Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

Trzęsienie ziemi w brytyjskim rządzie. Może zmieść Borisa Johnsona

Boris Johnson przy 10 Downing Street, 6 lipca 2022 r. Boris Johnson przy 10 Downing Street, 6 lipca 2022 r. Phil Noble / Forum
Rezygnacja szefów resortów skarbu i zdrowia jest pokłosiem kolejnego skandalu w ekipie rządzącej Wielką Brytanią. Premier szybko ich zastąpił, ale zaplecze kadrowe jest coraz słabsze – podobnie jak jego pozycja.

Jednoczesne odejście kanclerza skarbu Rishiego Sunaka i ministra zdrowia Sajida Javida to dla torysów problem wielopłaszczyznowy. Uderza nie tylko w zasoby kompetencyjne rządu, ale przede wszystkim w jego wizerunek. Obaj politycy byli obok Johnsona i szefowej resortu spraw wewnętrznych Priti Patel najbardziej rozpoznawalnymi twarzami obecnej władzy. Sunak zachowywał się jak finansowe ramię Johnsona i pomagał wdrażać jego pomysły mimo opozycji wewnątrzpartyjnej. Z kolei Javid przeprowadził Wielką Brytanię przez drugą fazę pandemii, przejmując resort z rąk Matta Hancocka.

Opinia publiczna oceniała go nie najgorzej, na tle poprzednika sprawiał wrażenie bardziej kompetentnego, bywał bezkompromisowy. A wobec Johnsona potrafił zachować się jak lojalny żołnierz. Kiedy w grudniu ubiegłego roku, po ujawnieniu szczegółów pandemicznych imprez na Downing Street, pojawiły się apele o dymisję premiera, Javid uspokajał krytyków, zapewniając, że na pewno do złamania przepisów nie doszło. Stanowiska nie zmieniał przez wiele tygodni mimo dowodów wskazujących na dokładnie odwrotny przebieg wydarzeń.

Skandal w biurze chief whipa

Dzisiaj obu już w rządzie nie ma, na ich miejsca weszli Nadim Zahawi (resort skarbu) i Steve Barclay (zdrowia). Sunak i Javid złożyli rezygnację we wtorek w odstępie kilku minut. Oficjalnym powodem jest brak wiary w dalsze przywództwo Johnsona, co w języku polityki traktować należy jak wypowiedzenie posłuszeństwa i odrzucenie ideologicznej linii własnego zespołu. Tak naprawdę odeszli jednak, bo w ławach rządowych wybuchł kolejny skandal. W jego centrum znalazł się Chris Pincher, były zastępca chief whipa rządu, a więc osoby odpowiedzialnej za egzekwowanie dyscypliny partyjnej w czasie głosowań. Pincher był oskarżony o napaść na tle seksualnym wobec dwóch mężczyzn w nocnym klubie 29 czerwca. Miał zachowywać się napastliwie, był mocno pijany. Dzień później do jego biura trafiła oficjalna skarga, a Pincher podał się do dymisji. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, a przynajmniej niegrożącego dymisją premiera, gdyby nie fakt, że był recydywistą. Identyczne oskarżenia pod jego adresem ujawniono w 2017 r. – były działacz Partii Konserwatywnej Alex Story, który padł jego ofiarą, porównał go nawet do Harveya Weinsteina.

Pincher do niczego się nie przyznał, ale i wtedy zrezygnował z pracy w biurze whipa. Spadł na cztery nogi, bo z pomocą przyszedł mu Johnson, który znalazł dla niego miejsce w resorcie spraw zagranicznych. Premier tłumaczył, że nie miał pojęcia o oskarżeniach natury seksualnej, ale wszystko wskazuje na to, że znów kłamie. Dominic Cummings, były spin doktor torysów i najbliższy współpracownik Johnsona, przyznał w prasie, że w czasie jednego ze spotkań z udziałem szefa rządu opisał Pinchera jako seksualnego drapieżcę.

Brytyjski tygodnik: Bierność Johnsona zabiła tysiące ludzi

Boris Johnson musi odejść!

Jeszcze bardziej przytłaczające są dowody opublikowane przez Simona McDonalda, pracownika MSZ w latach 2015–20. Według niego Boris Johnson został w 2019 r. osobiście poinformowany nie tylko o zarzutach pod adresem Pinchera, ale też o formalnej skardze pod jego adresem. Pincher nigdy nie został oczyszczony z zarzutów, a Johnson miał być tego w pełni świadomy. McDonald napisał nawet list do Komisji Etyki Izby Gmin, apelując o interwencję i zmuszenie biura premiera do reakcji.

Większość tych informacji ujrzała światło dzienne w ostatnich dniach, wywołując falę dymisji w brytyjskim rządzie. Ustąpili nie tylko Sunak i Javid. Jak wylicza dziennik „Financial Times”, odeszło już 25 polityków zajmujących stanowiska w egzekutywie, w tym Alex Chalk, główny prawnik rządu, cały szereg dyplomatów i przedstawicieli handlowych, minister sprawiedliwości Victoria Atkins i szef resortu mieszkalnictwa Stuart Andrew. Z kolei Michael Gove, minister ds. samorządów, który wcześniej kierował resortami edukacji i sprawiedliwości i był jedną z twarzy kampanii na rzecz brexitu, odwiedził Johnsona na Downing Street. Według zeznań świadków powiedział Johnsonowi, że „czas odejść, bo [jego] premierostwo właśnie dobiegło końca”.

Johnson, który miesiąc temu ledwo przetrwał wotum nieufności, odchodzić z własnej inicjatywy oczywiście nie zamierza. I to mimo że jego pozycja systematycznie słabnie. W ostatnich tygodniach Partia Konserwatywna zanotowała dwukrotnie bardzo słabe wyniki w wyborach uzupełniających, a wewnątrzpartyjna opozycja się rozpędza. Krytycy już się nie kryją, chcą głowy premiera. Dobitnie wyrazili to zresztą w listach rezygnacyjnych Sunak i Javid. Ten pierwszy pisał, że choć decyzja o dymisji w trudnych czasach wojny i kryzysu nie przychodzi mu łatwo, to musi odejść, bo „wierzy, że istnieją standardy, o które warto walczyć”. Z kolei Javid stwierdził, że „Brytyjczycy mają prawo oczekiwać spójności i przejrzystości działań od swojego rządu”.

Czytaj też: Johnson skończył elitarne szkoły. Nic mu to nie dało

Boris nie ma rywala. Kto przejmie stery?

Co to oznacza w praktyce dla Johnsona i rządu torysów? Na pewno kłopoty, choć przynajmniej na razie nie doprowadzą do upadku gabinetu. Najszybciej stałoby się to, gdyby premier odszedł sam, ale nic nie wskazuje, by chciał to zrobić. Johnson to polityczne zwierzę, człowiek kochający władzę i dla niej żyjący, bez walki jej nie odda. Zwłaszcza że mimo dymisji ważnych polityków w rządzie pozostają mu inni kluczowi gracze: minister obrony Ben Wallace czy szefowa MSZ Liz Truss, kluczowi w czasie rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Po drugie, Johnson wciąż nie ma w partii wyraźnego rywala. Głównie dlatego upadło ostatnie wotum nieufności – przeciwnicy premiera nie mieli alternatywy, kogoś, kto mógłby natychmiast przejąć stery. To jednak tylko pudrowanie kryzysu, który jest już ewidentny. Johnson nie ma poparcia w partii, nie ma go w społeczeństwie. Jego kadencja powoli staje się synonimem skandali, hipokryzji i niedojrzałych decyzji personalnych. A problemów będzie przybywać, zwłaszcza gospodarczych – rosnące ceny energii, inflacja, deficyty kadrowe po brexicie wciąż dają znać o sobie. Dni Johnsona wydają się policzone. Pytanie, ile mu ich jeszcze zostało.

Czytaj też: Czarny scenariusz się nie spełnił. Brexit jednak z umową

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną