Jak zakończyć tę wojnę? Były palestyński minister: Wierzę w bierny opór, nie przemoc
AGNIESZKA ZAGNER: Jesteśmy w Azariji, która na mapie wygląda, jakby była częścią Jerozolimy, a nie jest. Myląca ta mapa: dojechanie tu zajęło mi kilkanaście minut, a właściwie wyjechałam z Izraela. O co w tym chodzi?
ZIAD ABU-ZAYYAD: W zasadzie jesteśmy częścią Jerozolimy, a Jerozolima jest częścią naszego życia. Problem w tym, Izrael wzniósł mur bezpieczeństwa i otoczył nim część Azariji, przyłączając ją do swojego terytorium. Reszta jest pod kontrolą Autonomii Palestyńskiej. Izrael anektuje ziemie, na których nie ma Arabów. Ten obszar jest zamieszkiwany przez ludność arabską, więc trzymają nas poza murem. Jak na ironię graniczymy też z położonym poza murem żydowskim osiedlem Maale Adumim, czyli de facto Izraelem.
Chcą, żebyśmy zniknęli
Brzmi to dość skomplikowanie.
Nasze życie jest teraz bardzo skomplikowane. Proszę spojrzeć na ulicę za sobą, można nią dotrzeć do Jerozolimy w kilka minut. Teoretycznie, bo drogę blokuje mur i trzeba objechać osiedle. No i przekroczyć wojskowy punkt kontrolny w Zeajjm, okazać pozwolenie, w przypadku obcokrajowców paszport z wizą. Dla mnie to właściwie niemożliwe, choć muszę zrobić specjalistyczne badania w Jerozolimie. Od początku wojny praktycznie przestali nam wydawać pozwolenia. Tak, to jest skomplikowane. Jesteśmy jedynym połączeniem między północą Zachodniego Brzegu a południem. Każdy, kto chce dotrzeć na Zachodni Brzeg, musi minąć punkt na końcu Azariji. Wystarczy, że na kluczowym skrzyżowaniu postawią wojskowego dżipa, i odetną północ od południa, nikt nie przejedzie.
Jak często się to zdarza?
Kiedy zechcą, nawet codziennie przez kilka godzin. Robią się korki, ludziom puszczają nerwy, każdy chce minąć każdego. Ku uciesze żołnierza, który w końcu po prostu otwiera przejazd. Kiedyś było inaczej, przed 1967 r. bez problemu mogłem przemieszczać się do Jerozolimy, pracowałem w biurze paszportowym przy ulicy Salahadin, w budynku, w którym dziś mieści się resort sprawiedliwości. Często dla sportu szedłem rano piechotą, zajmowało mi to jakieś 35 minut. Teraz nie mogę, utknąłem. Wielu mieszkańców nie było w Jerozolimie od 10, 15 lat. W Azariji mieszka 30 tys. ludzi. Jeśli spojrzy pani za siebie, zobaczy Abu Dis, miejscowość zamieszkiwaną przez ok. 25 tys. osób, które mają ten sam problem.
Abu Dis miało pięć minut sławy, kiedy Donald Trump przedstawił swój plan dla Bliskiego Wschodu. To miała być stolica Palestyny, chociaż w teorii byłaby to wciąż „Jerozolima”.
Nawet to jest mrzonką. Beniamin Netanjahu prowadzi zdecydowaną politykę ekspansji osiedli żydowskich, rozbudowują się istniejące, powstają nowe, odcinając kolejne palestyńskie miejscowości. „Państwo palestyńskie” to tylko małe kieszenie, jedna tu, druga tam, odizolowane od siebie. Nie ma ciągłości terytorialnej, bo polityka Izraela zakłada budowę osiedli wokół palestyńskich wiosek i miast, by je od siebie poodcinać.
Jeśli więc mówimy o przyszłej stolicy Palestyny, to trzeba zapytać, gdzie właściwie miałoby to państwo być. Rząd izraelski grzebie wszelkie szanse na rozwiązanie dwupaństwowe, a jeśli nie będzie ono już możliwe, pozostaną dwie opcje. Jedną z nich jest utrzymanie status quo, czyli rodzaj reżimu, apartheidu, bo tylko Żydzi na Zachodnim Brzegu i w Izraelu cieszą się przywilejami i prawami. Osadnicy stosują terror wobec Palestyńczyków; napaści, kradzieże owiec, dewastacje pól uprawnych są na porządku dziennym. Robią to, by uprzykrzyć nam życie, zmusić do emigracji. Drugim rozwiązaniem jest państwo dwunarodowe, demokracja dla wszystkich. Problem w tym, że Izraelczycy chcą państwa żydowskiego. I świat milczy, w Gazie codziennie dochodzi do zbrodni, giną cywile, dziennikarze, pracownicy medyczni. Izrael stosuje szantaż, nazywając każdą krytykę antysemityzmem. To zamyka usta.
Nie wszystkim. Pan przez lata działał na rzecz pokoju. Co się stało, że rozsypało się to, w co wierzył pan tak długo: powstanie państwa palestyńskiego?
To prawda, przez całe życie byłem zaangażowany w promowanie dialogu między Żydami i Arabami, opowiadałem się za rozwiązaniem dwupaństwowym w latach 70., kiedy nawet OWP o tym nie mówiła. Teraz wierzę raczej we współistnienie: między dwiema społecznościami w jednym państwie albo między dwoma państwami. Nie jestem przeciw jednemu państwu, ale Izraelczycy go nie chcą. Wielokrotnie od nich słyszałem, że mogą być partnerami w sklepie spożywczym, ale nie w ojczyźnie. Nie chcą dzielić ziemi, nie chcą, żebyśmy byli z nimi w jednym państwie.
Czego chcą?
Żebyśmy zniknęli. Po prostu.
Hamas jako siła oporu
Jest pan również politykiem, był ministrem w rządzie Arafata. Czy władze pod przywództwem Mahmuda Abbasa mogą cokolwiek zrobić, by poprawić życie Palestyńczyków? Wierzy pan w ten rząd?
Mieliśmy rząd, mieliśmy parlament. Demokratyczne wybory w 2006 r. wygrał Hamas, ale społeczność międzynarodowa tego nie zaakceptowała. W 2007 r. doszło do zamachu stanu w Gazie, od tego czasu nie mamy parlamentu, nie mieliśmy też wyborów. I de facto nie mogliśmy kontynuować budowy państwa.
Fatah, partia rządząca na Zachodnim Brzegu, z której wywodzi się prezydent i z ramienia której pan też był posłem, dołuje w sondażach. Abbasowi ufa mniej niż 20 proc. Chyba nie wszystko da się zrzucić na Izrael.
Prezydent płaci za to, że jest przeciwko wszelkim formom oporu; zawsze mówi o pokoju, negocjacjach, współistnieniu, dialogu. A zwykły Palestyńczyk widzi to inaczej: ten uznany oficjalnie Izrael zabija, niszczy domy, wywłaszcza ziemię. Tego w jego oczach nie da się pogodzić, co więcej, Hamas jest postrzegany jako siła oporu. Jeśli ktoś cię bije i ktoś przychodzi pobić tego, który cię bije, to czujesz się szczęśliwy. Abbas nie jest w stanie doprowadzić do powstania państwa palestyńskiego ani zapewnić wolności narodowi. To pogłębia frustrację, siłą rzeczy ludzie sympatyzują z tymi, którzy w ich imieniu walczą z okupacją.
Czy 7 października w jakikolwiek sposób przysłużył się Palestyńczykom?
7 października nie jest czymś, co wydarzyło się 7 października. To wynik ciągłej okupacji i ucisku. Uważam, że Hamas się przeliczył, nie zrozumiał, że Izrael wykorzysta ten atak i zaprowadzi wojnę przeciwko Palestyńczykom, nie tylko przeciw niemu. Od 7 października trwa więc wojna nie przeciw Hamasowi, ale palestyńskiemu narodowi, tożsamości i kulturze. Proszę spojrzeć, co się dzieje w Gazie: zniszczono uniwersytety, szkoły, szpitale, elektrownie, system wodny, kanalizacyjny, meczety, całą infrastrukturę cywilną. Hamas zaczął wojnę, ale Izrael wykorzystał złotą okazję, by uderzyć we wszystkich. Ludzie nie mają wody, prądu, leków, niczego. I świat na to patrzy.
Jak to rozwiązać?
Hamas oficjalnie zapewnia, że nie chce być częścią przyszłego rządu w Gazie. Izrael podkreśla, że nie pozwoli mu działać w Gazie. Hamas chce zakończenia wojny, dla Netanjahu to nie do przyjęcia. Do tego jeszcze Donald Trump, który chce zamienić Gazę w kasyna, hotele i miejsca turystyczne i rozrzucić 2 mln ludzi po świecie jak kamienie. Nie uważam, by to było realne, rozkręciłaby się tylko spirala przemocy. Jeśli nie będzie politycznego, sprawiedliwego rozwiązania, Palestyńczycy będą kontynuować walkę. A tego sprawiedliwego rozwiązania nie widać.
Tylko bierny opór ma sens
Tu, na Zachodnim Brzegu, wybrano symboliczny gest sprzeciwu. Na jeden dzień wszystko niedawno stanęło, zamknięto sklepy, szkoły, zawieszono transport publiczny. Ale jak strajk generalny miałby pomóc w zakończeniu wojny?
Wiadomo, że zamknięcie sklepu nie zakończy wojny, to był przede wszystkim gest solidarności z ludźmi w Gazie, sprzeciw wobec przemocy Izraela. Z tego, co pamiętam, był to pierwszy strajk generalny, który objął w stu procentach Zachodni Brzeg i Wschodnią Jerozolimę, mimo że stało się to na wezwanie Fatahu. Strajk trafił w pewną społeczną emocję. Ludzie chcieli sprzeciwić się nie tylko temu, co siły izraelskie robią w Gazie, ale i przemocy osadników wobec Palestyńczyków. I wojska, czyli osadników w mundurach.
Zauważyłam na jednym z placyków tablicę z nazwiskiem 14-latka, czczonego jako męczennika. Znalazłam nagranie, na którym widać, jak z innym chłopcem kilka lat temu nożami zaatakowali izraelskich strażników w okolicy Ściany Płaczu i Wzgórza Świątynnego. Czy Palestyńczycy powinni gloryfikować takie napaści?
Kiedy w 1968 r. uczyłem się hebrajskiego, w mojej klasie byli żydowscy imigranci i syryjscy studenci. Pokłóciliśmy się, żydowscy imigranci mówili, że Palestyńczycy są terrorystami. Jeden z nas powiedział, że przecież Menachem Begin do dziś jest określany jako terrorysta przez brytyjski rząd. Na co nauczycielka odparła, że przed powstaniem państwa jesteś terrorystą, a po jego powstaniu – mężem stanu. Czy jest się terrorystą, czy bojownikiem o wolność – zależy, gdzie stoisz. Nawet jeśli ten 14-latek chciał dźgnąć policjanta, wierzę, że można go było powstrzymać i zneutralizować inaczej niż zabijając. Współczuję temu dziecku, zapewne nie zdawało sobie sprawy, co robi.
Jakie są pana zdaniem skuteczne metody walki o sprawy Palestyńczyków?
Wierzę w bierny, pokojowy opór. Wyjdź z domu, usiądź na ulicy, połóż się. Zamknij sklep. Nie podejmuj żadnych gwałtownych działań, bo usprawiedliwisz ich przemoc wobec ciebie. Bądź ofiarą, nie krzywdź innych. Izraelczycy zdają sobie sprawę z wagi biernego oporu; próbują prowokować Palestyńczyków, by mieć okazję do rewanżu. Wpadamy w tę pułapkę. Jestem absolutnie przeciw używaniu broni, wielokrotnie pisałem krytycznie o samobójczych atakach Hamasu na izraelskich cywilów. Straciłem kilkoro przyjaciół w ten sposób. Jedna z bliskich mi osób po prostu robiła na targu zakupy, gdy doszło do eksplozji.
Jak pan mówił, to jednak w Hamasie Palestyńczycy widzą siłę sprawczą. Może on wygra kolejne wybory.
Przez ludzi przemawiają teraz emocje, złość, żal. Hamas dokonał zemsty za to, co wróg robił przeciw nam. Ale jeśli presja chwili zniknie, będzie czas pomyśleć logicznie. Nie sądzę, żeby ta emocja się utrzymała. Ludzie chcą żyć normalnie. Niemal codziennie rozmawiam z przyjaciółmi w Gazie, mówią, że poparcie dla Hamasu szoruje po dnie. Hamas jest bardzo opresyjny, przekroczył pewną cienką linię, dlatego nie sądzę, żeby był w stanie znów wygrać wybory. Wierzę, że logika zwycięży nad emocjami.
***
Ziad Abu-Zayyad (ur. 1940), palestyński dziennikarz, prawnik i polityk. W latach 80. założył hebrajskojęzyczny dwumiesięcznik „Gesher” (Most), później z izraelskim dziennikarzem Viktorem Cygielmanem prowadził „Palestyńsko-Izraelski Dziennik o Polityce, Gospodarce i Kulturze”. Znany z gotowości do zawierania kompromisów z Izraelem; szef komitetu doradców palestyńskich podczas konferencji w Madrycie, były parlamentarzysta z ramienia partii Fatah, minister bez teki w administracji Jasera Arafata oraz szef „Biura ds. Jerozolimy” Autonomii Palestyńskiej w Abu Dis. Mieszka w Azariji, nieopodal żydowskiego osiedla Maale Adumim.