Świat

Wybory w czasach pandemii nie mogą być normalne

Wybory korespondencyjne w Bawarii, 15 marca 2020 r. Wybory korespondencyjne w Bawarii, 15 marca 2020 r. Andreas Gebbert / Reuters / Forum
To prawda, że w kilku miejscach na świecie przeprowadzono głosowanie już po wprowadzeniu izolacji. Były to jednak wybory na relatywnie małą skalę. I prawie zawsze groziły wykluczeniem części wyborców.

Rządząca w Polsce koalicja Zjednoczonej Prawicy robi wszystko, by przeprowadzić zaplanowane na 10 maja wybory prezydenckie. W ciągu ostatnich tygodni z obozu władzy wychodziły już różne propozycje logistyczne: od segregowania wyborców pod kątem wieku do pełnego głosowania korespondencyjnego. Jednym z najczęściej pojawiających się argumentów za organizacją wyborów w terminie, nawet jeśli reguły dystansu społecznego będą obowiązywać, są przykłady z innych krajów. Na świecie głosuje się w czasie pandemii i wyniki są uznawane za prawomocne – mówią politycy PiS. Czy rzeczywiście tak jest? I czy to wystarczający powód, żeby głosować przy szalejącym koronawirusie?

Wybory w Bawarii, ulubiony przykład PiS

Ulubionym dowodem zasadności głosowania 10 maja są niedawne wybory regionalne w Bawarii. Odbyły się w dwóch turach: 15 i 29 marca. Uprawnionych do głosowania było ok. 10 mln osób, wybierających przeszło 40 tys. urzędników w 4 tys. okręgów. W pierwszej turze obywatele szli jeszcze do lokali. Pracownicy komisji otrzymali jednorazowe rękawiczki, maski i środki sanitarne, a Bawarczycy mogli przynieść własne długopisy.

Adam Szostkiewicz: Epidemia, głupcy!

Co ciekawe, jak informuje „Deutsche Welle”, frekwencja w pierwszej turze była wyższa niż sześć lat temu, przy dużym wzroście liczby głosów oddanych pocztą. Więcej niż zwykle było też głosów nierozstrzygniętych – takich, w których żaden kandydat nie przekroczył progu 50 proc. Tak było m.in. w wyborach prezydenckich w Norymberdze i Augsburgu. Tam i w wielu innych bawarskich miastach potrzebne były powtórki.

Jedna czwarta Niemców głosuje pocztą

Druga tura odbyła się 29 marca – już wyłącznie korespondencyjnie. Również dlatego, że 16 marca, czyli dzień po pierwszym głosowaniu, kanclerz Angela Merkel wprowadziła radykalne ograniczenia i zasady izolacji w całym kraju. Według informacji rządu Bawarii drugie tury odbyły się w 750 okręgach, w 16 przypadkach dotyczyły elekcji prezydenta miasta. W wielu z nich frekwencja była jeszcze wyższa niż dwa tygodnie wcześniej. Na pierwszy rzut oka wygląda zatem na to, że w najbogatszym regionie Niemiec głosowanie korespondencyjne udało się bez problemu. Ale czy to dobry przykład dla Polski?

Daniel Passent: Na wybory przyjdzie czas. To, co dzieje się teraz, to wstyd

Niekoniecznie. Oprócz trudnej do porównania skali elekcji – 10 mln Bawarczyków zestawionych z ponad 30 mln Polaków – warto przeanalizować logistykę całej operacji, jak również miejsce, w którym Bawaria i Polska znajdują się w walce z koronawirusem. Wybory regionalne są prostsze do przeprowadzenia niż ogólnokrajowe. Wymagają mniejszej liczby wydrukowanych i zabezpieczonych kart, które wyborcy otrzymują znacznie szybciej. Nie trzeba ich przecież rozwozić po kraju. Mniej osób musi zaangażować się proces: od dostarczania pakietów wyborczych po ich liczenie.

Dodajmy, że drugą turę przeprowadzono tylko w ok. 19 proc. bawarskich okręgów. Tak więc liczba kart do głosowania wyłącznie korespondencyjnego, czyli takiego, jakiego chce PiS (nawet przy założeniu, że drugie tury odbyły się w dużych, gęsto zaludnionych miastach), mogła być nawet kilka razy mniejsza niż ta, której potrzeba będzie w Polsce.

Czytaj też: Prezes PiS nie ma racji. Wybory uzupełniające były fiaskiem

Do tego dochodzą czynniki kulturowe związane z głosowaniem korespondencyjnym i doświadczenie. W Niemczech to dużo popularniejsza metoda. W ubiegłorocznych wyborach do europarlamentu aż 28,4 proc. głosów oddano pocztą. W wyborach do Bundestagu w 2017 r. – 28,6 proc. Innymi słowy, w Niemczech w każdym powszechnym głosowaniu ponad jedna czwarta kart przychodzi do komisji pocztą. Dla porównania – w polskich wyborach parlamentarnych 2015 odsetek głosów oddanych korespondencyjnie wyniósł 0,3 proc.

Polska i Niemcy inaczej walczą z pandemią

Wreszcie porównajmy polityki Bawarii, całych Niemiec i Polski w czasie pandemii. W najbogatszym regionie naszych zachodnich sąsiadów stwierdzono najwięcej zakażeń w całym kraju – 20 237 (stan na piątek 3 kwietnia). Jednocześnie tamtejsze władze lokalne wprowadzają w przyszłym tygodniu absolutnie pilotażowy program testowania populacji na obecność wirusa. 3 tys. gospodarstw domowych zostanie wybranych do testów w oparciu o dane ze spisów powszechnych, dane demograficzne i zbierane w ramach projektów z nauk społecznych. Dzięki temu Bawarczycy nie tylko dowiedzą się, jak bardzo rozpowszechniony jest wirus w regionie, ale też będą mogli dowiedzieć się wiele o pandemii retrospektywnie – gdzie, kiedy i jak szybko dochodziło do zakażeń.

Ewa Siedlecka: Mutacje wyborczego wirusa

Podkreślić też należy, że Bawaria tylko na poziomie lokalnym stworzyła fundusz do walki z koronawirusem wynoszący 10 mld euro i, podobnie jak całe Niemcy, przygotowuje się powoli do częściowego wyjścia z lockdownu – chociażby przez umożliwienie niebawem wjazdu do kraju pracownikom sezonowym. Biorąc pod uwagę sytuację w Polsce, w której restrykcje zaostrzane są z dnia na dzień, widać, że obu przypadków w tej chwili porównywać absolutnie nie można.

Świat odwołuje wybory. USA próbują przeprowadzić

Wybory w czasie pandemii odbyły się też we Francji. I jak powszechnie wiadomo, zakończyły się katastrofą. Umarło co najmniej kilkoro ze zwycięskich kandydatów, głosowanie przyczyniło się do rozniesienia się wirusa, niektórzy z członków komisji grożą pozwami przeciwko państwu. Odwołane z kolei zostały głosowania w całej masie innych europejskich krajów: Włoszech, Hiszpanii, Serbii, Macedonii Północnej. Co ciekawe, jednym z pierwszych państw, które odrzuciły możliwość elekcji przy rozwijającej się wciąż chorobie, była Wielka Brytania – wcześniej niechętna masowym restrykcjom.

Prawybory prezydenckie przełożyło też aż 15 stanów w USA. Co ciekawe, wciąż ma się odbyć wtorkowe głosowanie w stanie Wisconsin. I wszystko wskazuje na to, że zakończy się źle. Amerykanie będą decydować zarówno stacjonarnie, jak i korespondencyjnie. Na głosowanie tylko pocztą nie chcą zgodzić się republikanie, za wszelką cenę pragnący uniknąć zmiany terminu. Zamiast tego naciskają na reprezentującego demokratów gubernatora Tony’ego Eversa, żeby zabezpieczył logistykę wyborów.

A to okazuje się niewykonalne. W aż 111 okręgach w Wisconsin brakuje pracowników do utworzenia nawet minimalnych komisji wyborczych. W Milwaukee, gdzie zarejestrowanych jest 300 tys. osób, gotowych okręgów będzie co najwyżej pięć – zamiast docelowych 180. Ponieważ gubernator nie jest w stanie odwołać wyborów bez poparcia lokalnego parlamentu, robi wszystko, by namówić obywateli do głosowania pocztą. To jednak trudne, bo w USA, aby taki głos był ważny, musi być potwierdzony przez świadka. Więc jeśli ktoś mieszka sam i nie wychodzi z domu lub przebywa na przymusowej kwarantannie, będzie miał z walidacją swojej karty ogromny problem.

Do tego dochodzi konieczność wydłużenia ram czasowych, w których odbierane będą głosy – poczta nie poradzi sobie szybko z takim obciążeniem. Dotychczas w Wisconsin korespondencyjnie głosowało ok. 250 tys. wyborców, a już teraz wniosków jest 1,2 mln. To wciąż tylko nieco ponad jedna trzecia wszystkich uprawnionych – reszta albo nie zagłosuje, albo stanie w kolejce do lokalu. I radykalnie zwiększy ryzyko zakażenia się wirusem.

Czytaj też: Czy Kaczyński przestrzega obostrzeń? Patrol pod domem prezesa

Polacy przywykli do urn

Jak widać, głosowanie korespondencyjne jest w czasie pandemii możliwe. Jednak żeby się udało, musi zgrać się bardzo wiele czynników: finansowych, logistycznych, epidemicznych, ale też kulturowych. Same wybory muszą być na relatywnie mniejszą skalę – im większe, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo klęski. W kraju, który od początku swojej demokracji głosował prawie wyłącznie przez wrzucenie karty do urny, głosowania tylko korespondencyjnego z tygodnia na tydzień nie da się wprowadzić. I Polska nie będzie tu wyjątkiem.

Czytaj też: Parlamenty w walce z wirusem. Tak to się robi na świecie

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Rok temu ostentacyjnie wprowadzali „strefy wolne od ideologii LGBT”. Teraz Europa sprawdza, czy polskie samorządy głosujące za strefami łamały prawa człowieka. Tymczasem straszenie gejami trwa w najlepsze. Andrzej Duda kusi wyborców obietnicą obrony dzieci przed LGBT. Zrobi to w ramach zobowiązania, które nazwał Kartą Rodziny.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną