach wyższych. (...) Będziemy zwracać oczywiście uwagę na wszystkie te elementy (...) sprzeczne z polskim porządkiem prawnym. Mamy konstytucję RP, która w art. 13 zakazuje propagowania idei komunistycznych, idei nazistowskich, faszystowskich, w tym również marksistowskich. Pamiętajmy, że z nurtu marksistowskiego czerpał nie tylko Stalin, nie tylko Lenin, ale również Adolf Hitler. Marksizm był podstawą wszystkich ideologii zbrodniczych XX w. Na to po prostu konstytucja w Polsce nie pozwala”.

Pan Gliński, zarządzający kulturą, dodaje (myląc się co do faktów): „W Polsce mamy tysiące przykładów prześladowania, negowania, wykluczania w najróżniejszej postaci. To metody środowiskowe, kulturowe, znane z czasów stalinowskich. Zmuszanie do samokrytyki tych, którzy wyłamują się z mainstreamu ideologicznego, aż po działania administracyjne: wyrzucanie z uczelni, nieprzyznawanie stopni naukowych” – jasne jest, że ów mainstream obejmuje to, co nie jest zgodne z ideologią prawicowo-katolicką.

Pan Skrzydlewski, doradca p. Czarnka, wyrokuje: „Tradycja kultury Zachodu ukazuje, że szkoła, jak i każda inna instytucja edukacyjna muszą ze swej natury eliminować ze swych działań ideologię ateistyczną i nauczycieli ateistów, gdyż ich oddziaływanie jest zawsze destrukcyjne. (...) Sam ateizm jako błąd poznawczy i światopoglądowy dyskredytuje nauczyciela”. Jeśli funkcjonariusze tzw. dobrej zmiany przejdą od słów do czynów, przytoczone opinie i postulaty dostarczą dyrektyw dla polityki władz wobec środowiska naukowego w sprawach finansowych i być może personalnych. Ostatnie zwolnienia na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie są być może sygnałem tego, co nas czeka.

Ciekawe, że p. Gliński prawi zupełnie podobnie jak ci, którzy bronili, np. w 1981 r., przedstawicieli ówczesnego jedynie słusznego światopoglądu przed „wykluczaniem w najróżniejszej postaci”. Dobre zmiany zawsze mają analogiczne oblicza, także w stosunku do faktów i prawdy.

Czytaj też: Narodowy Instytut Wolności rozmienił granty na drobne

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną