Świat

Prawie 50 st. ciepła w Kanadzie. Ale upały to problem całego świata

W Kanadzie codziennie padają rekordy ciepła. Na zdjęciu Edmonton W Kanadzie codziennie padają rekordy ciepła. Na zdjęciu Edmonton Jason Franson/ Zuma Press / Forum
Teraz na czołówkach serwisów informacyjnych dominuje Kanada, gdzie rekordy ciepła padają dzień po dniu. Lada moment jej miejsce zajmą jednak inne kraje, bo Ziemia ociepla się w zastraszającym tempie prawie wszędzie.

W poniedziałek 28 czerwca wydawało się, że mieszkańcy pacyficznego wybrzeża Kanady, regionu kojarzonego raczej z temperaturami bardzo niskimi, a nie wysokimi, nagle przenieśli się do Afryki Subsaharyjskiej. Termometry wskazały 46,1 st. C – najwyższą wartość kiedykolwiek tu odnotowaną. Upałom towarzyszą pożary lasów, które zmusiły do ewakuacji już kilka tysięcy osób. Zaledwie 24 godziny później medialną narrację trzeba było podkręcić, bo znów padł rekord – wtorek przyniósł już 47,9 st. I był tylko uwerturą dla środy, kiedy termometry zatrzymały się u progu 50 st. (dokładnie 49,6). Wysokie temperatury, susza i silny wiatr dalej napędzają też ogień. Od początku roku tylko w prowincji Kolumbii Brytyjskiej wybuchło 450 pożarów. Teraz aktywnych jest 67, z czego aż 44 rozpoczęło się w ostatnich dwóch dniach.

Czytaj też: Skąd się biorą trąby powietrze i tornada

Upał! Ewakuacja!

Upał nie uznaje granic, a podobna sytuacja jest na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Niespotykane temperatury zanotowano m.in. w Portland, a mieszkańcy kolejnych miast stanu Oregon przygotowują się do ewentualnej ewakuacji, jednocześnie licząc straty spowodowane suszą, uderzającą w rolnictwo. W dodatku nie zanosi się, by pogoda na północno-wschodnim wybrzeżu Pacyfiku miała się w najbliższych dniach czy tygodniach radykalnie zmienić.

Jeśli temperatury spadną, to zapewne lekko poniżej rekordowego poziomu. Deszcze, owszem, pojawią się, ale raczej w formie krótkich i intensywnych nawałnic niż regularnych opadów, które mogłyby trwale podnieść wilgotność gleby. Ten rok już jest rekordowy – synoptycy i klimatolodzy twierdzą wręcz, że taka seria temperatur zdarza się raz na tysiąc lat. A 2021 r. może być dopiero początkiem permanentnych problemów z gorącem, i to nie tylko w tej części świata.

Czytaj też: Lahti pierwszym miastem neutralnym węglowo

Na razie uwaga mediów skupiona jest na Oregonie i stanie Waszyngton. Już za chwilę przerzuci się pewnie na Kalifornię, gdzie gigantyczne pożary i rekordowe temperatury są już refrenem relacji z każdego lata. Za kilkanaście dni znów zapewne usłyszymy o pomarańczowej łunie nad San Francisco, ewakuacjach miast, hektolitrach wody spuszczanych z helikopterów i strażakach, którzy mogą najwyżej ograniczać straty.

Równolegle fala gorąca zacznie zaraz docierać na wschodnie wybrzeże – w przyszłym tygodniu temperatura w Waszyngtonie czy Filadelfii zbliży się do 40 st. Tam problemem nie będą pewnie pożary, ale wytrzymanie lata w mieście, gdzie odczuwalne temperatury będą jeszcze wyższe, a przestarzała infrastruktura może zwyczajnie nie funkcjonować. Trudne do rozładowania korki, awarie sieci energetycznej, niedziałające metro – to coraz częściej letnia codzienność mieszkańców tych stron. Niewielu z nich ma jednak świadomość, że praprzyczyną większości z problemów jest kryzys klimatyczny.

Gorąco w Europie, a nawet na Syberii

Technicznie rzecz biorąc, półkula północna jest dopiero u progu lata – szczyt ciepła dopiero przed nami. Rokrocznie słyszymy o rekordowych temperaturach czy falach gorąca, które przepływają nawet przez kraje do tej pory kojarzone z chłodem: Wielką Brytanię, Norwegię, Rosję czy właśnie Kanadę. Nawet Ojmiakon, mała wieś w rosyjskiej Jakucji na północnym wschodzie, dotychczas uznawana za najzimniejsze stale zamieszkałe miejsce na planecie (rekord zimna wynosi tu –67,7 st.), zalicza się już do tego grona – dwa dni temu słupek rtęci zatrzymał się na 31,6 st., co daje praktycznie stustopniową roczną amplitudę temperatur.

To kolejny skutek katastrofy klimatycznej. Pogoda nie tyle robi się coraz bardziej tropikalna, ile pełna ekstremów. Katastrof naturalnych jest więcej, a gwałtowne zjawiska pogodowe, dawniej występujące sporadycznie, teraz pojawiają się cyklicznie i łańcuchowo. Długie letnie deszcze zastąpiły gwałtowne burze, prowadzące do miejscowych podtopień i nieradzące sobie z suszami.

Lada moment należy więc spodziewać się tradycyjnej fali gorąca w Europie Zachodniej. Merowie francuskich miast znanych z wysokich temperatur – Tuluzy, Montpellier, Marsylii – odradzają starszym mieszkańcom wychodzenie z domu poza porankami i późnymi wieczorami, liczą się też z przerwami w dostawie wody i energii elektrycznej. Podobne deklaracje padają z ust samorządowców na Sycylii, która z powodu zmian klimatycznych cierpi szczególnie. Wysychają tam górskie rzeki i strumienie, przez co rosnące połacie wyspy zamieniają się w skalnopiaszczyste pustynie. Nie lepiej będzie w te wakacje w Polsce – gminy na Mazowszu już miewają sporadyczne problemy z dostawami wody, eksperci apelują, by używać jej tylko do gotowania i mycia.

Wszędzie robi się cieplej

W Europie fala gorąca może być krótsza niż na innych kontynentach, pewnie też będzie mniej drastyczna w skutkach. Pożary nie będą tak spektakularne, a ofiary śmiertelne nie zostaną jednoznacznie przypisane do upałów. Bo cały czas ćwiczymy się w trudnej sztuce klimatycznych eufemizmów, zaklinając rzeczywistość i mówiąc, że wyliczone przez Unię Europejską 100 tys. osób rocznie umierających na Starym Kontynencie przedwcześnie z powodu wysokich temperatur to nie wina ludzkiego wpływu na środowisko naturalne.

Pierwsze w tym roku na półkuli północnej fale upałów to być może jedna z ostatnich okazji, by zdać sobie wreszcie sprawę, że katastrofa klimatyczna to prawdziwy hiperobiekt. Ma konsekwencje dla każdego mieszkańca planety, nawet jeśli manifestują się w różny sposób. Tylko myśląc o tym globalnie, będziemy w stanie podjąć z nim walkę. Do tego potrzebna jest jednak zmiana świadomości. Zamiast więc opisywać fragmentarycznie wydarzenia takie jak rekordy temperatur w Kanadzie, należy wpisać je w kontekst ogólnoświatowy. Bo kiedy nienaturalnie gorąco robi się w Vancouver – czy jakimkolwiek innym mieście – cierpi naprawdę cały świat.

Czytaj też: Uzależnieni od wody. Wystarczy dla wszystkich?

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

„Zielony rycerz. Green Knight”: filmowy powrót do mitycznej Brytanii

W filmie „Zielony rycerz. Green Knight” Davida Lowery’ego oglądamy Króla Artura i jego rycerzy Okrągłego Stołu. Znowu. Co takiego tkwi w legendach arturiańskich, że współczesna kultura regularnie do nich wraca?

Marcin Zwierzchowski
27.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną