Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Dominikanie, potencjał zła. Pytania po raporcie komisji Terlikowskiego

Jak do tego doszło, jak to się mogło stać w jednym z najstarszych polskich zakonów? Jak do tego doszło, jak to się mogło stać w jednym z najstarszych polskich zakonów? Maciej Kaczanowski / Forum
Dlaczego nie zduszono zła w zarodku? Dlaczego nie przekazano sprawy prokuraturze, gdy w zakonie już dobrze wiedziano, że dochodzi do przemocy fizycznej i gwałtów?

Jak do tego doszło, jak to się mogło stać w jednym z najstarszych polskich zakonów? W zakonie dominikanów uważanym nie tylko wśród katolików i katolickiej inteligencji, ale i w szerszej opinii publicznej w naszym kraju za wzór katolicyzmu otwartego na współczesny świat, za azyl i przystań duchową dla szukających pogłębionej wiary? Próbę odpowiedzi przynosi właśnie opublikowany raport komisji pod przewodnictwem dr. Tomasza Terlikowskiego. Próbę nieowijającą przerażającej prawdy w bawełnę, dążącą do obiektywizmu i rzeczową, a jednak połowiczną i nasuwającą kolejne pytania.

Czytaj też: Makabra dominikańska

„Nowatorska” ewangelizacja

Najprostsze pytanie brzmi: dlaczego nie zduszono zła w zarodku? A drugie: dlaczego nie przekazano sprawy prokuraturze, gdy w zakonie już dobrze wiedziano, że dochodzi do przemocy fizycznej i gwałtów, czyli przestępstw karalnych? Popełniał je jeden z braci, a władze zakonne stosowały wobec niego półśrodki. Tymczasem postawa władz, szczególnie ojca Macieja Zięby w roli prowincjała, ale też innych zwierzchników, pozwalała mu dalej manipulować i krzywdzić, a nawet rozwijać swoją sekciarską działalność.

Zięba widział w ojcu M. charyzmatycznego lidera młodych, którzy walili tłumnie na jego „nowatorskie” eventy ewangelizacyjne. Starszyzna zakonna – wśród niej powszechnie znane nazwiska – musiała o tym wiedzieć, ale sytuacji nie naprawiła. Szeregowi zakonnicy albo milczeli – z jednym znanym dziś szerzej wyjątkiem o. Mogielskiego – albo ulegli podobnej ekscytacji co prowincjał. Niewiarygodne, że o. Zięba, autor wielu książek i esejów, aktywny uczestnik debaty publicznej, pozwolił swemu podwładnemu, osobie zdradzającej cechy psychopatii i manii seksualnej, wybrać się do Chin z misją ich chrystianizacji.

Dotykamy tu kwestii systemu kościelnego. Nie tylko w sensie promowania ludzi na stanowiska przekraczające ich kompetencje, ale też w sensie uporczywego odmawiania refleksji nad jego niezwykle szkodliwymi konsekwencjami, rujnującymi życie osobiste i duchowe wielu osób w zakonie i poza nim.

Czytaj też: Przemoc u wrocławskich dominikanów

Dominikanie. Mroczny cień

Autorzy raportu drobiazgowo – może wręcz niebezpiecznie drobiazgowo, bo wyliczając głęboko intymne szczegóły udręki ofiar ojca M., co niestety może ułatwiać ich niechcianą identyfikację – opisują wydarzenia rozgrywające się za murami klasztorów zakonu kaznodziejskiego. Nie udzielają jednak odpowiedzi na to zasadnicze pytanie o potencjał zła kryjący się w samym systemie. Owszem, wyczuwa się, że zdają sobie z tego sprawę, jednak nie robią ostatniego kroku. Chcą wyjaśnić okoliczności, przebieg i sens dramatu, a zarazem uchronić zakon przed zarzutem moralnej współodpowiedzialności. Wskazują więc na negatywną rolę o. Zięby, jego stronników w zakonie i doradzających mu prawników, lecz unikają kwestii systemowej. Nie wygląda to przekonująco. Zarówno prowincjał i jego otoczenie, jak i sam o. M. i jego wewnętrzna sekta działali i mogli działać dzięki systemowi.

Sami dominikanie wydali w związku z raportem komisji Terlikowskiego – powołanej z ich inicjatywy i mającej pełną swobodę pracy – komunikat, w którym czytamy m.in.: „Zdajemy sobie sprawę, że obraz, jaki wyłania się z tego raportu, rzuca mroczny cień na całą naszą Prowincję, także na tych braci, którzy przez lata gorliwie, ofiarnie i uczciwie wypełniali powierzone im zadania. Stawia on pod znakiem zapytania naszą wiarygodność i podkopuje zaufanie, jakim wielu spośród Was obdarzyło dominikanów”. To trafna diagnoza, szkoda, że przyszła tak późno i za taką cenę.

Czytaj też: Jak Kościół zmieniał się w instytucję władzy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Czy oddawać Ukrainie polskie patrioty? NATO naciska, presja rośnie, Warszawa odmawia

Międzynarodowa presja na Polskę nie maleje – zapewne będzie rosła do szczytu w Waszyngtonie, któremu potrzeba „sukcesu". W którymś momencie Warszawa może być nawet napiętnowana za opór, zwłaszcza jeśli na podarowanie Ukrainie świeżo kupionych patriotów zdecydują się Rumunia lub Szwecja.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
14.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną