Gdzie Zełenski i Putin mogliby się spotkać. Budapeszt, Genewa? Raczej Muskat niż Moskwa
Budapeszt Ukraińcom z pewnością kojarzy się nie najlepiej, o czym przypomniał Donald Tusk, przybliżając losy memorandum z 1994 r. Dokument teoretycznie wsuwał Ukrainę pod parasol ochronny Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych w zamian za oddanie kontroli nad jej arsenałem nuklearnym. Oba te kraje i Rosja zgodziły się wówczas uznać suwerenność i nienaruszalność terytorialną Ukrainy. Dzisiaj widać, że te gwarancje były bezwartościowe, bo Rosja Putina najechała na kraj dwukrotnie, a Amerykanie i Brytyjczycy niewiele zrobili, żeby temu zapobiec.
Mało kto pamięta, że w Budapeszcie podpisano trzy osobne memoranda – gwarancje bezpieczeństwa otrzymały także Białoruś i Kazachstan. Oba są od Moskwy zależne. Białoruś stała się w praktyce rosyjską kolonią, państwem klientem. Tylko Ukraina walczy i dąży do zbliżenia z Zachodem, czego Rosja nie jest w stanie zaakceptować. Nic więc dziwnego, że Budapeszt w Kijowie nie kojarzy się dobrze.
Wiedeń, Genewa, Muskat
Koncepcja bilateralnych spotkań na najwyższym szczeblu nie jest ani nowa, ani ograniczona do europejskich miast. Przywódcy najpotężniejszych armii i mocarstw spotykali się zwykle na neutralnym terenie, gdzieś, gdzie akurat układ sił pozwalał na w miarę bezpieczne rozmowy bez obaw o to, że jedna ze stron wpadnie w pułapkę. W 1986 r. w islandzkim Rejkiawiku spotkali się np. prezydent USA Ronald Reagan i pierwszy sekretarz KPZR Michaił Gorbaczow. Lokalizacja teoretycznie dawała przewagę Reaganowi; Islandia jest członkiem założycielskim NATO, Gorbaczow wchodził na terytorium wroga.
W praktyce konfrontacja zbrojna między głównymi stronami zimnej wojny była wtedy już mało prawdopodobna.