Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Społeczeństwo

Egzamin z polskiego dla ukraińskich dzieci. Gdzie tu serce i rozum?

Szkoła Podstawowa nr 12 w Krakowie przyjęła 70 dzieci z Ukrainy. Szkoła Podstawowa nr 12 w Krakowie przyjęła 70 dzieci z Ukrainy. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta
Zróbmy eksperyment myślowy: czy jest choć jedna osoba, która sądzi, że przez – optymistycznie licząc – dziesięć tygodni można opanować język polski i historię jego literatury na tyle, by zdać z niego jakikolwiek egzamin państwowy?

W tym tygodniu dyrektorzy szkół ponadpodstawowych powinni podać do Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych informacje o tym, ilu uczniów z Ukrainy, którzy dołączyli do placówek w związku z wojną, zamierza zdawać polską maturę. Jak przekazał dyrektor CKE Marcin Smolik, w klasach maturalnych w całym kraju uczy się ok. 60 nowych uczniów z Ukrainy. Według decyzji władz, aby zakończyć edukację i móc ubiegać się o miejsce na uczelniach, muszą zdać to samo co polscy maturzyści, a więc język polski, matematykę i język obcy na co najmniej 30 proc. A także przynajmniej podejść do egzaminu z minimum jednego przedmiotu na poziomie rozszerzonym.

Ukraińcy mogą liczyć na pewne ułatwienia – wydłużenie czasu egzaminu i przetłumaczenie na ukraiński poleceń, także na maturze z polskiego. W tym ostatnim przypadku odpowiedzi muszą być jednak udzielone po polsku. No i, jakże by inaczej, odnosić się do polskich lektur.

Tu nie chodzi o dobro ukraińskich uczniów

Zróbmy eksperyment myślowy: czy jest choć jedna osoba, która sądzi, że przez – optymistycznie licząc – dziesięć tygodni nauki można opanować język i historię jego literatury na tyle, by zdać z niego jakikolwiek egzamin państwowy? No to zróbmy jeszcze jeden eksperyment myślowy: co powiedzieć ukraińskiej nastolatce, która boso uciekała z gruzów po własnym domu, gdy spyta, po co ma przystąpić do egzaminu z języka, którego nie zna, skoro każdy wie, że ona go nie zna?

Dyrektor CKE i minister Przemysław Czarnek podpowiadają: „przepisy w tej chwili nie przewidują innej możliwości”. Można by to uznać za groteskowo zabawne, zważywszy że przedstawicielom obozu rządzącego dotychczas jako żywo nie nastręczała trudności zmiana przepisów na „przewidujące” rozwiązania uznawane za przydatne w najróżniejszych obszarach.

Ale powstaje kolejne, już mniej oczywiste pytanie, co faktycznie stoi za niechęcią władz, by realnie pomóc maturzystom z Ukrainy? Obawa, że te kilkadziesiąt osób, które zyskałyby możliwość rekrutacji na studia (bo o to ostatecznie chodzi) bez podejścia do matury z języka polskiego, zdemoluje nasz system edukacji? Chyba nie, bo ze środowisk związanych z resortem popłynęły już sugestie, że wynik Ukraińców z egzaminu z polskiego mógłby nie być brany pod uwagę przy rekrutacji na uczelnie. Może więc chodzi o jakąś symboliczną figurę „prawdziwie polskiej matury”, której zmagania z polskim są istotą, a bez tego traci ona swój egzystencjalny sens?

Na pewno natomiast nie chodzi o dobro ukraińskich uczniów. Co ciekawe, nauczyciele pracujący z nimi oceniają, że ich poziom przygotowania z pozostałych przedmiotów, szczególnie z matematyki czy angielskiego mimo różnic podstaw programowych w większości przypadków nie odbiega na niekorzyść od poziomu polskich uczniów. Po przetłumaczeniu poleceń z tych przedmiotów faktycznie są w stanie maturę zdać.

Egzaminy to tylko wierzchołek góry lodowej

Jednak sam egzamin to tylko wierzchołek lodowej góry niejasności i wątpliwości. – Do dziś nie wiemy, na jakiej podstawie mielibyśmy uczniów do tego egzaminu dopuszczać. Przecież oni nie mają polskich świadectw, które są do tego wymagane, bo nie uczyli się wielu naszych przedmiotów. Nasza pani dyrektor obdzwania w tej sprawie OKE i kuratorium, a tam nikt nic nie wie – opowiada nauczyciel zespołu szkół technicznych na Śląsku.

W jego placówce chęć przystąpienia do matury zadeklarowała trójka uczniów, ale – uwaga – uczących się w jednym z oddziałów przygotowawczych, których tworzenie zalecał MEiN. Teraz okazuje się, że rodzi to kolejną porcję problemów, bo w takim przypadku nie wiadomo nawet, jakiej szkoły świadectwo dzieciakom ewentualnie należałoby wydać. Liceum ogólnokształcącego? Bo przecież chyba nie technikum? I w tej sprawie – na miesiąc przed maturą (!) – nikt nic nie wie.

Przypomnijmy tylko dla kontekstu, że niemal od początku wojny i napływu uchodźców wielu dyrektorów szkół średnich deklarowało, że byliby w stanie przeprowadzić w swoich placówkach ukraińskie matury, by oszczędzić zamieszania, a uczniowie uciekający przed wojną mogli zakończyć edukację w swoim systemie (a potem na dotychczasowych zasadach obowiązujących cudzoziemców startować na studia, nie tracić roku). MEiN powtarza jednak lakonicznie, że nie ma takiej możliwości.

Brak przepisów dla uczniów

Nie lepiej jest w przypadku uczniów podstawówki, a w szczególności ósmoklasistów, którzy trzy tygodnie po maturzystach mają zdawać egzamin – tak jak ich polscy koledzy z przetłumaczonymi poleceniami. Ukraińskich ósmoklasistów w skali kraju ma być znacznie więcej, kilka tysięcy: – My też nie mamy żadnych oficjalnych wytycznych ani dotyczących tego, w jaki sposób należy ukraińskich uczniów sklasyfikować, ani dotyczących ich przystępowania do egzaminu. Na chwilę obecną podlegają tym samym przepisom co polscy uczniowie – relacjonuje Jacek Rudnik, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 11 w Puławach. U niego sytuacja jest specyficzna o tyle, że najstarsi ukraińscy uczniowie i ich rodzice oddziałami przygotowawczymi nie byli zainteresowani. – Samorząd zaproponował nam stworzenie ich, gdy dzieci spędziły już w klasach ogólnodostępnych kilka dni. I okazało się, że to wystarczyło, żeby się zaaklimatyzować – mimo problemów językowych. Rodzice prosili wręcz, żeby nie zabierać dzieci z już poznanych zespołów – opowiada wicedyrektor.

Dodaje, że on sam na podstawie wcześniejszych praktyk widziałby pewne możliwości wybrnięcia z formalnego kłopotu ze świadectwami: – Dotychczas, gdy trzeba było wystawić świadectwo ukończenia szkoły uczniom, którzy część edukacji zaliczyli w systemie innego kraju, szukaliśmy odpowiedników naszych przedmiotów w tamtym systemie, a także dopasowywaliśmy stopnie. Jak tłumaczy, ukraińską „technologię” można np. uznać za prawie to samo co „technikę”, którą kończy się w szóstej klasie.

Z kolei w systemach oceniania ukraińska „szóstka” to odpowiednik naszej trójki (co zresztą budzi sporo osobnych nieporozumień i nerwów). Nie ulega jednak wątpliwości, że procedura takich „tłumaczeń” w odniesieniu do tysięcy uczniów to operacja gigantyczna, kłopotliwa i wysoce niepewnego sensu. Warto przy tym pamiętać, że część dzieci korzysta z lekcji online w ukraińskim systemie (czasem jednocześnie uczęszczając do polskiej szkoły) i ma szansę prawie normalnie zakończyć rok. – Nieoficjalnie napływają też do nas informacje, że ukraińskie ministerstwo edukacji może zezwolić na wydanie świadectw także pozostałym uczniom na podstawie stopni, które zdążyli uzyskać przed wyjazdem z kraju – zauważa Jacek Rudnik.

Na Czarnka nie ma co liczyć

Można by zatem darować dzieciom egzamin, na którym większość wypadnie poniżej swoich możliwości i straci szansę na kontynuację edukacji w szkole ponadpodstawowej odpowiedniej do ich poziomu. Kłopot w tym, że w świetle obecnych polskich przepisów świadectwo z innego kraju umożliwia udział w rekrutacji do szkoły średniej w miarę wolnych miejsc, przed samym rozpoczęciem roku szkolnego. A najbliższa rekrutacja będzie (znów) tłoczna i nerwowa, bo o miejsca w liceach i technikach ubiegać się będzie półtora rocznika (to efekt dawnej niedokończonej reformy, która miała obniżać rozpoczęcie wieku obowiązku szkolnego do sześciu lat, ale jej wdrażanie zostało przerwane).

Co pozostaje? Mieć nadzieję, że – parafrazując Czarnka – wojna wkrótce się skończy, a ukraińskie dzieci i nastolatki będą mogły „bezpiecznie wrócić do swoich domów i szkół”. Jeśli tylko jeszcze je mają. Dokładnie na to liczy przecież minister. W perspektywie kolejnych miesięcy polski system oświaty nic sensownego do zaoferowania im nie ma.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną