Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Świat

137. dzień wojny. Wielkie bolączki Rosji: szyfrowanie i zakłócanie

Zniszczenia po natarciu Rosjan w Doniecku. Lipiec 2022 r. Zniszczenia po natarciu Rosjan w Doniecku. Lipiec 2022 r. Gleb Garanich / Forum
Szyfrowanie korespondencji radiowej wciąż jest rosyjską bolączką. Podobnie jak przestarzałe systemy zakłócające, bardzo ważne w czasie wojny. Każde zniszczenie takiej stacji zakłóceń to dla Rosjan niepowetowana strata.

Na północ od Iziumu Rosjanie przypuścili kolejny atak na wsie Dowheńke, Krasnopole, Pasika i Dolina, czyli w ogólnym kierunku na Słowiańsk – i ponownie zostali odparci. Ten serial ataków z Iziumu na Słowiańsk coraz bardziej przypomina słynne szturmy Gieorgija Żukowa na Rżew i Syczewkę w krwawej operacji „Mars” z jesieni 1942 r. i wiosny 1943, kiedy „marszałek zwycięstwa” wytracił bezpowrotnie prawie 100 tys. żołnierzy na uderzenia, które nie przyniosły Sowietom ani kawałka zdobyczy.

Nie było też niestety spokoju we wschodniej części rejonu walk w Donbasie. Rosjanie znów atakowali w kierunku Siewierska. Silne natarcie zostało odparte przed miejscowością Werchniokamjanśke, jakieś 10 km na wschód stąd. Z kolei na północ od Siewerska kolejne uderzenie agresor przypuścił nad samym Dońcem, w kierunku wsi Hryhoriwka. Nalotów na ukraińskie cele dokonało tu lotnictwo, którego aktywność mimo wszystko jest dość anemiczna. Jak już coś zbombarduje, to przeważnie i tak są to obiekty cywilne. Pod Bachmutem toczyły się z kolei ciężkie walki przy Wuhlehirskiej Elektrociepłowni. A zatem i tutaj Rosjanie nie posunęli się o włos i wciąż walą w mur w tym samym miejscu.

Czytaj też: Czy F-16 mogą zmienić sytuację na froncie?

Przypadkowa ofiara wojny

Wylatują w powietrze kolejne rosyjskie składy uzbrojenia. Ostatniej doby pokaz fajerwerków obserwowano w Irmino jakieś 50 km na zachód od Ługańska i w pobliskiej Kadyjewce. W oba magazyny trafiły rakiety odpalone z zestawów HIMARS.

Dalej na południe Rosjanie ruszyli się z Doniecka, usiłując atakować w kierunku Awdijiwki i Marinki, ale zostali zatrzymani mniej więcej na tej samej linii, na której są od 2015 r. Pod Charkowem także trwały walki, ale zmian terytorialnych nie ma. Rosjanie ogłosili oficjalnie, że to miasto będzie ich kolejnym celem po Donbasie. Jak widać, zadowoli ich jedynie panowanie nad całą Ukrainą.

Pod Chersoniem też trwały ciężkie walki, ale mało wiadomo o zachodzących tu zmianach terytorialnych na korzyść Ukrainy. Jej artyleria zniszczyła nieopodal kolejny skład amunicji na lotnisku Czornobajiwka. Rosjanie odpalili zaś pięć rakiet przeciwlotniczych S-300PMU w awaryjnym trybie „ziemia-ziemia”, atakując obiekty w Mikołajowie. Najwyraźniej rakiety do zwalczania celów naziemnych po prostu im się skończyły, przynajmniej w tym rejonie.

Za to w samej Rosji drobna niespodzianka. Na szlaku kolejowym Robczik–Piesczaniki w obwodzie briańskim niespodziewanie doszło do wybuchu pod pociągiem na moście. Ładunek podłożyli ukraińscy „specjalsi”, którzy najwyraźniej tu operują, ale okazał się za słaby, bo uszkodził tylko tory i lokomotywę spalinową 2TE10UK-0388. Nie była rosyjska, ale białoruska z lokomotywowni w Gomlu – prowadziła pociąg w Rosji i padła przypadkową ofiarą wojny.

Czytaj też: Jak NATO może pomóc Ukrainie wygrać

Jak Rosjanie korygują ogień

Słyszałem ostatnio na TikToku piękne nagranie: obserwator artyleryjski, prowadząc łączność przez chińską radiostację Baofeng, jaką każdy sobie może kupić, podaje dowódcy poprawki, tj. „profesjonalnie” woła: „Tak trochę w prawo!”. Tym z państwa, którzy nigdy nie korygowali ognia artylerii, wyjaśniamy: podaje się odległość boczną i odległość „po donośności” w metrach. Czyli na przykład „w prawo 300, po donośności zero”. Odpowiedzią dowódcy była elegancka wiązanka, jakby wyśpiewana, a nie wypowiedziana. Ot, linia melodyjna, ale zamiast „la, la, la” co drugie słowo było na „ch”, a co trzecie na „je”. Mają Rosjanie szczególny talent do takich wiązanek, zresztą wystarczy posłuchać nagrywanej tu i tam korespondencji radiowej z podmoskiewskich lotnisk Domodiedowo czy Szeremietiewo. Kontrolerzy usiłują mówić po angielsku. Pyta taki pilota: Aerofłot 345, do you have runway in sight? (Czy widzisz pas?). Na co pilot odpowiada już po rosyjsku: Domodiedowo tałer, Aerofłot tri-czietyrie-piat, ni ch... nie wiżu, pi... takaja sjuda, no prodołżaju (kontynuuję podejście), blat’. W dowolnym zachodnim porcie lotniczym sytuacja raczej nie do pomyślenia, ale na rosyjskich się zdarza.

Trzeba wybitnego specjalisty, żeby wyczytać z tych wiązanek właściwą treść, ów logiczny przekaz ukryty w tych jakże uniwersalnych słowach, którymi bardzo wiele można wyrazić. Pamiętam, że mieliśmy w Jugosławii takiego oryginała, Marka, cywilnego tłumacza serbsko-chorwackiego. Znał doskonale języki słowiańskie, w tym rosyjski. Kończył slawistykę i filologię języków południowo-słowiańskich czy jakoś tak. Służył jakiś czas jako tłumacz symultaniczny w Komitecie Centralnym PZPR, gdzie podobno zajmował się także zwożeniem dobrego alkoholu dla towarzyszy i podsuwaniem im pań. W Serbskiej Krajinie w Chorwacji, w obecności rosyjskich obserwatorów, puścił melodyjną wiązankę po rosyjsku. Zamarli ze zdumienia: Ty minimum piat liet sidieł w ruskiej tiurmie (Minimum pięć lat w rosyjskim więzieniu). Kiedy im wyjaśnił, że nauczył się tego od towarzyszy z Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, a język był wyjątkowo knajacki, to już nie byli tacy zdziwieni. No tak, pokiwali głowami, tiurma lub partyjna wierchuszka...

Mimo „szyfrowania” korespondencji wszelkimi słowami na „ch” i pochodnymi, jeśli jest prowadzona otwartym tekstem, to bez problemu da się odczytać. Zwłaszcza przez Ukraińców, którzy jednak Rosjan znają. Niejeden absolwent filologii rosyjskiej by spękał. Jak ten Norweg, który nauczył się na studiach polskiego w stopniu bardzo biegłym, pojechał na Śląsk na praktyki, wyszedł wyrzucić śmieci, a tu kartka, że kosze przeniesione w inne miejsce. Podchodzi do niego Ślązak i rzecze: O pierun! To kaj te siemioki? Norweg szczerze zwątpił w swoją znajomość polskiego.

Czytaj też: Jak bardzo racjonalnie działa Ukraina?

Opłaca się posłuchać, co mówią Rosjanie

Szyfrowanie korespondencji radiowej wciąż jest rosyjską bolączką. Tylko najnowsze radiostacje używane na najnowszych typach wozów bojowych (czołgach T-72B3M, T-90, T-80U, bojowych wozach piechoty BMP-3, działach samobieżnych 2S19 Msta itd.) pracują w trybie cyfrowym jako tzw. SDR (Software Defined Radio), automatycznie kodując korespondencję. Są to radiostacje R-168 Akwedukt i radiostacje stanowisk dowodzenia R-183. Problem w tym, że jakieś trzy czwarte wojsk używa starszych, analogowych radiostacji R-173 Azbats i dowódczych R-166.

Tak prowadzoną łączność nie zawsze się zakłóca. Czasem bardziej opłaca się posłuchać, co przeciwnik przekazuje przez radio. Istotne jest to, by prowadzić zakłócenia kierunkowo, na określone stacje łączności, bo bardzo często własna korespondencja radiowa idzie na podobnych częstotliwościach.

Służą do tego celu specjalne stacje zakłócające na pojazdach. Najpopularniejszą w przypadku Rosji jest R-330 Mandat i jej odmiany (R-330U Ukoł, R-330P Piramida itd.). Zakłóca łączność przeciwnika w zakresie od 1,5 do 100 MHz, czyli na typowych zakresach naziemnych. Stacje te zostały skonstruowane jeszcze w latach 80. i były rozwijane w kolejnych odmianach. Najnowszą rosyjską stacją zakłócającą jest RB-301 Borisoglebsk-2, która może nie tylko skutecznie zakłócać łączność, ale także (lokalnie) sygnały stacji satelitarnych systemu nawigacyjnego GPS. Podobnie jak poprzednie systemy aparaturę Borisoglebsk-2 umieszczono na transporterze opancerzonym MTLBU.

Czytaj też: Rozpoznanie NATO. Jakie cenne dane Ukrainie?

Zakłócić wrogi radar

Radar w wojsku ma bardzo różne zadania. Jego głównym przeznaczeniem jest wykrywanie celów powietrznych. Działa w dość prosty sposób: wysyła impuls radiowy w wąskiej kierunkowej wiązce w określonym kierunku i odbiera jego odbicie od obiektu powietrznego, nawodnego, ale też naziemnego. Dzięki temu wojsko widzi wrogie samoloty, śmigłowce i bezpilotowce. Inne radary służą do naprowadzania na nie rakiet przeciwlotniczych.

Gdy tylko pojawiły się radary, zastanawiano się, jak je zakłócić. Jako pierwsi, jeszcze w czasie II wojny światowej, na ciekawy pomysł wpadli Brytyjczycy. Były to zrzucane z samolotów paski metalizowanej foli, bardzo podobne do tych, w jakie zawija się czekoladę. Dipole odpowiedniej długości (połowa długości zakłócanej fali radarowej) powodowały powstawanie bardzo wielu odbić, tak jakby leciało całe wielkie stado samolotów. Wielokrotnie udawało się tak nabrać obsługi radarów kierujących myśliwcami, np. w czasie słynnego nalotu na Peenemünde w nocy z 17 na 18 sierpnia 1943 r., który zmiótł z powierzchni ziemi niemiecki ośrodek badawczy broni „V”.

Te dipole w Wielkiej Brytanii nazywano chaffs, w Niemczech – Düppel. Do dziś się ich używa, by zmuszać radary do przejścia na zakres SCR (Selekcja Celów Ruchomych – wykorzystanie efektu dopplera do oddzielenia na ekranie obiektów ruchomych od stałych), co jednak nieco ogranicza wykrywalność samolotów. Odpalaliśmy takie nowoczesne dipole z Su-22, miały postać niewielkich kostek metalizowanych. Z czasem ograniczono się do lotów nad morzem, bo okazało się, że zjadają je krowy i źle to się dla nich kończyło.

Potem obmyślono inne metody aktywnego zakłócania radarów falami radiowymi: zakłócenia szumowe, blokujące całą częstotliwość (jammig), kiedy na ekranie pojawiało się mleko, oraz bardziej wyrafinowane zakłócenia mylące (decepting), dzięki którym wyświetlały się fałszywe cele albo przesuwały się w inną lokalizację zobrazowania realnego celu. Dało się to zrobić zarówno w odległości, jak i w azymucie. Takie systemy zakłócające montuje się na samolotach, okrętach, ale też pojazdach naziemnych, by osłonić jakiś obszar przed obserwacją albo w celu wysłania zakłóceń na stronę wroga, by zmylić jego radary systemów przeciwlotniczych i utorować drogę własnym samolotom czy śmigłowcom.

Czytaj też: Czy NATO ma asa w rękawie? Nawet cztery

Zbrojeniówka na emeryturze

Popularnym amerykańskim systemem zakłóceń torującym drogę własnym samolotom był EA-6B Prowler, którego aparaturę przeniesiono teraz na Super Horneta, tworząc wersję EA-18G Growler. System ten, ALQ-99, jest udany i dlatego z powodzeniem używany od wielu lat. Co prawda są to zakłócenia szumowe typu jamming, ale kierunkowe i niezwykle silne. Opowiadał mi jeden z operatorów systemu zakłóceń samolotu Prowler, że mieli zakaz uruchamiania systemu poza specjalnymi poligonami. Kiedyś jeden z operatorów włączył je przypadkowo nad „zwykłym” terenem i w całej okolicy wywaliło korki.

Dla odmiany stary, ale wciąż używany rosyjski samolot An-12PP z aparaturą zakłócającą nie bardzo działa kierunkowo. Kiedy użyto go w Gruzji w 2008 r., to poza zakłóceniem gruzińskich radarów zakłócił wszystkie radary rosyjskie 100–120 km w głąb własnego terytorium. Ale to jeszcze nic. Okazało się, że samoloty efektywnie zakłóciły też centrale łączności pogotowia ratunkowego, straży pożarnej, policji i sieci telefonii komórkowej. Naziemnym odpowiednikiem takiego systemu zakłóceń jest montowany na ciężarówce system Krasucha-2 w różnych odmianach; ma zasięg do 80 km w stosunku do radarów naziemnych i do 400 km przy zakłócaniu radarów samolotowych. Współpracuje z nim stacja rozpoznania radioelektronicznego Moskwa-1, która wykrywa źródła promieniowania (czyli wrogie radary) i wskazuje je systemom zakłócającym, takim jak Krasucha na ciężarówce Kamaz czy Ryczag na śmigłowcach Mi-8MTPR-1.

Największym problemem Rosjan w tym wypadku jest stosunkowo niewielka liczba nowoczesnych systemów zakłócających. Wojska są zapełnione starymi, jak R-330 Żitiel czy śmigłowcowy P-324 Smalta. Najnowsze zaś do produkcji wymagają wkładu ok. 5–10 proc. (pod względem wartości) elementów importowanych, w Rosji niewytwarzanych. Dlatego zniszczenie każdej nowoczesnej stacji zakłóceń na tej wojnie to dla Rosjan niepowetowana strata. Oczywiście próbują zastępować elementy importowane własnymi, ale podobno odbija się to na jakości pracy systemów.

Jest jeszcze jedna ciekawostka, dotycząca w sumie całego rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Otóż większość konstruktorów i technologów w firmach zbrojeniowych jest w dość podeszłym wieku. Młodzi po studiach nie garną się do tej pracy ze względu na niskie pensje. Cały świat z pewnością by odetchnął, gdyby przemysł zbrojeniowy Rosji w całości przeszedł na emeryturę.

Czytaj też: Walka z Rosją będzie długa i ciężka. Kluczowe są rezerwy

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną