Świat po raz pierwszy przejął się poważnie pożarami amazońskich lasów w lecie 2019 r. Dżungla płonęła w rekordowym tempie i na rekordowym obszarze. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że dym, podchwycony przez prądy powietrzne, docierał w okolice wielkich metropolii na atlantyckim wybrzeżu. W mediach społecznościowych zaroiło się od zdjęć São Paolo – największego ośrodka miejskiego na kontynencie – okrytego pomarańczową łuną dymu i kurzu. Wybrzeże mieniło się ognistymi barwami, choć pożary miały miejsce ponad 1000 km w głąb interioru.
Bolsonaro pozwala Amazonii płonąć
Społeczność międzynarodową ogarnęła panika. Prezydent Francji Emmanuel Macron wziął na siebie wysiłek koordynowania finansowej i logistycznej pomocy, do gaszenia pożarów chciał wysłać nawet wojsko stacjonujące w sąsiedniej Gujanie Francuskiej. Pieniądze na walkę z ogniem zbierały organizacje pozarządowe. Mobilizacja, choć spóźniona o dziesięciolecia, przez chwilę dawała nadzieję, że uda się powstrzymać dewastację obszaru nie na wyrost nazywanego „płucami Ziemi”.
Na drodze do skutecznej implementacji wszystkich tych środków pomocowych stała jedna, ale poważna przeszkoda. Prezydent Brazylii Jair Bolsonaro, ultraprawicowy populista negujący fakty, wszelkie oferty odrzucał. Macronowi zarzucił ingerencję w sprawy Brazylii i naruszanie jej suwerenności, a zaangażowanych w ekologię celebrytów wyzywał od marksistów.