Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

„Królowa Elżbieta” wypływa w świat. Sygnał dla Chin i Rosji

Lotniskowiec Royal Navy HMS „Queen Elizabeth” opuszcza bazę marynarki wojennej Portsmouth w Hampshire. Lotniskowiec Royal Navy HMS „Queen Elizabeth” opuszcza bazę marynarki wojennej Portsmouth w Hampshire. Andrew Matthews / Forum
Największy okręt Jej Królewskiej Mości szykuje się do dziewiczego rejsu. To ma być powrót potęgi morskiej Zjednoczonego Królestwa. Jedni Brytyjczycy pękają z dumy, inni łapią się za kieszeń.

Pierwszy rejs HMS „Queen Elizabeth” i towarzyszącej mu grupy okrętów i samolotów to wydarzenie pod wieloma względami historyczne. W kategoriach wojskowych oznacza odzyskanie utraconych przez Wielką Brytanię dekadę temu zdolności do prowadzenia operacji powietrznych z pływających lotnisk. Symbol powrotu do roli niezależnego globalnego gracza po sporach o obecność w Unii Europejskiej zakończonych brexitem.

Z perspektywy sojuszników Londynu to nowa jakość i siła, szersze możliwości współpracy, ale i sygnał zmiany priorytetów, z których wiele leży daleko poza europejskim horyzontem.

Dla przeciwników to ostrzeżenie, że Londyn odbudowuje siły ofensywne, zdolne do reagowania kryzysowego w praktycznie każdym zakątku świata. Najbliższe osiem miesięcy, bo na tyle przewidziany jest dziewiczy rejs grupy lotniskowcowej, upłynie na weryfikacji tych twierdzeń, debatach, czy koszty warte są zysków, oraz politycznej ocenie osiągnięć. Bo to przedsięwzięcie przede wszystkim polityczne i dyplomatyczne, choć wykonywane wojskowymi narzędziami.

Czytaj też: Wyścig zbrojeń ruszył z kopyta

Największe narzędzie brytyjskiej dyplomacji

„Bandera podąża za handlem, handel podąża za banderą” – stare morskie porzekadło przytoczył w nieco zmienionej formie pierwszy lord morski admirał Tony Radakin, który jest w gronie pękających z dumy. Choć sam nie stanął na mostku, ze wzruszeniem obserwował, jak największy okręt kiedykolwiek zbudowany w brytyjskich stoczniach odcumowuje w Portsmouth. W sobotnie popołudnie 280-metrowy kolos opuścił macierzysty port przy pomocy czterech holowników i połączył się z jednostkami eskorty, by udać się na północ – to jeszcze nie globalny rejs, ale ostatnia przygrywka. Na początku maja na krańcach Morza Północnego lotniskowiec ma zaplanowany udział w ćwiczeniu Strike Warrior z udziałem sił morskich i lotnictwa dziewięciu krajów sojuszniczych. To też symbol, bo choć najnowsze i największe narzędzie brytyjskiej dyplomacji ma służyć właśnie sprawom międzynarodowym, to jest przede wszystkim okrętem wojennym. A obrona północnej morskiej flanki NATO należy do najważniejszych „obowiązków” Wielkiej Brytanii. Gdy Rosja znów pokazuje pazury na wschodzie, ale także na północy (loty bombowców strategicznych nad Morzem Północnym), brytyjski lotniskowiec w asyście grupy zaprzyjaźnionych jednostek po prostu musi zaznaczyć tam swoją obecność.

Kiedy u wybrzeży Szkocji trwać będzie Strike Warrior, w Anglii kompletowane będzie najważniejsze sojusznicze wsparcie, jakie Wielka Brytania uzyska w jej nowym globalnym otwarciu. Przybyli zza oceanu do bazy Marham pod koniec kwietnia amerykańscy piloci zakończą 14-dniową kwarantannę i będą mogli bez obaw wylądować na pokładzie HMS „Queen Elizabeth” swoimi F-35B. To lotnicy Korpusu Piechoty Morskiej, od 2018 r. korzystający z myśliwców piątej generacji, w wersji skróconego startu i pionowego lądowania, na swoim sporo mniejszym okręcie desantowym USS „Essex”. Aż dziesięć amerykańskich samolotów znajdzie się na wiele miesięcy pod brytyjską komendą. Rząd w Londynie przedstawia to jako wyraz strategicznego partnerstwa z USA. Sceptyczna część prasy pisze raczej o nieprzygotowaniu Brytanii do nowej roli, przeroście ambicji, wręcz narodowym wstydzie. Własnych F-35B jest w służbie za mało, by w pełni obsadzić skrzydło lotnicze na lotniskowcu, i trzeba je „pożyczać”. Jak to jest, padają pytania, że na naszym okręcie więcej będzie myśliwców z USA niż naszych?

Ze strategicznego punktu widzenia kolejny pływający pokład potencjalnie dostępny dla amerykańskich i innych F-35B (samoloty w tej wersji będą mieć np. Włosi) to ogromna zaleta w planowaniu sojuszniczych operacji.

Były dowódca wojsk USA w Europie: Rosja jest groźna

Rok może nie zawijać do portu

W pierwszym rejsie „Królowej” towarzyszyć będą dwa okręty zaprzyjaźnionych bander – amerykański niszczyciel rakietowy USS „Sullivans” (nazwany na cześć pięciu braci marynarzy, którzy zginęli na krążowniku zatopionym w czasie wojny na Pacyfiku) oraz holenderska fregata obrony powietrznej HNLMS „Evertsen”. Ich udział w grupie będzie demonstracją zaangażowania i nauką współdziałania w jednym ugrupowaniu, gdyż wielki, ale nieprzystosowany do samoobrony lotniskowiec nigdy nie może zostać sam, zawsze potrzebuje osłony.

Niszczyciel typu Arleigh Burke przenosi potężny radar, zasób różnorakiego uzbrojenia rakietowego w 90 pionowych wyrzutniach i nawet dwa pokładowe śmigłowce, których główną rolą jest poszukiwanie i zwalczanie okrętów podwodnych. W brytyjskiej grupie lotniskowcowej amerykański okręt będzie odgrywał rolę pływającej wyrzutni pocisków antybalistycznych – takiej zdolności obronnej nie ma brytyjska flota i wciąż jest rzadka w NATO (nie licząc USA). Amerykanie wysyłają w ten sposób komunikat przeciwnikom, że cenne sojusznicze okręty – i inne strategiczne zasoby – otrzymają od nich konkretne wsparcie, zwłaszcza gdy znacząco podnoszą wspólne zdolności obronne. Ale robi to nie tylko Wuj Sam. Fregata typu de Zeven Provincien Królestwa Niderlandów uznawana jest za jeden z najnowocześniejszych w Europie okrętów wspierających obronę powietrzną – jej radary już teraz mogą wykrywać spadające znad atmosfery pociski balistyczne, w przyszłości na pokładzie mają się znaleźć skuteczne antyrakiety.

Pomysł, by europejskie państwa sojuszu stworzyły „własną” wielonarodową grupę lotniskowcową, jest od dawna dyskutowany wśród ekspertów od obronności. Brytyjczycy zdają się deklarować: oferujemy okręt flagowy takiej grupy, a z czasem jej skrzydło lotnicze, i oczekujemy propozycji. W perspektywie pięciu–dziesięciu lat na pewno warto ją rozważyć, zwłaszcza że do tego czasu Wielka Brytania wprowadzi do służby bliźniaczy lotniskowiec HMS „Prince of Wales”. Nawet słaby na morzu kraj taki jak Polska – jeśli w końcu zbuduje fregaty Miecznik – mógłby się do ich wsparcia przyczynić.

Oczywiście potężną eskortę dla swojego najcenniejszego okrętu wystawia też sama Royal Navy. Dwa niszczyciele typu 45, okręty będące pływającymi bazami obrony powietrznej, oraz dwie fregaty typu 23, wyspecjalizowane w poszukiwaniu i zwalczaniu okrętów podwodnych, będą „Królowej” towarzyszyć przez cały rejs. Do tego okręt podwodny o napędzie atomowym typu Astute, przeznaczony do wykrywania i zwalczania innych okrętów podwodnych oraz wykonywania uderzeń na cele lądowe i morskie. Wsparcie logistyczne całej grupy – w paliwo, smary, drobne części, żywność i wodę – zapewnią dwa okręty floty pomocniczej. Ta pomoc będzie potrzebna głównie mniejszym jednostkom, lotniskowiec wszystko, co potrzebne, zabiera na pokład. W zasadzie przez rok może nie zawijać do portu. Przy czym w odróżnieniu od amerykańskich superlotniskowców typu Nimitz czy Ford nie jest napędzany reaktorem jądrowym, zastosowano w nim spalinowo-elektryczny układ napędowy złożony z turbin gazowych Rolls Royce oraz generatory dieslowskie, których moc 20 megawatów zamieniana jest na prąd napędzający silniki obracające dwiema śrubami napędowymi ze stopu brązu, niklu i aluminium. Zbiorniki okrętu mieszczą 4,5 mln litrów paliwa dieslowskiego dla siłowni i jedną czwartą mniej kerozyny lotniczej dla samolotów i śmigłowców (może zabrać do 40 sztuk).

Czytaj też: Czy grozi nam wojna atomowa?

Królowa i de Gaulle. Znak dla Rosjan

Od liczb i nowinek technicznych dotyczących HMS „Queen Elizabeth” może się zakręcić w głowie, ale ważne jest, że w przeciwieństwie do amerykańskich odpowiedników brytyjskie lotniskowce nie są wielotysięcznymi pływającymi miastami. Podstawowa załoga to zaledwie 679 osób (na Nimitzu 3,3 tys.). Dochodzi personel skrzydła lotniczego. Na pokładzie jest miejsce dla 1,6 tys. osób, w tym pododdziału Royal Marines – komandosów wykonujących wypady na brzeg, desanty oraz akcje abordażowe (to rzadkość, bo taki okręt z zasady nie podpływa w pobliże innych). Cały personel biorący udział w pierwszym rejsie liczy 3,7 tys. marynarzy, lotników i żołnierzy. Dla Wielkiej Brytanii to największa wyprawa morska i powietrzna od czasów wojny o Falklandy niemal dokładnie 40 lat temu.

Ta armada przepłynie pół świata, odwiedzi 40 krajów i zaliczy serię ćwiczeń, wizyt, symbolicznych przejść i demonstracji obecności niosącej przesłanie polityczne: Wielka Brytania chce być Globalną Brytanią. Niemal roczny rejs wiedzie przez wody okalające trzy kontynenty, tradycyjną od wieków trasą handlową na Daleki Wschód, która przyniosła zachodniej Europie gigantyczne bogactwa i pozostaje symbolem zachodniego ładu ekonomicznego. Początkowy etap powiedzie z Portsmouth przez Biskaje, Cieśninę Gibraltarską i Morze Śródziemne, gdzie już wydarzy się coś niezwykłego. Pierwszy raz we współczesnej historii odbędą się ćwiczenia współpracy dwóch lotniskowców państw NATO, z których żaden nie będzie nosił bandery Stanów Zjednoczonych. Tzw. dual carrier operations Amerykanie prowadzą najczęściej sami albo z Francją, jedynym do tej pory krajem sojuszu, który dysponuje porównywalną jednostką i możliwościami samolotów pokładowych. Teraz do tej morsko-powietrznej elity powróci Wielka Brytania i od razu w pierwszym rejsie zamanifestuje strategiczną więź z odwiecznym europejskim rywalem – Francją – a także gotowość wzmocnienia sił NATO w południowym, śródziemnomorskim teatrze.

Będzie to zarazem pierwszy raz, gdy francuski lotniskowiec „Charles de Gaulle” i operujące z niego samoloty Rafale będą miały okazję ćwiczyć z amerykańskimi i brytyjskimi F-35B startującymi z pokładu „Queen Elizabeth”. Pokazanie się F-35B nad Morzem Śródziemnym będzie sygnałem dla sąsiadów NATO na południu, ale również dla Rosji, rozpychającej się na wschodnich akwenach tego morza.

Czytaj też: Starcie USA–Chiny. Pół miliona ton dyplomacji

Teraz Azja

Po ćwiczeniach z francuską Marine Nationale grupa przejdzie przez Kanał Sueski i Morze Czerwone do Zatoki Adeńskiej i dalej na Morze Arabskie, zatrzymując się w Omanie, brytyjskiej bazie wypadowej na Ocean Indyjski (nabrzeże przystosowano do obsługi kolosalnego okrętu). Początkiem azjatyckiej części rejsu będą ćwiczenia z indyjską marynarką, zgrane z wizytą na najwyższym szczeblu politycznym. Do Indii wybiera się premier Boris Johnson, który na tle grupy lotniskowcowej chce osobiście ogłosić powrót Royal Navy na światowe wody. O ile kilka tygodni temu taki plan wydawał się całkiem realny, o tyle rozwijająca się pandemia koronawirusa może go pokrzyżować, a przynajmniej zmienić wydźwięk. Brytyjczycy uruchomili pomoc medyczną dla byłej kolonii, a uratowanie kraju liczącego 1,4 mld ludzi będzie wymagać wysiłku całego świata.

Ale brytyjsko-indyjskie ćwiczenia będą pierwszymi, w których odbiorcą przesłania strategiczno-militarnego będą Chiny. Ich ekspansja morska na południowe oceany bezpośrednio wchodzi w paradę Hindusom, którzy do tej pory martwili się głównie o zbrojenia i operacje wojskowe sąsiedniego Pakistanu. Teraz Chińczyków również muszą mieć na oku – nie tylko w Himalajach, gdzie toczą z nimi spór graniczny. Indie postrzegane są przez Zachód, w tym USA, jako kluczowy partner i ewentualny sojusznik w demokratycznej koalicji mającej kłaść tamę zapędom reżimów autorytarnych. Rząd w New Delhi nie daje jasnej odpowiedzi, czy jest chętny do takiej koalicji wchodzić.

Czytaj też: Atomowy straszak Putina. Czy Rosja go użyje?

Pod nosem Chińczyków

Od Oceanu Indyjskiego zacznie się najciekawsza geograficznie i politycznie część rejsu. Poprowadzi przez kluczową dla handlu Cieśninę Malakka, między Sumatrą a Półwyspem Malajskim i słynne już Morze Południowochińskie, jeden z najbardziej zapalnych obecnie regionów światowego oceanu. Brytyjczycy mają tam silnego, choć małego sojusznika, supernowoczesne i bogate wyspiarskie państwo-miasto Singapur. Chcą jednak pokazać, że zachodnioeuropejska potęga morska, choć odległa, wraz z partnerami z regionu potrafi dbać o bezpieczeństwo ważnych szlaków morskich na drugim końcu świata.

Na Morzu Południowochińskim, tuż pod nosem Chińczyków, odbędą się więc wielonarodowe ćwiczenia z udziałem jednostek z Australii, Nowej Zelandii, Malezji oraz Singapuru. Udział europejskiego lotniskowca wraz z okrętami państw NATO znowu uczyni z nich wydarzenie o historycznej randze, a z Pekinu popłyną groźne pomruki. Chiny chciałyby widzieć Morze Południowochińskie jako własne jezioro i samodzielnie regulować na nim ruch, ale na razie są za słabe, by to wymusić. Przejścia zachodnich okrętów wojennych przez ten akwen to norma, czasem nawet Amerykanie decydują się na wysłanie tam dwóch grup lotniskowcowych. Chiny obserwują te manewry z morza i powietrza, za jakiś czas odpowiadają swoimi, ale do bezpośredniej konfrontacji nie dochodzi – to strategiczne szachy. Pojawienie się zachodniej, ale nie amerykańskiej, grupy lotniskowcowej da zapewne Pekinowi do myślenia.

Brytyjscy planiści uważali jednak, by nie drażnić chińskiego smoka za bardzo. Grupa lotniskowcowa w drodze do Korei i Japonii ominie Tajwan od południa i nie przejdzie między wyspą a chińskim kontynentem – przynajmniej takie plany zostały pokazane w Londynie. Dowódcy i zwierzchnicy polityczni zastrzegają jednak, że okręt i jego eskorta są przygotowane na zmianę trasy, jeśli będzie tego wymagać sytuacja albo gdzieś wybuchnie kryzys wymagający interwencji. Choć rejs ma w sobie wiele symboliki, nie jest defiladą, uczestniczą w nim jednostki w pełni zdolne do walki, które mogą być użyte zgodnie z ich przeznaczeniem. Wizyta w Japonii, po pokonaniu 13 tys. mil morskich, będzie celem rejsu. Mapy trasy powrotnej do tej pory nie opublikowano. Podana długość wyprawy sugeruje, że powrót odbędzie się po tej samej trasie (dalszy tranzyt przez Pacyfik, przejście przez Kanał Panamski i pokonanie Atlantyku dałoby większą odległość niż deklarowane 26 tys. mil morskich).

Czytaj też: Komu dać superbroń? Kłótnia amerykańskich generałów

Gigantyczne koszty potęgi

Z samego opisu rejsu, zaangażowanych jednostek, skali przedsięwzięcia wyłaniają się koszty – gigantyczne. Budowa dwóch lotniskowców pochłonęła do tego roku 14 mld funtów – brytyjski odpowiednik NIK ma pretensje, że ministerstwo obrony nawet nie oszacowało kosztów całej grupy lotniskowcowej. Każdy F-35B to ponad 115 mln funtów, jeśli chodzi tylko o koszt samolotu, i choć Wielka Brytania zakupiła do tej pory 48 z planowanych 138 samolotów, już wydała 60 proc. założonego budżetu (6 mld funtów). Z drugiej strony Londyn postawił na odbudowę siły militarnej zdolnej do globalnych działań i nie boi się wydatków, dysponuje drugim co do wielkości budżetem obronnym w NATO i piątym na świecie.

Tradycyjnie antyzbrojeniowa brytyjska lewica krzyczy, że w obliczu pandemii i innych kryzysów to niedopuszczalne, by wydawać tyle na śmiercionośne maszyny i wysyłać je na drugi koniec świata, podczas gdy jeśli coś zagraża Wielkiej Brytanii, to zmiany klimatu lub cyberatak. Ale polityczne szufladkowanie projektu i tej globalnej misji mija się z rzeczywistością – lotniskowce zaplanowano, budowano, wyposażano w samoloty w czasie kilkudziesięciu ostatnich lat, gdy w Londynie władzę sprawowały różne rządy. Boris Johnson w tym sensie ma szczęście, że to za jego premierostwa okręt jest gotów do pierwszego rejsu, a sytuacja geopolityczna zapewne zaważyła na jego trasie.

Czytaj też: Amerykanie inwestują w bomby i nowe pociski

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną