Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Uczniowie naoglądali się „Chłopów” i wyciągają wnioski o seksie. Z resztą lektur lepiej nie jest

Kadr z filmu „Chłopi Kadr z filmu „Chłopi mat. pr.
Szkoły opuszcza pokolenie, które uczyło się, jak wypełniać powinności rodzicielskie i ugotować zupę, ale nie miało okazji rozmawiać o seksie. „Takie rzeczy dopiero po ślubie”.

W szkołach kontrolowanych przez pisowskich kuratorów (wciąż są na swoich stanowiskach) wychowanie seksualne pojmowane jest jako przygotowanie do rodzicielstwa, oczywiście po ślubie. Nauczyciele uczą więc, jak dzieci powinny wypełniać swoją rolę w rodzinie (przez posłuszeństwo rodzicom i nabywanie od nich umiejętności rodzicielskich, np. jak ugotować zupę). Na problemy seksualne nie ma tu miejsca. Nastolatkom wmawia się, że nie mają jeszcze takich potrzeb jak seks.

Najbezpieczniej jest milczeć o seksie

Szkoły opuszcza więc pokolenie, które uczyło się, jak wypełniać powinności rodzicielskie, wie, jak ugotować zupę warzywną, ale nie miało okazji rozmawiać o potrzebach seksualnych, bo na takie rzeczy przyjdzie czas dopiero w małżeństwie. Gdy nawet uczniowie i uczennice pytają „tu i teraz” np. o zabezpieczanie się przed niechcianą ciążą czy choroby przenoszone drogą płciową, nauczyciele unikają jasnych odpowiedzi, gdyż nie chcą być oskarżeni o seksualizowanie dzieci. Działające przy kuratoriach komisje dyscyplinarne są szczególnie wyczulone na krzywdzenie nastolatków. A skrzywdzić można np. przez sugerowanie im, nawet mimowolne, że aby uprawiać seks, nie trzeba się ożenić czy wyjść za mąż. Najbezpieczniej jest w szkole milczeć o seksie, a klasie, gdy pyta, kazać zamknąć buzię i zająć się czymś naprawdę pożytecznym, np. nauką do matury, co wielu nauczycieli czyni.

Młodzież nie ma więc do kogo pójść ze swoimi potrzebami i problemami. Nawet lekarze potrafią zasłaniać się klauzulą sumienia i odmówić przepisania tabletek lub innych środków zabezpieczających, a wręcz nakrzyczeć, że nastolatka nie ma się czego bać, gdyż „takie rzeczy dopiero po ślubie”. Żyjemy w kraju, w którym szkoły z nakazu władzy wyrzekły się zaspokajania wielu potrzeb uczniów, na pierwszym miejscu jest odmowa dostarczenia wiedzy o seksualności. Zamiast tego uczniowie otrzymują wiedzę o rodzicielstwie i pogadanki o byciu dobrym synem czy córką. Uczą się też, że trzeba nie mieć wstydu, aby pytać o więcej.

Nic więc dziwnego, że w liceum na lekcje wychowania do życia w rodzinie nie chodzi nikt, a tam, gdzie frekwencja jest wyższa niż zerowa, nauczyciele, najczęściej biolodzy, przygotowują do matury ze swojego przedmiotu, o seksie nawet się nie zająkną. Polska szkoła wydaje się wolna od seksualności. Jak twierdził publicznie minister Czarnek, „dziki to wiedzą [jak i z kim uprawiać seks]”, więc ludzie tym bardziej. Stanowisko MEiN jest więc takie, że uczyć o seksie nie trzeba. Jeżeli jakieś dziecko ma z tym problem, niech zapyta rodziców. Najlepszym wychowawcą w sferze potrzeb seksualnych jest rodzic, gdyż tylko on może w pełni wiarygodnie przekonać, iż początkiem seksu jest wzajemna miłość rodziców, a wszystko, co odbywa się poza rodziną, jest brudne i wstrętne.

Zachowania seksualne fikcyjnych bohaterów

Nowe władze oświatowe stoją więc przed poważnym wyzwaniem, jak przywrócić w szkołach wychowanie seksualne i dać uczniom i uczennicom wiedzę, której oni pilnie potrzebują. Na razie bowiem młodzież niczym tonący brzytwy się chwyta, czyli uczy się, jak to jest z tym seksem, z czego popadnie. Jednym ze źródeł są lektury i dzieje przodków, a lekcje – polskiego i historii – często zamieniają się w dyskusje o zachowaniach seksualnych bohaterów literackich i postaci historycznych. Nauczyciele nieraz nie są w stanie nad tym zapanować.

W tych dyskusjach poloniści i polonistki oraz historycy i historyczki występują w roli – przynajmniej w oczach klasy – ekspertów od seksualności. Jest jednak poważna różnica między seksualnością w rozumieniu artystycznym (tj. w fikcji literackiej) oraz dziejowym (tj. w przeszłości) od seksualności tu i teraz. Takie lekcje to raczej wychowanie pseudoseksualne, prawdziwej wiedzy o seksie nie ma tu za grosz. Młodzież może nie być świadoma, że jak się dyskutuje o seksie w „Panu Tadeuszu” albo „Chłopach”, to lepiej tego nie brać do siebie. Tu się nie mówi o własnych potrzebach cielesnych, lecz komentuje sztukę słowa. Nawet gdy omawiam wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera „Lubię, kiedy kobieta”, to wyczulam klasę na metafory i epitety, a nie na seksualne potrzeby podmiotu lirycznego i jego partnerki.

To i owo u Telimeny

Kiedy badająca mnie lekarka zorientowała się, że jestem nauczycielem, zapytała o wychowanie seksualne w szkołach. Wyjaśniłem, iż nie ma żadnego, gdyż PiS usunął potrzeby seksualne z podstaw programowych, jednak na polskim mówi się co nieco o seksie bohaterów literackich. Młodzież może więc nabrać przekonania, że w życiu jest tak samo jak w literaturze. Czy pan – chciała wiedzieć lekarka – zwraca uczniom uwagę, iż lektury mocno przekłamują rzeczywistość?

Taka Jagna z „Chłopów” uprawia seks bez zabezpieczeń z wieloma partnerami, a mimo to nie zachodzi w ciążę. Dla osób, które mają zerowe pojęcie o seksualności człowieka, to jasny sygnał, iż można prowadzić bogate życie erotyczne i nie zabezpieczać się, a dziecka z tego nie będzie. Gdyby w szkole były prowadzone zajęcia z wychowania seksualnego, nastolatki wiedziałyby, że takie przedstawienie chłopskiej dziewczyny to fikcja literacka.

W prawdziwym życiu Jagna byłaby już w ciąży, zapewne nawet wielokrotnie. Nauczyciele powinni korygować wizję pisarza i przedstawiać prawdziwe konsekwencje takiego postępowania, czyli niechcianą ciążę. Reymont miał prawo zmyślać albo też po prostu nie znać się na naturze człowieka, natomiast nauczyciel powinien dopilnować, aby młodzież nie była bezkrytyczna wobec tak jawnie nieprawdziwego przedstawienia seksu. Seks to bowiem nie tylko sam akt, ale też konsekwencje.

Do mnie przychodzą – mówiła lekarka – dziewczyny, które raz przespały się z chłopakiem i od razu były w ciąży. Nie mogą pojąć, jak do tego doszło. Po pierwsze, kierują się przesądami, że raz to nie grzech, więc ciąży z tego być nie może. A po drugie, naczytały się polskich lektur albo nasłuchały opowieści na lekcjach polskiego, jak to np. Telimena dała kluczyk Tadeuszowi i zaprosiła go na noc do siebie. Ten przyszedł, doszło do tego i owego, ale oczywiście bez konsekwencji w postaci dziecka. Zbyt piękne, aby było prawdziwe.

Nauczyciele powinni poczuwać się do odpowiedzialności i wyjaśniać, że takie cuda zdarzają się, ale tylko w literaturze, natomiast w prawdziwym życiu Tadeusz mógłby już być ojcem, a Telimena matką. Tylko niech pan nie mówi, że wszystkie bohaterki literatury cierpiały na bezpłodność. Nawet gdy Kasia, bohaterka „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego, idzie z Kasprem na siano w środku nocy, również możemy być pewni, że dziecka z tych igraszek nie będzie. I jak tu nie wierzyć pisarzom, że dzieci nie biorą się z seksu, tylko bocian je przynosi?

„Chłopów” oglądają całe szkoły

Byłoby wskazane, aby lektury w wydaniach dla młodzieży miały przypisy, w których objaśniono by, że wskazany fragment dzieła przedstawia subiektywną wizję autora, natomiast nauka, chociażby medycyna, inaczej widzi ten problem. Głównie tak, że jak się uprawia seks bez zabezpieczeń, to trzeba się liczyć ze skutkami. Mickiewicz, Reymont czy Wyspiański wmawiają nam, że miłość jest zbyt piękna, aby mogła być z niej niechciana ciąża. Taka uczennica gotowa jest pomyśleć, że aby zajść w ciążę, musi tego chcieć, a jak nie chce, to nie zajdzie. Widocznie Jagna nie chciała.

To kłamstwo o seksie bez konsekwencji powtórzyli twórcy filmu „Chłopi” – mówiła dalej lekarka. W książce można przeoczyć tę artystyczną wizję Reymonta o dziewczynie, która prowadzi swobodne życie seksualne i nie musi się martwić. Natomiast w filmie mamy tę fikcję pokazaną w całym pięknie obrazu i muzyki. Nie sposób nie ulec iluzji, że seks to jedno, a ciąża to drugie – i że nigdy nie chodzą w parze. Gdy w szkołach nie ma wychowania seksualnego, takie filmy odgrywają rolę wychowawczą. Reymont mógł upaść na głowę, pisząc te bzdury o Jagnie, bo przecież nie pisał powieści dla uczennic. Natomiast twórcy filmu dobrze wiedzieli, że ich dzieło będą oglądały całe szkoły. Mogli więc podkreślić, iż konsekwencją swobody seksualnej jest niechciana ciąża. Uczennice powinny to usłyszeć w kinie. A skoro nie usłyszały, pan jako nauczyciel ma obowiązek zwrócić na to uwagę i zainicjować dyskusję o tym, skąd się biorą dzieci.

Lekcje o gotowaniu zupy

Oczywiście taki komentarz do „Chłopów” czy nawet dłuższa rozmowa o Jagnie, która nie zachodzi w ciążę, choć powinna, nie zastąpią prawdziwych lekcji wychowania seksualnego. Aby się przekonać, jak bardzo młodzież tej wiedzy potrzebuje, wystarczy pobieżnie rzucić okiem na podręczniki i zeszyty uczniowskie. Na jednych i drugich pełno jest rysunków penisów i innych seksualnych symboli. Kiedy czasem pytam dziewczyn, skąd się to u nich wzięło, odpowiadają zawstydzone, że nie znają autora, ale one tego nie rysowały. Czasem przez internet kupiły używany podręcznik już z takimi rysunkami, innym razem wystarczyła chwila nieuwagi, by otrzymać głupi prezent od chłopców. Takie rysunki dowodzą, że trzeba wielkiego wychowawczego wysiłku, aby nauczyć młodzież szacunku dla swojej i cudzej seksualności. Im mniej lekcji na ten temat, tym więcej rysunków penisów.

W zestawie lektur razi brak klasyki miłosnej. Są za to aż w nadmiarze przypadkowe teksty, które promują ryzykowne zachowania seksualne. Nie byłoby z tym problemu, gdyby młodzież była przygotowana do czytania rewelacji o seksie bez konsekwencji. Nie jest jednak wcale przygotowana, gdyż wiedzę czerpie z reklam, filmów, literatury, a więc łatwo może ulec złudzeniu, iż normalny człowiek tak ma, że im bardziej wyrafinowany seks uprawia, tym mniejsze są szanse na bycie matką czy ojcem. Zachodzenie w ciążę to coś wyjątkowo dziwnego, skoro nie przytrafiło się ani Telimenie, ani Jagnie, ani żadnej innej atrakcyjnej dziewczynie. Tylko jakieś dziwolągi mają z tym problem. Najwyższy czas przywrócić wychowanie seksualne w szkołach. I niech to nie będą lekcje o gotowaniu zupy, żeby nie była za słona.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Wydania specjalne

Czego uczy nas pokolenie „zetek”

Łączą nas podobne potrzeby, wystarczy jedynie się wzajemnie wysłuchać – postuluje prof. Tomasz Sobierajski.

Grażyna Morek
09.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną