Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

81. dzień wojny. Pogrom Rosjan w bitwie o pontonowe mosty

Zdjęcie zamieszczone 12 maja 2022 r. w mediach społecznościowych przez ukraińską armię. Tak miała skończyć się próba sforsowania przez Rosjan rzeki Doniec. Zdjęcie zamieszczone 12 maja 2022 r. w mediach społecznościowych przez ukraińską armię. Tak miała skończyć się próba sforsowania przez Rosjan rzeki Doniec. General Staff of the Armed Forces of Ukraine / Facebook
Ostatniej doby niewiele zmieniło się na lądzie, nie licząc rysującego się coraz bardziej wycofania Rosjan spod Charkowa. Tak kończy się bitwa o to miasto, kolejna przegrana. Warto przy tym opisać, jak traci się siły przy próbie forsowania Dońca.

Sytuacja w Donbasie na szczęście bez większych zmian. Dziś już nikt nie pyta, kiedy rozpocznie się tutaj zapowiadana wielka ofensywa, bo jak widać, zanim się na dobre zaczęła, skończyła się znowu blamażem Rosjan. Kolejne próby ataków pod Iziumem na Słowiańsk nie dały żadnego rezultatu poza dalszym wykrwawieniem 1. Armii Pancernej Gwardii, z której pomału niewiele zostaje.

Czytaj też: Czy w tej wojnie naprawdę chodzi o Donbas?

Miało być „wpieriod!”, a udało się „w boook”

Ołeksij Arestowycz, doradca prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który jest dość wiarygodny, bo wypowiada się często, a nie zdarzają mu się wpadki informacyjne, powiedział ciekawą rzecz. Według niego cztery z 12 armii (1. Pancerna Armia Gwardii, 2. Gwardii, 5., 6., 8. Gwardii, 20. Gwardii, 29., 35., 36., 41., 49. i 58. armia) użytych w Ukrainie, czyli de facto wszystkich posiadanych, są kompletnie rozbite i nie mają żadnej wartości bojowej.

Z pewnością chodzi o 6. armię pod Charkowem, która z podkulonym ogonem zwija się pomału do Obwodu Biełgorodzkiego na rosyjską stronę granicy. A także o 29. armię, którą pozostawiono na Białorusi i już do walk w Ukrainie nie wróciła. Co do pozostałych dwóch, to najpewniej jest wśród nich 1. Armia Pancerna Gwardii, stopniowo wycofywana spod Iziumu. Kandydatów do ostatniego miejsca jest kilku.

To 2. Armia Gwardii, z której w Ukrainie obecnie zidentyfikowano tylko 30. Brygadę Zmechanizowaną. Co się stało z 15. Aleksandrijską Brygadą Zmechanizowaną Gwardii oraz 21. Omsko-Nowobugdską Brygadą Zmechanizowaną Gwardii, tego nikt nie wie. Może nawet samemu Putinowi nie powiedziano. Bo po co go martwić? Z kolei 41. armia właśnie podejmowała bezskuteczne próby forsowania Dońca, o czym dalej. I tak Centralny Okręg Wojskowy wytracił siły, bo podlegająca mu 90. Witebsko-Nowogrodzka Dywizja Pancerna Gwardii też już nie przypomina tej sprzed 24 lutego...

Ołeksij Arestowycz wspominał też, że ze stanowiskiem pożegnał się sam dowódca Centralnego Okręgu Wojskowego z Jekaterynburga gen. płk Aleksandr Łapin. Jeśli to prawda, to sprawa jest ciekawa, bo taki „zaszczyt” nie spotkał dotąd żadnego z czterech dowódców okręgów wojskowych, choć jest trzech kandydatów, by podzielić los kolegi.

Na południowym odcinku frontu w Donbasie Rosjanie usiłują wyłamać się ze zdobytej Popasnej, gdzie podobno ukraiński opór pokonała dopiero ściągnięta tu Grupa Wagnera, czyli prywatna banda, coś między agencją ochrony a armią najemników. Teraz walczy tu 40. Krasnodarsko-Charbińska Brygada Piechoty Morskiej i 336. Białostocka Brygada Piechoty Morskiej Gwardii (de facto sprowadzono je do roli zwykłych brygad zmechanizowanych). Tyle że wyłamanie zamiast w pożądanym kierunku na zachód udało im się w jałowym kierunku na północ, w stronę wsi Oleksandropilia. Może chcą w ten sposób obejść twardą obronę 24. Brygady Zmechanizowanej im. Króla Daniła, co mogłyby się udać, gdyby zostało przeprowadzone szybko i przeszło sprawnie w oskrzydlenie ukraińskich pozycji? Nieodparcie nasuwa mi się słynna scena z filmu „Nic śmiesznego”, kiedy na pytanie w windzie: „do góry jedzie?”, Cezary Pazura odpowiada: „a jak ma jechać, w boook?!”. Tak wyszło Rosjanom to natarcie – miało być „wpieriod!”, a było „w boook”. Na pozostałych frontach wschodu i południa Ukrainy nic się nie zmieniło.

Natomiast to, co się dzieje pod Charkowem, napawa dość sporym optymizmem. Rosyjskie wojska cofają się coraz bardziej na północ, po swojej stronie granicy kopią okopy i rozbudowują obronę, jakby Ukraińcy mieli ruszyć przez Biełgorod, Kursk, Orzeł i Tułę do samej Moskwy. Może to jest jakiś pomysł, w sumie kto by ich teraz powstrzymał, skoro to, co zostało z rosyjskich wojsk lądowych, niemal w całości walczy w Donbasie?

Czytaj też: Tak cichy ukraiński bohater pomaga ogrywać Rosjan

Jak forsowano Doniec

Okazuje się, że dzielna 41. armia, która zasłynęła już tym, że w drodze na Kijów po wschodniej stronie Dniepru uszła ledwie kawałek za Czernichów, nawet nie opanowując tego miasteczka, teraz bohatersko szturmuje Doniec. Rzeka przypomina tu Wartę albo Bug. Problemem jest dość muliste dno, w którym grzęzną czołgi, jeśli próbują przeprawić się w ten sposób.

Od razu sobie powiedzmy: forsowanie rzek do dziś stanowi problem. Dlatego najlepiej uchwycić istniejący most i po nim przejść. To się udało Rosjanom pod Chersoniem, gdzie już 25 lutego zaczęli przełazić na północno-zachodni brzeg Dniepru od razu w dwóch miejscach. Forsowanie Dońca pod Iziumem było już znacznie trudniejsze, walki o miasto trwały od 6 do 26 marca. Trzy tygodnie borykali się Rosjanie z obroną Iziumu. Walczyła tu wówczas 2. Armia Gwardii, której ostatecznie sforsowanie Dońca w mieście wyszło, ale kosztem olbrzymich strat. Rzecz w tym, że Ukraińcy nie zdecydowali się na zmasowany artyleryjski ostrzał zbudowanych przez Rosjan mostów pontonowych w obawie przed porażeniem okolicznych terenów zabudowanych i zadaniem strat własnej ludności.

Co prawda zajęcie Iziumu i wyjście 28 marca na południe stąd na niewiele się Rosjanom zdało, bo przez cały kwiecień i pół maja nie zdołali dojść dalej niż do połowy drogi do Słowiańska. Ale trzeba przyznać, że było to jedyne udane sforsowanie rzeki w ich wykonaniu z użyciem mostów pontonowych.

.Karolina Żelazińska/Polityka.

Czytaj też: Rosyjska niemoc. Trumny na kołach i nieszyfrowane rozmowy

Jak się rzek nie forsuje

2 maja rosyjskie wojska podjęły próbę sforsowania Dońca pod Szypiliwką. Rzeka robi tu zmyłę – najpierw skręca na północ i omija miejscowość od zachodu. A potem robi szeroki łuk, zawijając z powrotem na południe, przepływając nieco na zachód od Rubiżnego, dalej Doniec wciska się między Siewierodonieck a Lisiczańsk i płynie na południe.

Pokonując niewielki ukraiński posterunek obronny, Rosjanie rozlali się po okolicy. Wygląda na to, że zamiast pakować tu coraz większe siły i zajmować jak najszerszy pas terenu, szukali szczęścia po okolicznych wioskach. Jakby zajęli się czymś znacznie ciekawszym od prowadzenia walki. Rezultat był taki, że Ukraińcy zebrali większe siły i przepędzili rozproszone pododdziały wroga, do 4 maja było już po wszystkim. Rosjanie zemścili się, wściekle ostrzeliwując rejon między Szypiliwką a Priwillią, skąd zostali wyrzuceni. Ostrzał trwał w nocy z 4 na 5 maja i przez kolejny dzień. Oczywiście zameldowano przełożonym, że przeciwległy brzeg Dońca jest usłany trupami ukraińskich żołnierzy, ale tam zostały w większości rosyjskie trupy, bo Ukraińcy nieco się cofnęli. Nie było po co tam siedzieć, skoro wiadomo, że jak walą salwa za salwą, to nie da się wepchnąć pod ten ogień kolejnej grupy szturmowej. Lepiej poczekać dalej, aż się najeźdźcom znudzi ta kanonada.

Tymczasem Rosjanie zrobili zmyłę. Walili jak opętani we wspomniany rejon, ale do właściwego szturmu południowego brzegu Dońca przystąpili pod Sieriebrianką nieco dalej na zachód. Forsowanie rzeki podjęli tu 5 maja. Mieli jednak pecha, bo Ukraińcy akurat zrotowali jednostkę zmechanizowaną z Siewierodoniecka, zastępując ją tam wojskami obrony terytorialnej oraz Gwardii Narodowej. Trafiła tu 79. Brygada Desantowo-Szturmowa, która w ogóle nie dopuściła do uchwycenia przyczółka pod Sieriebrianką.

Ale Rosjanie są uparci. Teraz udało im się najlepsze, czyli bitwa pod Biłohoriwką, mniej więcej w połowie drogi między wspomnianymi miejscami. Tutaj Rosjanie spróbowali w nocy z 7 na 8 maja, w przeddzień słynnej Parady Zwycięstwa. Co prawda Putin miałby problem, by na placu Czerwonym ogłosić oszałamiające zwycięstwo pod Biłohoriwką, bo nazwa jest dla Rosjan ciężka do wymówienia, ale może po krótkich ćwiczeniach lingwistycznych jakoś by sobie z tym poradził.

8 maja udało się ustawić pierwszy most pontonowy, po którym poszły czołgi i bojowe wozy piechoty przypuszczalnie z 35. Wołgogradsko-Kijowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii. To „Kijowskiej” w nazwie to pozostałość z II wojny światowej – w 2022 r. do ukraińskiej stolicy brygada nie doszła. Teraz ochoczo ruszyła na Biłohoriwkę. W międzyczasie jednak w most wstrzelała się ukraińska artyleria, zatapiając go wraz z pewną ilością pancernych pojazdów, które wylądowały w rzece obok zniszczonej konstrukcji. Potem znów udało się przeprawić pod Szypiliwką i ponownie podjąć atak na Priwillię. Po jaką cholerę, Bóg raczy wiedzieć, przecież powinni dążyć do połączenia obu przyczółków – pod Szypiliwką i Biłohoriwką – dzieliło je wszak kilka kilometrów.

9 maja udało się pod Biłohoriwką przerzucić kolejny most pontonowy i na drugi brzeg trafiło już ok. 100 sztuk pojazdów pancernych (czołgów, bojowych wozów piechoty, dział samobieżnych, trochę techniki inżynieryjnej). Miały do przekroczenia wzgórza Szipiłowskie, ale trzeba było jak najszybciej ruszyć do walki, poszerzyć przyczółek, wprowadzić tam jak najwięcej sił i połączyć oba przyczółki w jeden. Mając dwa mosty pontonowe, można by w środku przerzucić trzeci, by nie zrywać ciągłości zaopatrzenia na południowym brzegu. Trzeba też było ściągnąć pod te przeprawy środki przeciwlotnicze i ze dwa–cztery dywizjony artylerii z radarami przeciwartyleryjskimi – by przy próbie zniszczenia przepraw ogniem artyleryjskim natychmiast odpowiedzieć kontrostrzałem i zneutralizować Ukraińców.

Tymczasem Rosjanie natłoczyli tę setkę pojazdów pancernych i przez cały dzień nie ruszyli się z miejsca. Jak znam ich i życie, to nawalili się z okazji Dnia Zwycięstwa tak, że nie byli w stanie się poruszać. W Polsce na początku lat 80. 9 maja (normalny dzień roboczy, nawet w PRL) nasze Su-7 przez przypadek ostrzelały z rakiet niekierowanych kompanię dziesięciu radzieckich czołgów T-55 na poligonie pod Biedruskiem. Na szczęście młodzi piloci w żaden czołg bezpośrednio nie trafili, ale wybuchy pourywały skrzynki na narzędzia, anteny i inne drobne wyposażenie, odłamki porysowały pancerz i potłukły niektóre peryskopy, w jednym przypadku zerwały gąsienicę. Kiedy nasi oficerowie przyjechali gazikiem w to miejsce, znaleźli ok. 50 rosyjskich żołnierzy i oficerów powalonych trunkiem w pobliskim baraku, kompletnie nieprzytomnych, oczywiście wybuchów rakiet nikt nie słyszał. Udało się dobudzić jednego oficera, który policzył zalanych do nieprzytomności żołnierzy i stwierdził, że wszyscy cali. Pokazano mu pokiereszowane czołgi, na co popatrzył błędnym wzrokiem, machnął ręką i wybełkotał coś w rodzaju: „a … z tym”, używając słowa znanego nam z Wyspy Węży. Stąd wiem, jak w Rosji świętuje się 9 maja, a przecież uhonorowanie bohaterów – rzecz święta.

Dlatego bezczynność na przyczółku pod Biłohoriwką przez cały Boży 9 maja jestem w stanie wytłumaczyć tylko w ten sposób.

Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

A 10 maja zaczęło się piekło

Przyleciał ukraiński aparat bezpilotowy, sfilmował co trzeba, a za chwilę na mosty i zgrupowanie rosyjskich wozów bojowych runęła nawała artyleryjska. Pociski w kilka godzin pozrywały przeprawy pontonowe i wszystkie wspomniane pojazdy zmieniły w stertę złomu.

Sytuacja rosyjskich wojsk na południowym brzegu stała się bardzo skomplikowana. Dlatego na pomoc ściągnięto spod Rubiżnego i Kremiennej wszelkie dostępne oddziały Ługańskiej Republiki Ludowej, które przepędzono przez Doniec na południe na pomoc „sojusznikom” z Rosji. Tak właśnie połączone siły nazywali sami Rosjanie – wojska sojusznicze. Alianci się, cholera, znaleźli.

12 maja ukraińska artyleria całkowicie zniszczyła wszelkie przeprawy pontonowe przez Doniec, które dzień wcześniej naprawiono; potężna nawała skierowała się teraz na sam przyczółek, gdzie do 13 maja zlikwidowano całość „sojuszniczych” wojsk. W konglomeracie zniszczonego sprzętu Ukraińcy znaleźli później także bojowe wozy desantowe BMD-2. Co prawda nie było ich dużo, ale wszyscy zachodzą w głowę, skąd się tam wzięły. Dzielni „sojusznicy” rąbnęli je własnym desantowcom czy jak? W każdym razie świadczy to o bałaganie w rosyjskiej armii.

I tak ostatecznie bitwa o mosty pontonowe na Dońcu pod Szypiliwką, Biłohoriwką i Sieriebrianką, prowadzona przez 11 dni (od 2 do 13 maja), skończyła się pogromem Rosjan. To tu wykrwawiły się resztki nie tylko wspomnianej 35. Wołgogradsko-Kijowskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii, ale też 74. Zwienigorodzko-Berlińskiej Brygady Zmechanizowanej Gwardii, co spowodowało ostateczne wytracenie zdolności bojowej macierzystej 41. armii. I to w walkach o miejscowości o takich nazwach, że Rosjanie będą mieli problem je wypowiedzieć (zwłaszcza po spożyciu).

Według legendy król Władysław Jagiełło miał ponoć lepiej zadbać o historię swojego polsko-litewskiego królestwa, bo 14 lipca 1410 r. wyszedł na wzgórze i zapytał: jak się nazywa wioska koło tamtego pola? Bździągwy! – padła odpowiedź. Jagiełło wskazał na inną wieś: a tamta? Grunwald! Król uśmiechnął się i odrzekł: no dobra, to tam!

Czytaj też: Jacyś mało mobilni ci Rosjanie. I jeżdżą na złomie

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną