Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Lula wygrał, Bolsonaro nadgonił stratę. Brazylia wciąż w niepewności

Wybory w Brazylii. Po przeliczeniu niemal 99 proc. głosów Luiz Inacio Lula da Silva wygrał z urzędującym prezydentem Jairem Bolsonaro. Potrzebna będzie jednak druga tura, która odbędzie się 30 października 2022 r. Wybory w Brazylii. Po przeliczeniu niemal 99 proc. głosów Luiz Inacio Lula da Silva wygrał z urzędującym prezydentem Jairem Bolsonaro. Potrzebna będzie jednak druga tura, która odbędzie się 30 października 2022 r. Mariana Greif / Forum
Legendarny przywódca związkowy Lula da Silva wygrał pierwszą turę wyborów, choć z mniejszą przewagą, niż zapowiadały sondaże. Jego zwycięstwo było spodziewane – i na tym w brazylijskich wyborach rzeczy pewne się skończyły.

Te wyniki to spore zaskoczenie. 76-letni Luiz Inácio Lula da Silva, znany po prostu jako Lula, dwukrotny prezydent Brazylii, który wraca do wielkiej polityki po 580 dniach odsiadki za korupcję, zdobył w niedzielę 48 proc. głosów. Drugie miejsce zajął obecny przywódca kraju, skrajnie prawicowy populista Jair Bolsonaro, na którego zagłosowało 43 proc. wyborców. To oni zmierzą się 30 października w drugiej turze, która zdecyduje o przyszłości i stabilności czwartej największej demokracji na świecie. Brazylia jest ważnym barometrem dla regionu Ameryki Łacińskiej, skręcającego ostatnio w lewo głównie dzięki politykom nowej generacji, takich jak choćby młody prezydent Chile Gabriel Boric. Brazylijskie władze mają też wpływ na szereg kluczowych procesów w skali globalnej: od deforestacji Amazonii po zwiększenie eksportu żywności na Globalne Południe, co zwłaszcza w obliczu wojennych zniszczeń ukraińskich upraw jest dziś kwestią fundamentalną.

Wygrana albo wojna? Bolsonaro grozi

Lula niemal przez całą kampanię trzymał blisko dwucyfrową przewagę nad Bolsonaro. Ostatni sondaż PollingData z 30 września dawał mu 44 proc. do 34 proc. dla obecnego prezydenta. W niektórych badaniach zyskiwał nawet ok. 50 proc., co sugerowało, że przy dobrych wiatrach może wygrać w pierwszej turze. Pozostali kandydaci – były minister finansów i znany samorządowiec Ciro Gomez oraz reprezentująca polityczne centrum senatorka Simone Tebet – nie liczyli się w tym wyścigu, nie przekraczali w sondażach bariery dwucyfrowego wyniku i ostatecznie otrzymali odpowiednio tylko 3 i 4,2 proc. głosów.

Bolsonaro skrócił dystans do Luli głównie dzięki sprintowi na finiszu kampanii i mobilizacji rdzennego elektoratu. Rywalizacja pozostaje otwarta, a społeczeństwo jest podzielone jak nigdy do tej pory. Dlatego należy się spodziewać, że między pierwszą i drugą turą będzie gorąco, a może nawet niebezpiecznie. Bolsonaro od dawna zapowiada, że w przypadku porażki odmówi uznania wyników. W dniu głosowania opublikował w sieci krótki filmik, na którym oddaje głos i stwierdza, że „jeśli wybory będą czyste i sprawiedliwe, otrzyma co najmniej 60 proc. głosów”. Od miesięcy uderza w wiarygodność całego systemu wyborczego, twierdząc, że przeciwnicy szykują zamach stanu przy urnie. Choć nie ma na to żadnych dowodów, przekonywał, że maszyny do głosowania zhakował obóz Luli.

Już w 2021 r. w grupach stworzonych przez jego zwolenników na WhatsAppie pisał, że w przypadku przegranej „wezwie armię do obrony brazylijskiej demokracji”. Powtórzył te zapowiedzi na niedawnym wiecu, stwierdzając, że „jeśli będzie trzeba, on i jego wyborcy pójdą na wojnę” z politycznymi oponentami. Na jednym ze spotkań przedwyborczych mówił, że wybory mogą się dla niego skończyć na trzy sposoby: wygraną, śmiercią albo więzieniem.

Czytaj też: Duszpasterze brazylijskich faweli

Trudno o dwóch bardziej skrajnych kandydatów

Te słowa trafiały na podatny grunt i częściowo odniosły skutek. Według sondażu Gallup z września 2022 r. aż 67 proc. Brazylijczyków (w niedzielnych wyborach głosowało ponad 150 mln) nie ma zaufania do procesu wyborczego i instytucji organizujących głosowanie. W elektoracie Bolsonaro ten odsetek jest jeszcze wyższy, wynosi 75 proc. Oznacza to, że komisjom wyborczym i sądom zatwierdzającym wyniki nie ufają obie strony konfliktu. Wprawdzie, jak wskazują dane z raportów Gallupa, w ostatnich latach nieco zwiększyło się zaufanie do państwowych instytucji. Eksperci oceniają, że nawet mimo napakowania urzędów lojalistami Bolsonaro uda się odeprzeć oskarżenia prawicowego radykała, choć z pewnością nie będzie to łatwe.

Trudno bowiem o dwóch bardziej skrajnych kandydatów niż Lula i Bolsonaro. Reprezentujący lewicę były dwukrotny prezydent obiecywał powrót do złotej ery gospodarczej z czasów jego rządów. W programie znalazły się zapowiedzi wyższych podatków dla najlepiej zarabiających i zwiększenia wydatków publicznych, w tym miesięczny transfer o równowartości 113 dol. i bony żywnościowe dla najuboższych, wyższa płaca minimalna, inwestycje w mieszkania komunalne. Lula chce też przywrócić uprawienia i dotacje instytucjom zajmującym się ochroną środowiska. Bolsonaro nienawidził tego grona. Sam budżet ministerstwa środowiska po rozpoczęciu jego rządów został ograniczony o szokujące 98 proc., zlikwidowano też wiele jego delegatur, zwłaszcza na terenie Amazonii.

Artur Domosławski: Paradoksy rasy w Brazylii

Jak pogrążyć Lulę

To zresztą ulubiony temat Bolsonaro. W lesie tropikalnym, którego 60 proc. znajduje się na terytorium Brazylii, nie widzi nic poza szansą dla inwestycji i rozwoju gospodarczego. Dlatego otwiera dżunglę dla koncernów wydobywczych i firm zajmujących się wyrębem i przetwórstwem drewna, ignorując deforestację, która znowu – podobnie jak rok, dwa i trzy lata temu – osiągnęła rekordowe rozmiary.

Z ekonomicznego punktu widzenia, co ciekawe, jego program nie różni się tak bardzo od oferty lewicy. Bolsonaro też proponuje bezpośrednie wypłaty socjalne, w dodatku tej samej wysokości – chce utrzymać instrument wprowadzony w czasie pandemii (której istnienie przez długie miesiące negował). Obiecuje ograniczenie biurokracji, inwestycje w sektor technologiczny, obniżkę podatków i, co budzi kontrowersje, prywatyzację giganta naftowego: Petrobrasu. Polityki wobec Amazonii broni jak niepodległości, wielokrotnie w przeszłości podkreślał, że to kwestia wewnętrzna, a każdy, kto próbuje się w nią mieszać, narusza brazylijską rację stanu. Odmówił pomocy, którą w 2019 r. przy okazji wielkich pożarów w interiorze kraju zaoferował mu prezydent Francji Emmanuel Macron, gotów zmobilizować do walki z ogniem oddziały armii stacjonujące w sąsiedniej Gujanie Francuskiej.

Przez najbliższe cztery tygodnie Bolsonaro zrobi wszystko, by zdyskredytować Lulę. W czwartkowej, przedwyborczej debacie atakował go bezpardonowo, nazywał „zdrajcą”, „skazańcem” i „kłamcą”. Próbował przypisać mu współudział w morderstwie Celso Daniela, jednego z liderów Partii Robotniczej (PT), z ramienia której Lula ubiega się o prezydenturę. W 2002 r. Daniel, wówczas prominentna postać w partii, został zabity, najpewniej przez radykałów jednej z lewicowych partyzantek. Zdaniem Bolsonaro to Lula był mózgiem operacji, bo śmierć Daniela była dla niego autostradą do przywództwa w partii i prezydentury. W sieci mnożą się fake newsy na temat tego, co się stanie z Brazylią, kiedy Lula przejmie władzę – „seksualizacja dzieci” i legalizacja narkotyków.

Czytaj też: Pierwszy drwal Ameryki Łacińskiej

Świat po stronie kandydata lewicy

Ważna w kontekście tych wyborów jest też opinia zagranicy. Brazylia to kraj mocno zależny od eksportu i sytuacji na rynkach surowcowych, więc to, co o nowym (lub starym) prezydencie sądzić będą eksperci w Londynie czy Nowym Jorku, przełoży się na codzienność mieszkańców tego największego państwa na kontynencie latynoamerykańskim. Świat zdecydowanie opowiedział się po stronie Luli – mimo obaw przed wyższymi wydatkami publicznymi, które zapowiada. Nawet tradycyjnie liberalny gospodarczo tygodnik „The Economist” wystawił mu relatywnie dobrą ocenę, zauważając, że „robi wszystko, by wyjść na pragmatycznego”, i próbuje uspokajać rynki, które w dodatku zdają mu się ufać. Znacznie mocniej obrywa mu się, choć głównie ze strony europejskich polityków, za wypowiedzi z początku maja, gdy stwierdził, że Ukraina ponosi winę za wojnę z Rosją „w takim samym stopniu co Kreml”.

Dlatego jeśli wygra, świat nie da mu na dzień dobry taryfy ulgowej. Będzie musiał udowodnić, że ma realną kontrolę nad krajem, nie walczy z buntem w administracji i nie pcha gospodarki ku recesji. Przed nim kluczowe cztery tygodnie. Niewykluczone, że dojdzie do aktów politycznie motywowanej przemocy, ataków na pracowników komisji wyborczych, możliwe są nawet próby przejęcia władzy siłą. Klasycznego zamachu stanu raczej nie będzie, nawet jeśli Bolsonaro przegra w drugiej rundzie. Jak podkreśla „New York Times”, w przeciwieństwie do przewrotu wojskowego z 1964 r. dzisiaj prawica nie ma poparcia ani klasy średniej, ani przedsiębiorców, ani zagranicy, z USA na czele. Nie znaczy to, że Bolsonaro odda władzę bez rozlewu krwi. Zachowa się raczej jak jego polityczny idol Donald Trump, co zresztą jego syn Flavio, dziś senator, jednoznacznie zapowiedział. Jeśli Brazylijczycy poczują się oszukani, wezmą sprawy w swoje ręce, jak Amerykanie 6 stycznia 2021 r. na Kapitolu – mówił Flavio. Bolsonaro senior i junior twierdzą, że Trump nikogo do niczego nie namawiał. I sami też tego nie robią. W Brazylii na pewno będzie więc nerwowo, a po 30 października – może nawet bardziej.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną