Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Rosja Putina straszy Litwę. NATO musi być bardzo czujne

Rosyjskie okręty opuszczają port Baltijsk w czasie manewrów Zapad w 2021 r. Rosyjskie okręty opuszczają port Baltijsk w czasie manewrów Zapad w 2021 r. Vitaly Nevar / Forum
Rosyjskie groźby ponownie zwróciły uwagę Zachodu na kluczowy dla NATO rejon styku granic Litwy, Polski, Białorusi i Obwodu Kaliningradzkiego, który do momentu kolejnej inwazji na Ukrainę był uznawany za główny obszar zapalny w Europie.

Chodzi o tranzyt kolejowy towarów, o kwestie gospodarcze i handlowe, ale spór od razu wszedł na poziom strategiczny. Zarządzona przez Wilno blokada transportu przez Litwę do Obwodu Kaliningradzkiego wskutek nałożenia unijnych sankcji (weszły w życie w połowie czerwca) pokazała, że terytorialna „wyspa” Rosji na bałtyckim wybrzeżu jest bardzo wrażliwym obszarem, a rosyjskie interesy z nią powiązane łatwo naruszyć. Litwa, jej sąsiedzi, cała Unia i NATO poczuły, że nacisk ekonomiczny na Rosję może mieć konsekwencje militarne – do reakcji zbrojnej włącznie.

Wszystko jest tu ze sobą powiązane, a konfrontacja między Rosją a Zachodem, która trwa dłużej niż wojna w Ukrainie, może wywoływać skutki w wielu obszarach jednocześnie.

Z Kaliningradu na Litwę wiodą dwa szlaki kolejowe. Jeden z zachodu na wschód, przez przejście graniczne Kirbaty i węzeł Kowno, ma później wiele odgałęzień, ale zasadniczo prowadzi na Białoruś. Drugi, mniej ważny w kontekście blokady, biegnie na północny wschód, na Łotwę. Obydwa prowadzą wzdłuż ciągów drogowych, najważniejszych dla lądowego zaopatrzenia Obwodu. Kiedyś równie ważne były przejścia prowadzące do Polski, ale w obliczu zamrożenia wymiany przygranicznej i zacieśnienia kontroli transportu ciężarowego utraciły handlową rolę. Dziś podstawowe znaczenie gospodarcze ma szlak zachód–wschód, a sankcje silnie w niego uderzą.

Formalnie ograniczenia dotyczą materiałów budowlanych i stali, ale gubernator Obwodu Kaliningradzkiego Anton Alichanow spodziewa się spadku tranzytu nawet o połowę, mówi już o „uduszeniu regionu”. Moskwa nazywa restrykcje wrogim aktem Litwy, wzywa do MSZ szefa placówki dyplomatycznej (Wilno nie ma w Rosji ambasadora) i zapowiada podjęcie stosownych kroków w przypadku utrzymania blokady. Jednocześnie na ćwiczenia wyszły rosyjskie jednostki w silnie zmilitaryzowanej zonie. Zrobiło się gorąco.

Czytaj też: Kolejny miliard dolarów i sto dział dla Ukrainy. „Wojny mają wiele zwrotów”

Należy być czujnym

Kaliningrad to dla Rosji region o strategicznym znaczeniu. Pod względem wojskowym to przede wszystkim baza floty bałtyckiej, brygada piechoty morskiej, kilka wojskowych lotnisk, radar dalekiego zasięgu przeznaczony dla obrony antyrakietowej i zgrupowanie wojsk lądowych w trakcie powiększania do rozmiarów dywizji. Duże znaczenie ma nasycenie tego skrawka terytorium środkami rakietowymi – tak defensywnymi, które mogą ograniczyć swobodę działania NATO w powietrzu, na morzu i lądzie, jak i ofensywnymi, które mogą razić cele odległe nawet o kilkaset kilometrów. W dodatku nigdy nie wiadomo, co znajdzie się na czubku odpalonego z Kaliningradu Iskandera, bo systemy te mogą przenosić głowice jądrowe, a Rosja świadomie podkreśla, że w sytuacji zagrożenia jej interesów strategicznych nie cofnie się przed użyciem broni nuklearnej jako pierwsza.

Z tych względów każdy nagły test gotowości, każde niezapowiedziane ćwiczenia, każdy niemal ruch w bazach wojskowych Obwodu Kaliningradzkiego wywołuje uzasadniony niepokój i jest przez NATO pilnie obserwowany. Większość to działania rutynowe. Czujność jednak trzeba zachować. Rosyjska eksklawa w każdej chwili może być trampoliną do ataku.

W dzisiejszej atmosferze emocje są jeszcze większe, bo Rosja od niemal czterech miesięcy prowadzi wojnę z Ukrainą, a zanim ją zaczęła, jasno komunikowała NATO i reszcie świata, że jednym z celów tej operacji jest odepchnięcie Sojuszu od jej granic. W dodatku spór z ostatnich kilkudziesięciu godzin dotyczy kraju niewielkiego, który wyjątkowo zalazł Rosji za skórę. Litwa od wielu lat, wraz z Polską, jest obiektem oskarżeń Kremla o szaleńczą rusofobię. Położone 30 km od białoruskiej granicy Wilno było jednym z celów symulowanych ataków w czasie niejednej edycji ćwiczeń Zapad. Dlatego wyprowadzenie w pole nawet niewielkiej liczby – około tysiąca – żołnierzy ze stu jednostkami sprzętu artyleryjskiego i rakietowego (bez Iskanderów) w reakcji na eskalację sporu Unia–Rosja jest uzasadnionym powodem do obaw, co dalej zamierza Putin. Jeśli ma to być demonstracja siły, to nie odegra swej roli. Ale jeśli to początek większej eskalacji, należy być czujnym.

Określenie „blokada Kaliningradu” już zaczęło się pojawiać w języku Kremla i Rosja może czuć się zobowiązana do przełamania jej siłą. A wtedy tuż u granicy Polski nastąpiłby incydent zbrojny, może nawet wybuchłaby kolejna wojna.

Czytaj też: Rosjanie giną i walczą, walczą i giną. Mogą tak długo

„Gotowi do walki dziś wieczorem”

Rosyjskie groźby ponownie zwróciły uwagę Zachodu na kluczowy dla NATO rejon styku granic Litwy, Polski, Białorusi i właśnie Obwodu Kaliningradzkiego, który do momentu kolejnej rosyjskiej inwazji na Ukrainę był uznawany za główny obszar zapalny w Europie. Tak się bowiem składa, że „odblokowanie” Kaliningradu poprzez operację zbrojną dawałoby Rosji idealny pretekst do zajęcia tzw. korytarza suwalskiego, jedynego lądowego połączenia terytorium trzech krajów bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii z Polską i resztą kontynentalnego trzonu NATO. Z punktu widzenia Rosji Kaliningrad od przyjaznej Białorusi i połączenia z Rosją oddziela 60–70 km „wrogiego” terytorium Litwy i Polski. Dla Moskwy może to być kuszący argument, bo pod przykrywką ochrony interesów ekonomicznych tak naprawdę rozwiązywałaby jeden z największych problemów strategicznych.

Tyle że takie rozwiązanie oznaczałoby wojnę Rosji z NATO w sytuacji, gdy znacząca część sił zbrojnych wschodniej despotii zaangażowana jest w operację ukraińską. Nie wiadomo nawet, ile sił zostało jeszcze w samym Obwodzie Kaliningradzkim – wiadomo za to, że jakaś ich część bierze udział w jednej wojnie i prawdopodobnie nie ma ani zdolności, ani ochoty, by zaczynać drugą.

NATO od kilku lat strzeże suwalskiego przejścia z Polski na Litwę, oprócz korytarza nazywanego też przesmykiem. Po obu stronach granicy, w obu należących do Sojuszu krajach, stacjonują wysunięte grupy bojowe w sile wzmocnionego batalionu. Zostały powiększone w ostatnich miesiącach. Ale wielonarodowe jednostki, liczące po ponad tysiąc żołnierzy każda, istotną zaporą dla Rosji nie są – mają być zapalnikiem, który w przypadku ataku uruchomi pełną sojuszniczą odpowiedź w ramach art. 5 traktatu waszyngtońskiego. W założeniu wejście do walki żołnierzy kilkunastu narodowości ułatwi zaangażowanie militarne po stronie zaatakowanego kraju, bo sam przepis traktatowy literalnie wcale nie wymusza automatyzmu odpowiedzi zbrojnej. Żołnierze ci nie siedzą na poligonach. Raz na rotację – bo zmieniają się co jakiś czas – ćwiczą alarmowe wyjścia na pozycje bojowe w nocy i bez zapowiedzi. Mają być „gotowi do walki dziś wieczorem”, jak często powiadają amerykańscy dowódcy grupy bojowej w Polsce.

Po stronie litewskiej za gotowość i wyszkolenie odpowiadają Niemcy, co obecnej sytuacji dodaje politycznego smaczku, ale w kontekście sojuszniczym niczego nie zmienia. Gdy kanclerz Olaf Scholz odwiedzał niedawno Litwę, zapewniał, że Bundeswehra będzie bronić każdego centymetra jej terytorium (tak jak prezydent Joe Biden mówił o każdym calu terytorium Polski). Pewnie zanim do walki ruszyliby Niemcy czy Amerykanie, Rosjanie natknęliby się na Litwinów i Polaków. Naprzeciw rosyjskiej dywizji w Kaliningradzie stoi polska 16. dywizja zmechanizowana, na Litwie dwie brygady zmechanizowane, czyli w praktyce jej ekwiwalent. Opcja militarna „odblokowania” transportu do Kaliningradu oznacza więc dla Rosji konfrontację z potencjalnie przeważającymi – lokalnie – siłami sąsiadów, a w większym wymiarze konflikt zbrojny z członkami NATO i całym Sojuszem po uruchomieniu mechanizmu kolektywnej obrony.

Czytaj też: A polska artyleria? Mizerna. Z Rosją nie miałaby szans

Czy świat uniknie ześlizgnięcia się z krawędzi

Czy Rosja jest na to gotowa? Rozważania o racjonalności działań Putina po 24 lutego stały się w dużym stopniu jałowe, choć nadal wielu znawców tematu twierdzi, że w jego szaleństwie jest metoda, a atak na Ukrainę mieści się w ramach racjonalnej kalkulacji. Ukraina jednak nie jest w NATO i choć korzysta z wojskowego wsparcia, głównie poprzez uzbrojenie i dane zwiadowcze, to jednak nie jest chroniona parasolem odstraszania antynuklearnego ani nie może liczyć na to, że w jej obronie fizycznie walczyć i ginąć będą żołnierze zachodnich armii.

Sytuacja Litwy jest zgoła inna. Napaść na nią oznacza natychmiastowe konsultacje Rady Północnoatlantyckiej i niemal automatyczne uruchomienie mechanizmu obrony kolektywnej. W powietrze podniosą się samoloty z dalekosiężnym uzbrojeniem, okręty zajmą pozycje dogodne do wystrzelenia pocisków manewrujących. Rosja dostanie ultimatum: albo natychmiast wstrzymuje walkę i wycofuje wojska do baz, albo siły zbrojne państw NATO podejmą aktywną obronę Litwy. Jeśli na tym etapie incydent da się opanować, świat uniknie ześlizgnięcia się z krawędzi trudnej do przewidzenia eskalacji. Gdy Rosja nie ustąpi, a pociski zejdą z wyrzutni, zacznie się dramat, przy którym wojna w Ukrainie mogłaby być nazwana ledwie preludium.

Czy Putin ma na to wystarczające siły? Na poziomie wymiany ciosów strategicznych – na pewno. Im niżej jednak schodzimy w drabinie eskalacji, tym większy ma problem. Bez udziału Białorusi lub skupienia tam odpowiedniej wielkości sił własnych (kilkadziesiąt tysięcy wojska) zająć korytarza suwalskiego mu się nie uda. Potrzebowałby do tego brygad zmechanizowanych, czołgów i rakiet. Lżejsze oddziały powietrznodesantowe, gdyby je wysłał na samobójczą misję, zostałyby rozbite. Armia białoruska nie weszła do teoretycznie łatwiejszej – jak się Kremlowi wydawało – wojny w Ukrainie, tym bardziej więc będzie się wzbraniać przed wojną z NATO.

Rosja potrzebowałaby wielu tygodni i zapewne powszechnej mobilizacji, by zgromadzić armię zdolną zaatakować obszar między Białorusią a Obwodem Kaliningradzkim. Skąd weźmie ludzi, gdy już w tej chwili ma problemy kadrowe? Skąd weźmie sprzęt, jeśli już teraz wysyła na front mające pół wieku czołgi? Ewentualna wojna przeciwko NATO byłaby przecież bardziej skomplikowana, kosztowniejsza, krwawsza – o ile Sojusz walczyłby jako monolit i wszelkimi dostępnymi siłami. Racjonalnie oceniając sytuację, Moskwa nie ma sił, by taką walkę zacząć, i szans, by taką konfrontację wygrać. Pytanie o racjonalność wyborów Putina można jedynie zawiesić w powietrzu.

Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną