Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Leopardy wciąż w niemieckiej klatce. Co oznacza czołgowe fiasko w Ramstein

Spotkanie ministrów obrony w sprawie wojny w Ukrainie w niemieckiej bazie w Ramstein. 20 stycznia 2023 r. Spotkanie ministrów obrony w sprawie wojny w Ukrainie w niemieckiej bazie w Ramstein. 20 stycznia 2023 r. Wolfgang Rattay / Forum
Bez porozumienia z Berlinem zakończyła się wielka konferencja w amerykańskiej bazie lotniczej. Ukraina w tydzień dostała jednak więcej ciężkiego sprzętu niż przez cały rok. Bilans i tak wychodzi na plus.

Dla tych, którzy oczekiwali wielkiego pancernego fajerwerku, narada w Ramstein kończy się raczej kapiszonem. Niemcy nie zdjęły blokady na wysłanie Ukrainie swoich leopardów ani na reeksport czołgów przez kraje mające je na wyposażeniu. Mimo presji około dziesięciu państw NATO i nacisków USA rząd w Berlinie ustąpił tylko o krok. Tym krokiem jest zgoda na rozpoczęcie szkolenia zapoznawczego – poza Niemcami, na terenie zainteresowanych krajów – żołnierzy ukraińskich z obsługi leopardów oraz zarządzenie „sprawdzenia dostępności” wozów w zasobach Bundeswehry. Jeśli dać tym decyzjom wysoki kredyt zaufania co do ich długofalowych skutków, to można powiedzieć, że Niemcy być może weszły na ścieżkę prowadzącą do zgody na udostępnienie leopardów Ukrainie. Ale na krótką metę brak zgody Berlina tu i teraz powoduje jeszcze ostrzejszy zgrzyt niż to, co dochodziło zza kulis zachodniej koalicji w ostatnich dniach.

Czytaj też: Po roku wojny rosyjski Goliat ma podbite oko

Berlin nie wypuszcza leopardów

Im mniej było czasu do pierwszej w nowym roku narady „grupy Ramstein”, tym więcej wskazywało, że wielkie nadzieje z nią związane mogą się nie spełnić. Poszczególne kraje czy grupy państw decydowały się w ostatnich dniach na własne deklaracje o wsparciu Ukrainy mimo planowanego uczestnictwa w wielonarodowym spotkaniu.

Pierwsza była Wielka Brytania, później (też z inicjatywy Londynu) nastąpiło wspólne oświadczenie dziewięciu krajów w Tallinie, swoją istotną część dołożyły Szwecja i Finlandia. Jak zwykle wszystko przyćmiła zapowiedź kolejnego pakietu amerykańskiego, również ogłoszona w przeddzień konferencji. Tak naprawdę wszystko – lub prawie wszystko – zostało więc ogłoszone i zapowiedziane, zanim ministrowie obrony pojawili się w bazie lotniczej w Ramstein. Zostało oczekiwanie na decyzję w sprawie czołgów, która wskutek głośnej debaty polityczno-medialnej stała się symbolem determinacji i wyznacznikiem sukcesu konferencji. Ale nawet pod rosnącą presją nowy minister obrony Niemiec Boris Pistorius nie kwapił się do jednoznacznych oświadczeń w tej sprawie. Dziś wyszedł do kamer i mikrofonów stosunkowo wcześnie, w połowie planowanych obrad, głównie po to, by pochwalić się niemieckimi osiągnięciami w zaopatrywaniu Ukrainy – Berlin podaje już 3,3 mld euro jako wartość dostaw. O czołgach nie powiedział jednak nic przełomowego.

„Istnieją dobre argumenty za dostawami i są dobre powody przeciw, a biorąc pod uwagę całą sytuację wojny, która trwa od prawie roku, należy bardzo dokładnie rozważyć wszystkie za i przeciw” – mówił szef niemieckiego MON i sprawnie odpierał przepełnione nutą zarzutu i pretensji pytania dziennikarzy. „Wrażenie, jakoby istniała jakaś konkretna koalicja, na której przeszkodzie stoją Niemcy, jest fałszywe” – przekonywał wbrew dość rozpowszechnionemu odczuciu, że w Europie pojawiła się grupa krajów, pod przywództwem Polski, które gotowe byłyby przekazać Ukrainie swoje leopardy. Stwierdził nawet, że część sojuszników jest przeciwna temu pomysłowi. Zapytany, co sądzi o sygnałach z Polski, że taka decyzja możliwa jest nawet bez zgody Niemiec, odparł, że dziś niczego takiego nie usłyszał. Wcześniej ministerstwo obrony publikowało zdjęcia rozmowy Pistoriusa z Mariuszem Błaszczakiem, należy więc podejrzewać, że ministrowie mieli okazję do wymiany poglądów nie tylko na spotkaniu plenarnym. Pistorius skonkludował, że „nie jesteśmy w stanie dziś przewidzieć, jaka i kiedy nastąpi decyzja w sprawie leopardów”.

Szef MON i kanclerz Olaf Scholz muszą mieć świadomość, jaka krytyka spadnie na nich po tych słowach – i już zaczyna spadać – w mediach (także niemieckich), ze strony opozycji (także wewnętrznej) i oczywiście z zagranicy (w tym przewidywalnie najostrzejsza z Polski). A jednak na razie się nie ugięli i nie ustąpili. Ostrożność i obawy Berlina na razie zwyciężyły, choć dynamika sytuacji jest taka, że nie można być pewnym, jak długo jeszcze klatka z leopardami pozostanie zamknięta.

Czytaj też: Dlaczego niespodziewanie to wygląda jak I wojna światowa

Coraz więcej ciężkiego żelaza

Jednak w mijającym tygodniu wiele innych klatek zostało otwartych szerzej, a konferencji w Ramstein nie wolno oceniać tylko przez pryzmat niepowodzenia z czołgami. Wyraźnie przyspieszyła budowa ukraińskiej zmechanizowanej i zmotoryzowanej (korzystającej z pojazdów gąsienicowych i kołowych) piechoty. Amerykanie zadeklarowali drugi batalion wozów bojowych Bradley i dwa bataliony transporterów Stryker. Szwecja dołożyła 50 swoich CV90. Z USA przyjadą 53 odporne na wybuchy min MRAP-y i aż 350 (największa z dotychczasowych transza) znanych ciężkich terenówek HMMWV. Do tego Wielka Brytania dołoży transportery opancerzone Bulldog, a Kanada samochody pancerne Senator (aż 200 sztuk). Wreszcie, pomimo braku leopardów, Ukraina ma dostać brytyjskie czołgi Challenger 2. Kijów nie może więc mówić o pancernej porażce, przeciwnie – ciężkiego żelaza z Zachodu będzie coraz więcej. Być może ostatecznie również niemieckich „kotów”.

Sprawnie idzie też doposażanie ukraińskiej artylerii w samobieżne działa kalibru 155 mm, czyli standardu NATO. W kilka dni „przybyły” jej ze trzy dywizjony, jeśli liczyć według zachodniego ukompletowania. Szwecja, Wielka Brytania i Dania zapowiedziały przekazanie dział gąsienicowych i kołowych, a Litwa i Łotwa haubic holowanych wschodnich kalibrów. Duńczycy poświęcili się tak bardzo, że chcą Ukrainie oddać wszystkie posiadane i zamówione, a wciąż niedostarczone armatohaubice Caesar z Francji, które już od kilku miesięcy dzięki dostawom z Paryża sprawdzają się nieźle na polu walki. Również obrona powietrzna z zachodnich dostaw stale rośnie. Holandia zaoferowała – trzecią już – baterię patriotów. Kanadyjczycy sfinansują zakup systemu NASAMS. Amerykanie zapowiedzieli dosłanie ośmiu, do wcześniejszych czterech, pojazdów Avenger uzbrojonych w wyrzutnie rakiet Stinger. Kijów otrzyma też nową partię pocisków AMRAAM do NASAMS.

Polska i Litwa zadeklarowały niemal muzealne, ale wciąż skuteczne armaty przeciwlotnicze kalibru 60 i 40 mm, używane w Ukrainie do zwalczania dronów. Minister Błaszczak oświadczył, że poradzieckiego sprzętu mamy jeszcze tyle, że da się skompletować i wyszkolić do marca (w sensie technicznym nie będzie to skomplikowane) ukraińską brygadę, wyposażoną w czołgi T-72 i wozy bojowe BWP-1. Gdyby chodziło o dodatkowy sprzęt, ponad ten już przekazany Ukrainie, oznaczałoby to, że Polska mogłaby się pozbyć kolejnych nawet stu czołgów (do tej pory 240). Minister nie podał liczb. Wygląda jednak na to, że ma być to plan B w zamian za zablokowane przez Niemcy leopardy.

Czytaj też: Poligon Ukraina. Wojna to niezrównany test dla broni

Niepokój i mniej optymizmu

Warto zwrócić uwagę na słowa sekretarza obrony USA Lloyda Austina, że nie chodzi o ten czy inny typ uzbrojenia, chodzi o zdolność, na którą składa się wiele elementów. Podkreślał, że nawet bez dużej liczby czołgów pakiet zmechanizowany odpowiadający dwóm brygadom stanowi bardzo skuteczne wyposażenie. A dodatkowo sprzęt jest uzupełniany ćwiczeniami nie tylko z jego użycia, ale zastosowania całej związanej z nim doktryny połączonych operacji manewrowych. To szkolenie dla żołnierzy ukraińskich już trwa, po jego zakończeniu do działania ma być gotowych kilka batalionów zmechanizowanej piechoty – prawdopodobnie tyle, dla ilu wystarczy zachodniego sprzętu. Trudno jednak było nie wyczuć w słowach Amerykanina pewnego zawodu, że do pakietu zmechanizowanego nie doszedł ten pancerny.

Pytany po naradzie o komentarz w sprawie postawy Niemiec, wciąż podkreślał, że kraj ten jest dla USA głównym sojusznikiem w NATO i z perspektywy Waszyngtonu odgrywa rolę lidera w Europie, ale wskazywał, że „okno możliwości” dotyczące czołgów jest wąskie, Ukraina ich potrzebuje, na stole są oferty kilku krajów, a same Niemcy nie łączą już przekazania leopardów z przekazaniem amerykańskich abramsów. Wskazywał więc Niemcy palcem i naciskał: „wierzę, że partnerzy Ukrainy z całego świata staną na wysokości zadania”.

Dosadniejszy był towarzyszący mu szef połączonych sztabów gen. Mark Milley, który nie komentował wprost decyzji sojuszników, ale w żołnierskich słowach opisywał sytuację na froncie. Po raz pierwszy publicznie przedstawił ocenę odbiegającą od dominującego do niedawna optymizmu: Ukrainie może się nie udać wyprzeć Rosjan ze wszystkich zajętych terytoriów w tym roku. Dlatego tak ważne ma być szybkie – do wiosny – wykreowanie kompletnych nowych zdolności zmechanizowanych czy pancernych w ludziach, sprzęcie, wyszkoleniu, zaopatrzeniu, amunicji i logistyce. Milley nie ukrywał, że czasu jest mało, a do zrobienia bardzo dużo.

Skalę potrzeb w grudniu opisał głównodowodzący wojsk ukraińskich gen. Walerij Załużny. W wywiadzie dla tygodnika „The Economist” wyliczał: „Potrzebuję 300 czołgów, 600–700 bojowych wozów piechoty, 500 haubic. Wówczas jak najbardziej jest realne dojście do granic z lutego. Ale nie zrobię tego z dwiema brygadami” – zastrzegał, gdy już wiedział, że otrzyma z Zachodu pierwszą setkę wozów bojowych, bradleyów i marderów. Dziś w grze są ilości dużo większe, jeśli chodzi o wozy bojowe, ale nadal nie odpowiadają one potrzebom Załużnego. A z czołgami sytuacja jest w wielu wymiarach trudna.

Dlatego może być znaczące, że gen. Milley dwukrotnie wspomniał dziś o konieczności – w jakiejś perspektywie – zakończenia wojny przy stole rokowań. Mówił o tym już jesienią i spotkał się z krytyką, bo wówczas Ukraina była w ofensywie, odbijała kolejne regiony i przepowiadała na obecny rok ostateczne zwycięstwo. Teraz coraz bardziej widoczne są przygotowania Rosji do nowej ofensywy, mobilizacji rzesz ludzi i zasobów gospodarki, zaostrzenie retoryki, a nawet symboliczne podkręcanie poczucia zagrożenia przez instalację w Moskwie systemów obrony powietrznej na dachach budynków władz. Nie ustał spór wojskowych ekspertów o to, czy czas gra na korzyść, czy przeciwko Ukrainie, ale wypowiedzi Milleya sygnalizują niepokój. Nie wiadomo, czy podobne przesłanie zawiózł do Kijowa szef CIA Bill Burns, o którego zeszłotygodniowej wizycie piszą amerykańskie media. Można jednak podejrzewać, że gdy większość uwagi opinii publicznej skupia się na niemieckich czołgach, za kulisami odbywa się inna rozgrywka o równie dużym ciężarze.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Fotoreportaże

Jaki sens szycia? Mamy w Polsce mistrzów, uczniów brak

Krawiectwo miarowe odradza się powoli, bo i powoli rośnie społeczna chęć podkreślenia ubiorem statusu, aspiracji oraz zwykłej satysfakcji z własnego wyglądu. Coraz mniejsze grono mistrzów ma pełne ręce roboty, a następców nie widać.

Marcin Piątek
05.02.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną