Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Znany profesor molestował. Za karę odejdzie na emeryturę

Inauguracja nowego roku akademickiego na Uniwersytecie Warszawskim. 1 października 2021 r. Inauguracja nowego roku akademickiego na Uniwersytecie Warszawskim. 1 października 2021 r. Andrzej Hulimka / Forum
Znany polski językoznawca w wieku 74 lat odejdzie na emeryturę. Dowiedziała się o tym cała Polska, bo przejście na emeryturę okazało się najsurowszą możliwą karą za wieloletnie molestowanie seksualne podległych mu na uczelni osób.

Jak na razie niewiele wiadomo poza tym, że lawinę uruchomiła złożona w zeszłym roku skarga studentki. Wygląda na to, że wewnętrzne dochodzenie niezbicie potwierdziło ataki na co najmniej kilkanaście osób. Według ustaleń „Gazety Wyborczej” wstępne rozpoznanie pozwoliło zlokalizować co najmniej siedem kobiet oskarżających rzeczonego profesora, a w toku postępowania udało się dotrzeć do kolejnych. Proceder miał się ciągnąć od dobrych 30 lat.

„Profesor już taki jest”. Normalka

Jedna z osób znających sprawę anonimowo skomentowała ją dla „GW”: „Od lat jestem związana z Uniwersytetem Warszawskim, ale o czymś tak ohydnym i na taką skalę jeszcze nie słyszałam”. Rzeczywiście, zwyczajna ohyda w ludzkiej skali to na polskich uczelniach norma. Mniej więcej co trzecia studiująca osoba, w tym co druga kobieta, doświadcza w toku studiów molestowania, a reakcje władz uczelni na zgłaszane problemy najczęściej sprowadzają się do „profesor już taki jest”, a molestowanie i nadużycia to przecież „normalka”.

To, że profesor językoznawstwa w ogóle dowiedział się o sprawie i odczuł ją choćby w taki sposób, że musiał ustąpić z prestiżowego stanowiska honorowego przewodniczącego Rady Języka Polskiego, jest zasługą toczącej się powoli wewnętrznej rewolucji podjętej przez Uniwersytet Warszawski. W listopadzie 2019 r. w Sejmie odbyła się konferencja skupiająca przedstawicielki i przedstawicieli świata akademickiego, którzy zdecydowali się działać. Omawiano raporty sporządzone z uwzględnieniem studentek i studentów (m.in. przygotowany przez Biuro RPO), badania politolożek („Kobiety w polskiej politologii. Od diagnozy do współpracy”, wyd. Fundacja im. Izabeli Jarugi-Nowackiej) czy sytuację kobiet na uczelniach artystycznych („Marne szanse na awanse?” – raport Fundacji Katarzyny Kozyry).

Konferencja, którą w całości można obejrzeć na stronach Sejmu, pozwoliła podzielić się wnioskami i dobrymi praktykami. To właśnie Uniwersytet Warszawski ma najbardziej rozbudowany pion przeciwdziałania dyskryminacji i molestowaniu. Dzięki temu zresztą udało się w ogóle ustalić, że to, o co studentki i doktorantki oskarżały swojego wykładowcę i promotora, faktycznie się zdarzyło. Ale do prawdziwego pociągnięcia do odpowiedzialności jeszcze daleko.

„Było widać, jaki ma stosunek do kobiet”

Dlaczego tak trudno o sprawiedliwość dla ofiar seksualnych drapieżników na uczelniach? Po pierwsze, problemem jest normalizacja zjawiska. Nawet jeśli środowisko naukowe widzi, że coś jest nie tak, inni pracownicy uznają, że to nie ich sprawa, przymykają oczy i nie drążą problemu. Jak mówi jeden z rozmówców „Wyborczej”: „Było widać, jaki ma stosunek do kobiet, że otacza się młodymi dziewczynami, rywalizował wręcz na liczbę doktorantek. Potrafił przy innych zwracać się do nich per »kotku«. Wydawało się to obleśne, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co się działo za zamkniętymi drzwiami”.

W sumie przecież łatwo założyć, że chodzi o dorosłe kobiety, których nikt pod pistoletem nie zmusza do trwania w nieznośnej sytuacji. Tylko że to kolejny błąd. Osoby pozostające w sytuacji zależności, tak w miejscu pracy, jak na uczelni, częściej niż rzadziej nie mogą sobie pozwolić na protesty, chyba że za cenę wyrzeczenia się czegoś, co rozpoznają jako swoje powołanie. Profesorowie mają na uczelniach władzę niemal absolutną. Kiedy więc rozmówca „Wyborczej” stwierdza: „sprawiał wrażenie, że potrafi pomóc w rozwinięciu kariery, że bez jego pomocy to się nie uda. Magistrantkom i doktorantkom proponował pomoc, przekonywał, że są wyjątkowo uzdolnione”, to warto wziąć pod uwagę, że profesorowie „sprawiają takie wrażenie”, gdyż to jest najczęściej prawda. Zwłaszcza przy wyspecjalizowanych badaniach trudno znaleźć alternatywne laboratorium czy seminarium doktorskie, nie wspominając już o perspektywach dalszej pracy na uczelni.

Podobne problemy napotykają studenci, doktoranci czy adiunkci uczelni artystycznych. Zatrudnienia są, owszem, wynikiem merytorycznych konkursów, ale polska akademia, zwłaszcza jej humanistyczna część, nie jest znowu tak duża i najczęściej już same kryteria danego stanowiska sprawiają, że do konkursu może wystartować ledwie parę osób.

Dlatego właśnie, choć sprawa zaczęła się od skargi studentki, szybko okazało się, że najliczniejsze i najbardziej straumatyzowane są doktorantki. Którym też najtrudniej złożyć skargę – przecież skarżą się uczelnianym, a właściwie wydziałowym władzom, a te rekrutują się spośród kolegów i koleżanek pana profesora, tych samych, którzy przywykli nie wtrącać się w to, co robią między sobą „dorośli ludzie”.

#MeToo. Nie ma „świętych krów”

W obszarze wrażliwości niedawna fala #MeToo zrobiła bardzo wiele. Przypomnijmy choćby wystąpienie Anny Paligi, absolwentki Szkoły Filmowej w Łodzi, która upubliczniła nazwiska profesorów uczelni upokarzających i molestujących studentów. Także w świecie humanistyki coś zaczyna się ruszać i skargi na „święte krowy”, od kilkudziesięciu lat nietykalne, przedostają się do wiadomości publicznej. Problem w tym, że jak na razie ani jedna taka sprawa nie dotarła do sprawiedliwego końca, to znaczy nie została zgłoszona jako przestępstwo. Mimo że polski kodeks karny jasno stanowi w art. 199 §1:

„Kto, przez nadużycie stosunku zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia, doprowadza inną osobę do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną