Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Wojna w Ukrainie. Łukaszenka jeszcze kluczy. A jeśli uderzy?

Aleksandr Łukaszenka i Władimir Putin. Zdjęcie z 2020 r. Aleksandr Łukaszenka i Władimir Putin. Zdjęcie z 2020 r. Służba Prasowa Prezydenta Rosji / Wikipedia
Udział Białorusi w wojnie w Ukrainie mógłby nie decydować o jej losach, ale pogorszyłby i tak złą sytuację bezpieczeństwa w regionie. Polska miałaby u granic kolejnego wroga.

Wejdą czy nie wejdą? Historyczne pytanie powraca w kontekście nie Rosji, ale Białorusi. Ukraiński sztab generalny na podstawie informacji wywiadu po raz drugi od czasu napaści 24 lutego ostrzegł, że Białoruś może się do niej lada dzień przyłączyć. Właśnie minął termin 48 godzin, zasygnalizowany w niedzielę przez ukraińskich wojskowych, i jak na razie wojska Łukaszenki granicy nie przekroczyły. Poprzednim razem – po spotkaniu dyktatora z Putinem – alarm był jeszcze pilniejszy: białoruskie wojska miały być skierowane do akcji w ciągu kilku godzin, a wejść na Ukrainę w piątek 11 marca wieczorem. Nie weszły. Może to propaganda, a może Putin cały czas naciska na Łukaszenkę, by mu pomógł w wojnie, która najwyraźniej – i na szczęście – siłom zbrojnym Rosji nie za bardzo wychodzi. Dlaczego Łukaszenka wciąż odmawia? I co się stanie, jeśli w końcu ulegnie?

Gen. Cieniuch dla „Polityki”: Putin źle ocenił sytuację

Łukaszenka na pierwszej linii boju z NATO

„Kieszonkowy” dyktator z Mińska (w porównaniu z tym pełnowymiarowym w Moskwie) może walczyć o zachowanie resztek swojej autonomii. Skierowanie wojsk do walki oznaczałoby ostateczne potwierdzenie uległości wobec Kremla i likwidację polityki zewnętrznej już tylko teoretycznie niepodległego państwa białoruskiego. Łukaszenka latami opierał się bezceremonialnym próbom narzucenia mu „ruskiego ładu”, by przynajmniej wyglądało to na dobrowolne negocjacje integracyjne z zachowaniem suwerenności w kwestiach strategicznych. Uległ tak naprawdę niedawno, gdy Putin postanowił wykorzystać terytorium Białorusi do operacji przeciw Ukrainie, a Łukaszenka utracił już niemal wszystkie karty wskutek własnych katastrofalnych decyzji. Zaprowadziły go poza europejski margines i uczyniły nieprzewidywalnym watażką na czele kraju zbójeckiego, choć nie tak groźnego jak Rosja. Integracja wojskowa została podpisana, rosyjskie bazy na Białorusi rozwinięte, atak na Ukrainę wyprowadzony – ale wciąż bez bezpośredniego udziału w działaniach frontowych.

Łukaszenka używał rozmaitych wybiegów, by nie posłać na front swoich ludzi. Głównym przesłaniem była potrzeba ochrony wspólnego państwa związkowego przed zagrożeniem rzekomo kreowanym przez wojska Polski i Litwy, strzegące granic swoich krajów przed niekontrolowanym napływem tysięcy uchodźców (czyli kryzysem zorganizowanym w Mińsku, prawdopodobnie z inspiracji i pod kontrolą Moskwy). Białoruski prezydent lubował się w ostatnich miesiącach w pokazywaniu map z zaznaczonymi bazami, posterunkami, liniami przemieszczania polskich wojsk. Próbował wzmacniać atmosferę zagrożenia i wizerunek obrońcy kresów zachodnich bloku rosyjsko-białoruskiego, gotowego poświęcić się, by stanąć na pierwszej linii boju z NATO.

Wraz z nasilaniem się agresji rosyjskiej przeciw Ukrainie taka postawa umożliwiała mu stanie trochę z boku: nie mógł się sprzeciwiać putinowskiej narracji, ale wskazywał, że poza Ukrainą zagrożenie stanowi NATO. Gdy rozpędzona przez Putina machina wojenna rzeczywiście zmusiła Zachód do alarmowej dyslokacji wojsk i wzmożenia patroli w polskiej przestrzeni powietrznej, Łukaszenka mógł sam sobie przyznać rację: czujny strażnik zachodnich rubieży jest niezbędnie potrzebny i trwa na posterunku.

Czytaj też: Na Ukrainie coraz więcej ofiar. Dlaczego giną cywile?

Tu dociera Gruz-200

Ważniejsze od zajętej przez Łukaszenkę „bezpiecznej” pozycji polityka pozornie niezaangażowanego w konflikt było to, co zaczęło dziać się w Ukrainie po inwazji. Białorusini na własne oczy mogli zobaczyć rosyjskich zabitych i rannych, bo to u nich Rosja zorganizowała głębokie zaplecze szpitalne. – Tam dociera Gruz-200, czyli ci, którzy nie przeżyli. Sądzę, że Białorusini nie mają ochoty trafić do maszynki do mięsa – mówiła w podkaście Polityki Insight „Stan wojny” Anna Maria Dyner, śledząca sprawy białoruskiego bezpieczeństwa w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych.

O ile społeczeństwo białoruskie od początku było przeciwne interwencji w Ukrainie, o tyle jego wpływ na politykę Mińska mógł być lekceważony. Sam Łukaszenka w wywiadzie z głównym rosyjskim propagandystą telewizyjnym Władimirem Sołowiowem zapewniał przecież, że jego armia stanie u boku rosyjskiej w razie „operacji w Donbasie”. Problem w tym, że sama armia zobaczyła, co kryje się za „operacją specjalną”, i mogła dojść do wniosku, że nie będzie się pakować w taką jatkę. Dyner dodaje: – Poborowi są przerażeni, bo na Białorusi, w przeciwieństwie do Rosji, można swobodnie dotrzeć do informacji o tym, co się dzieje naprawdę. Jest aktywny ruch matek białoruskich, które mówią swoim synom w armii: jeśli was wyślą do Ukrainy, masz się natychmiast poddać. Sytuacja, w której wzywani na pomoc Rosji Białorusini po przekroczeniu granicy składają broń, oczywiście groziłaby kompromitacją nie tylko Łukaszence, ale samemu Putinowi.

Jest też pytanie, co tak naprawdę zmieniłby udział Białorusi w tej wojnie. Na pierwszy rzut oka najbardziej sensowne byłoby „dociążenie” kierunku kijowskiego – przez wzmocnienie Rosjan na północny zachód od miasta (tych na północny wschód od stolicy Ukrainy) albo próba zorganizowania uderzenia „hakiem” od południowego zachodu. Na większości tych tras szlak przetarli już Rosjanie, ale zostali skutecznie zatrzymani, a teraz są wręcz wypychani. Wojska białoruskie trudno podejrzewać o lepsze wyszkolenie, lepszy sprzęt, lepsze dowodzenie i większą wolę walki niż siły rosyjskiego agresora. Na pewno dodatkowe wyrzutnie rakietowe, np. białoruskie polonezy, mogłyby wzmocnić ataki na przedmieścia Kijowa. Można sobie wyobrazić jakiś elitarny batalion czy dwa wojsk powietrznodesantowych w kolejnej próbie zajęcia jakiegoś podkijowskiego lotniska. Ale skoro ukraińscy obrońcy doskonale dali sobie radę z również elitarnymi jednostkami powietrznodesantowymi Rosji, a nawet powstrzymują na wschodzie słynną 1. gwardyjską armię pancerną, to czy nie daliby sobie rady z Białorusinami?

Poza kwestią sprzętu i morale jest tzw. kultura dowodzenia – a białoruska armia za czasów niepodległego państwa była jeszcze bardziej obronna niż rosyjska. Kazać jej iść do uderzenia, zajmować miasta, strzelać do Ukraińców, których nigdy nie traktowali jak wrogów, to nieporozumienie.

Jest też kwestia liczb. Białoruska armia liczy „na papierze” ok. 40 tys. żołnierzy. Nic nie wiadomo, by trwała tam mobilizacja – możliwe, że w czasie kryzysu część jednostek została lepiej ukompletowana. Jednak eksperci, jak Anna Maria Dyner, podejrzewają, że do wysłania na wojnę byłoby gotowych grubo poniżej połowy ogólnej liczby wojsk. Śledzący rosyjskie i białoruskie sprawy wojskowe Jarosław Wolski szacuje maksymalną liczbę dostępnych Łukaszence wojsk na 15 tys. To mniej niż 10 proc. całości rosyjskich sił rzuconych przeciw Ukrainie. Taka liczba, nawet jeśli będą to najlepiej wyszkolone, dobrze zmotywowane i świetnie uzbrojone jednostki, nie zmieni ogólnego obrazu sytuacji. Może najwyżej skomplikować położenie obrońców Kijowa, o ile cała ta siła zostanie skoncentrowana na jednym kierunku i o ile okaże się lepsza w boju od Rosjan. Trudno zakładać taki scenariusz. Zwłaszcza że Łukaszenka trzyma się narracji o zabezpieczaniu granicy zachodniej. Pewnie chętniej przyjąłby więc rolę strażnika zachodniej Ukrainy, formując jakiś kordon oddzielający region stołeczny od zaplecza, uderzając na Łuck, Lwów czy Iwano-Frankiwsk. Ale czy zechciałby atakować konwoje z uzbrojeniem albo strzelać do ukraińskich uchodźców?

Czytaj też: Imperium znów atakuje. Co jest ostatecznym celem Putina?

Polska z wrogami za granicą

Białoruś może się okazać Rosji potrzebna po wojnie, do odbudowy jakichś kontaktów handlowych z Zachodem. Ciężko ugodzona sankcjami, odcięta od większości kanałów wymiany gospodarczej, może próbować zrobić z Białorusi swoje niewielkie i upstrzone brudem, ale jednak okno na świat. Kacper Wańczyk, analityk Polityki Insight, były dyplomata w Mińsku, tłumaczy, że gdyby Łukaszenka wszedł aktywnie do wojny, odciąłby się całkowicie od relacji ze światem zewnętrznym.

Białoruski lider i tak już jest obiektem sankcji za sfałszowanie wyborów i zdławienie protestów w 2020 r., a także za bierne pomaganie w rosyjskiej agresji. Objęcie Białorusi nowymi sankcjami dotknęłoby ostatnie sektory jej gospodarki uczestniczące w handlu międzynarodowym, jak przemysł spożywczy i drzewny, co ograniczyłoby i tak skromne przychody i wpędziło kraj w głębszą recesję. Łukaszenka stoi również przed pytaniem, czy dotknięta sankcjami Rosja będzie mu w stanie zagwarantować zbyt na towary – i czy w ogóle będzie utrzymywać dalej Białoruś. Dla człowieka, który oddał przyszłość swego kraju Putinowi niemal bez walki, ekonomiczny upadek Rosji to dramatyczna perspektywa.

Tylko że Łukaszenka nie jest tu głównym rozgrywającym. Putin może go w końcu zmusić do wysłania armii na ukraiński front, nawet ryzykując kolejną kompromitację. Poza konsekwencjami dla broniącej się Ukrainy i wewnętrznymi dla Białorusi miałoby to wpływ na sytuację Polski. Graniczylibyśmy wtedy z dwoma państwami agresorami, atakującymi wspólnie trzeci kraj, naszego strategicznego partnera.

Sytuacja wojskowa za wiele by się nie zmieniła, bo od kilku miesięcy i tak żyjemy w sytuacji podwyższonego zagrożenia, a dzięki wsparciu NATO oraz skierowaniu na wschód polskiej armii przygotowujemy się na każdy scenariusz. Politycznie zmieniłoby się jednak bardzo dużo. Perspektywy jakiegokolwiek unormowania relacji z Białorusią zostałyby pogrzebane na wiele lat, przynajmniej w czasie rządów tandemu Putin–Łukaszenka. Nieuchronnie odbiłoby się to na sytuacji Polaków mieszkających na Białorusi (i Białorusinów w Polsce). Mur wyrósłby między sąsiednimi krajami nie tylko na granicy, ustać mogłyby jakiekolwiek oficjalne kontakty. Reżim w Mińsku zapewne wykorzystałby nieuniknione w takiej sytuacji zachodnie sankcje jako argument przeciw polskiej społeczności. Polska miałaby u granic jednego wroga więcej.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną