Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Steve Bannon skazany na więzienie. Czy Trump też usłyszy zarzuty?

Donald Trump i Steve Bannon, 22 stycznia 2017 r. Donald Trump i Steve Bannon, 22 stycznia 2017 r. Mandel Ngan / AFP / EAST NEWS
Amerykański sąd skazał na więzienie jednego z najbardziej zaufanych współpracowników Donalda Trumpa. Czy były prezydent też w końcu odpowie za swoje czyny? Media niemal codziennie informują, że notorycznie kłamał i naruszał prawo.

Na cztery lata więzienia sąd federalny w Waszyngtonie skazał Stephena Bannona, głównego doradcę Donalda Trumpa, w sprawie dotyczącej próby nielegalnej zmiany wyniku wyborów w 2020 r. Obraził Kongres, bo odmówił współpracy z komisją Izby Reprezentantów badającą kulisy szturmu zwolenników Trumpa na Kapitol 6 stycznia 2021 r. (na apel prezydenta nie chcieli dopuścić do zatwierdzenia zwycięstwa Joe Bidena). Nie stawił się na przesłuchanie i odmówił przekazania dokumentów w sprawie przygotowania przez Trumpa i jego współpracowników faktycznego zamachu stanu.

Czy Trump stawi się przed komisją?

Sędzia, który wydał wyrok, pozwolił Bannonowi pozostać na wolności do czasu rozstrzygnięcia procedury apelacyjnej. Po werdykcie stwierdził on, że nie zrobił nic złego, a nadchodzące wybory do Kongresu „położą kres nieprawomocnemu reżimowi Bidena”. Trump i jego stronnicy przedstawiają śledztwo w sprawie puczu jako odwet obecnego prezydenta i Partii Demokratycznej. Z medialnych ustaleń wynika, że Bannon, wraz z gronem najbardziej radykalnych osób z otoczenia Trumpa, namawiał go do wygłoszenia 6 stycznia mowy do fanów i wezwania ich do ataku.

Komisja, złożona w większości z demokratycznych kongresmenów i kongresmenek i dwojga posłów republikańskich, wezwała Trumpa do złożenia zeznań. Były prezydent odpowiedział długim otwartym listem oskarżającym komisję o uprawianie nagonki. W historii USA tylko Harry Truman dostał w 1953 r. podobne wezwanie do Kongresu, ale odmówił stawienia się, argumentując, że przeczyłoby to zasadzie rozdziału władzy wykonawczej od ustawodawczej. Powszechnie przewiduje się, że Trump również odmówi – chociaż sugerował podobno, że może się pojawić (pod warunkiem że przesłuchanie będzie transmitowane w telewizji). Komisja ds. 6 stycznia nie ma możliwości go do tego zmusić.

Jak informują eksperci, departament sprawiedliwości mógłby teraz postawić Trumpowi zarzut obrazy Kongresu, ale mało kto wierzy, że prokurator generalny Merrick Garland zdecyduje się na taki krok. Teoretycznie byłego prezydenta można by oskarżyć i o inne przestępstwa, przede wszystkim o podżeganie do szturmu na Kapitol i wcześniejsze zabiegi, by unieważnić legalny wynik wyborów w listopadzie 2020 r. Prokuratura w stanie Georgia od dawna prowadzi dochodzenie w sprawie telefonu Trumpa do sekretarza stanu, w którym naciskał go, by sfałszować wyniki i dodać brakujące mu głosy. FBI przeszukało z kolei rezydencję Trumpa w Mar-a-Lago na Florydzie, rekwirując pudła z tajnymi dokumentami rządowymi, które były prezydent bezprawnie zabrał z Białego Domu, zamiast zdeponować je w Archiwach Państwowych.

Czytaj też: Trump trzyma się mocno. Ma szansę wrócić do władzy?

Czy usłyszy, że jest „winny”?

Dowodów kryminalnej działalności Trumpa jest aż nadto, ale jego formalne oskarżenie byłoby precedensem w dziejach Ameryki – żadnemu byłemu prezydentowi nie postawiono do tej pory podobnych zarzutów. Opór przeciw takiemu posunięciu wynika też stąd, że Trump, w odróżnieniu od niemal wszystkich byłych prezydentów w prawie 250-letniej historii USA, nie jest politycznym emerytem. Wyraźnie planuje ponowny start w wyborach do Białego Domu i cieszy się wciąż fanatycznym poparciem kilkudziesięciu milionów zwolenników w Partii Republikańskiej. Jego kłopoty z prawem zupełnie im nie przeszkadzają, jest nawet przeciwnie – odgrywanie roli ofiary „polowania na czarownice” umacnia ich przywiązanie do idola.

Przeciw postawieniu Trumpowi kryminalnych zarzutów wysuwa się czasem argument prawny – trudno byłoby uzyskać werdykt „winny” podżegania do insurekcji; sąd mógłby zgodzić się z prawdopodobną linią jego obrony: naprawdę wierzył, że wybory sfałszowano na jego niekorzyść, więc usiłował po prostu naprawić wyrządzoną mu krzywdę. W sprawach z oskarżenia o tak poważne przestępstwo jak próba puczu intencja odgrywa kluczową rolę – należy udowodnić działanie w złej wierze.

Jak wskazują dowody znalezione w ostatnich dniach, Trump doskonale wiedział, że przegrał – świadczy o tym treść jego maili, telefonów do współpracowników i zeznania członków jego najbliższego otoczenia. Naciskał na polityków stanowych i podżegał fanów do ataku na Kapitol, orientując się, że łamie prawo. Gdyby zatem prokurator Garland albo prokurator stanowy w Georgii zdecydowali się na formalne oskarżenie, byłaby szansa, że sąd uzna Trumpa za winnego. Chyba że w składzie przysięgłych znaleźliby się jego fanatyczni zwolennicy, głusi na argumenty prawne.

Czytaj też: Rośnie teczka Trumpa. Co mu grozi?

List od Kima i inne przewiny Trumpa

Saga z próbami pociągnięcia Trumpa do odpowiedzialności toczy się już od kilkunastu miesięcy, ale wciąż nie widać konkluzji. Komisja ds. rokoszu zakończy działalność w styczniu przyszłego roku, kiedy po wyborach na Kapitolu zbierze się Kongres w nowym składzie. Mandat komisji najpewniej nie zostanie odnowiony, bo wszystkie sondaże wskazują, że partia straci większość, i to w obu izbach. Ultrakonserwatywni politycy w GOP zapowiadają impeachment prokuratora Garlanda i przesłuchania przeciw innym członkom administracji Bidena.

Media tymczasem niemal codziennie przynoszą nowe wiadomości potwierdzające, że poprzedni prezydent notorycznie kłamał, naruszał prawo lub co najmniej robił rzeczy niegodne urzędu i pozycji społecznej. Zbierając materiały do nowej książki, Bob Woodward przeprowadzał wywiady z Trumpem. Z nagrań dowiadujemy się, że były prezydent ujawnił mu treść poufnego listu od dyktatora Korei Północnej Kim Dzong Una. Trump informuje Woodwarda, że chodzi o tajny dokument, i prosi, by nikomu nie mówił, że mu go udostępnił. To jeden z tysięcy tajnych materiałów, które Trump po wyprowadzce z Białego Domu nielegalnie przechowywał w Mar-a-Lago.

Media, zwłaszcza sympatyzujące z demokratami, rzetelnie i obficie informują o podobnych epizodach. Ostatnio doniosły, że Trump odpowiedział na pytania śledczych prowadzących sprawę cywilną wytoczoną przez dziennikarkę E. Jean Carroll, oskarżającą go o zniesławienie – ponieważ publicznie zaprzeczył, jakoby zgwałcił ją kiedyś w przebieralni sklepu odzieżowego. Incydent miał się zdarzyć w połowie lat 90., więc pani Carroll nie mogła go oskarżyć bezpośrednio o gwałt – domniemany czyn uległ przedawnieniu. Trump powiedział, że w ogóle nie zna Carroll i jej zarzut jest kłamstwem.

Trudno ocenić, jakie znaczenie – poza walorem rozrywkowym – mają podobne rewelacje potwierdzające tylko to, co od dawna wiemy o człowieku wybranym w 2016 r. na prezydenta USA. Nagłaśniając je, media mają być może nadzieję, że na zasadzie kropli drążącej skałę będą stopniowo osłabiały poparcie dla Trumpa wśród wahających się jeszcze wyborców i polityków republikańskich. Jak mawiają Amerykanie: nadzieja nigdy nie umiera...

Czytaj też: Republikanie na pasku Trumpa

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną