Trump twierdzi, że Rosja z dronami mogła się „pomylić”. Jak powinny zareagować polskie władze?
Z bólem serca obserwowałem teraz tu w Polsce łzy znajomej Ukrainki, zrozpaczonej na wieść, że tam w Ukrainie „pochwycono” jej syna do służby w wojsku. Z jej perspektywy to zrozumiałe: już lepiej nawet żyć pod ruskim butem, ale żyć! Tak jak dawniej, kiedy w latach 70. na Zachodzie mówiono, wcale nie żartem, better to be red than dead: lepiej być czerwonym niż trupem. To, że Trump negocjuje z Putinem, daje się spokojnie i racjonalnie wytłumaczyć. Rosja, zwłaszcza przy wsparciu Chin, ma niewyczerpane zasoby do prowadzenia wojny na wyniszczenie i może wykrwawiać Ukrainę przez następne lata. Rosjanie, jak widać, w większości pochwalają to, że ich wódz chce odbudować terytorialną potęgę dwugłowego orła. Czy to nie Snyder oceniał, że Trump po prostu nie rozumie pojęcia obrony suwerenności narodu? Przecież można się dogadać: jeden się wycofa, kogoś się przesiedli, drugi coś zbuduje. To lepsze niż się zabijać. Zwłaszcza że Rosja nie zniknie z mapy świata, a można z nią robić interesy.
Czytaj też: Bronią Rosji jest nasz strach. Drony nad Polskę lecą wraz z propagandą
Rosja się „pomyliła”?
Nie miałbym więc pretensji do Trumpa z powodu całej serii rozmów z Putinem. Ogromny niepokój wzbudził jednak sposób, w jaki Trump przyjął Putina na Alasce. Czerwony dywan, oklaski na powitanie, uśmiechy i miejsce w imperialnej limuzynie. I co w zamian od Putina uzyskał? Nasilenie barbarzyńskich bombardowań Ukrainy i wspaniała parada nowych i starych przyjaciół Rosji w Pekinie – z przypomnieniem przywódcy Chin, że teraz buduje się nowy świat nowych potęg, w którym Ameryka musi zająć skromniejsze miejsce. Chciałoby się zapytać: panie prezydencie Trump, z całym uznaniem dla pana jako autora książki „The art of the deal, czyli sztuka robienia interesów”, gdzie ten interes? Co pan osiągnął, jaką korzyść?
Po rosyjskich reakcjach na Alaskę pozycje negocjacyjne USA i Rosji powinny się zmienić, a już po wtargnięciu rosyjskich dronów do Polski – zmienić się wręcz radykalnie. Różnica między reakcjami naszych sojuszników na wtargnięcie rosyjskich dronów na nasze terytorium zrobiła się uderzająco widoczna. Holandia od razu zapowiedziała, że w grudniu wyśle nam 300 żołnierzy wraz z dwoma systemami obrony powietrznej Patriot. Francja ma wysyłać nowe samoloty bojowe. Dalej pomoc w obronie granicy deklarują Czechy, Szwecja, Wielka Brytania, Finlandia, Litwa… Lista jest dłuższa, razi więc tym bardziej reakcja Donalda Trumpa, który publicznie ogłasza, że Rosja mogła się po prostu pomylić. Czyli, że coś tam ze sterowaniem dronami nawaliło, miały walnąć w Ukraińców albo osłaniać inne drony, żeby to Ukraińcy niepotrzebnie tracili energię i pieniądze na zestrzeliwanie wabików, ale maszyny poleciały dalej. Taka reakcja nie tylko brzmi jak usprawiedliwienie Rosji, ale zapowiada, że stanowczej reakcji amerykańskiej raczej nie ma się co spodziewać, nawet gdyby Moskwa dalej nas testowała.
Czytaj też: Pierwsze drony zestrzelone. Jak zmieni to zadania wojska, postawę władz i życie ludzi?
Jak reagować?
I tu powstaje pytanie, jak polskie władze powinny reagować na tę zadziwiającą delikatność uczuć naszego głównego sojusznika? Z pewnością nie ma co przeceniać znaczenia przyjaźni, jaką prezydent Trump deklaruje dla prezydenta Nawrockiego. Dobrze, że ją deklaruje, ale przecież nie takich miał przyjaciół; prześledźmy choćby los dawnych najbliższych doradców, którzy towarzyszyli mu dzień w dzień, czy najbliższego druha w osobie Elona Muska. Bynajmniej nie zalecałbym także nikomu z naszych oficjeli otwartego krytykowania prezydenta Trumpa, gdyż gołym okiem widać, że łatwo go obrazić i pchnąć w kierunku doraźnych emocjonalnych decyzji. Nie ma co iść taką drogą.
Jedynym rozsądnym wyjściem jest mobilizacja wszystkich wpływowych polskich ośrodków w Ameryce, by interweniować u tych ważnych postaci Partii Republikańskiej, które dobrze znają rosyjskie zagrożenie i od dawna domagają się bardziej zdecydowanego stanowiska USA wobec Putina. Nasz korespondent Tomasz Zalewski w niedawnym artykule „Rosyjskie drony nad Polską. Trump reaguje, jakby nie wiedział, co z tym fantem zrobić” po kolei te osobistości wylicza. To chyba jedna z niewielu dróg nacisku, z pewnością bezpiecznego, gdyż wśród niekłamanych zwolenników prezydenta Trumpa. Chodzi o taką mobilizację, którą udało się zorganizować pod koniec lat 90., kiedy chodziło o przekonanie amerykańskich senatorów, aby zagłosowali za przyjęciem Polski do NATO. Ambasador Jerzy Koźmiński może o tym dokładnie opowiedzieć.
Czytaj też: Kto nie wierzył, że to nasza wojna, już nie powinien wątpić. Rosyjski kornik się wkręca
Chwalmy Europę
W historii konfliktów znajdziemy multum przykładów, w których agresor testuje przeciwnika i słabość reakcji bierze za przyzwolenie do nasilania agresji. Warto byłoby sporządzić bilans długich miesięcy amerykańskich negocjacji z Putinem. Czy da się znaleźć jeden, choćby minimalny dowód, że rosyjski przywódca istotnie coś zrobił dla położenia kresu rozlewowi krwi? Czy kiedykolwiek odstąpił od przypominania, że dla niego punktem wyjścia jest usunięcie – jak to mówi – „pierwotnych przyczyn” konfliktu, czyli tego, że NATO objęło swoją ochroną Polskę i inne kraje środkowoeuropejskie? Że w gruncie rzeczy żąda nie tylko całej Ukrainy, ale i wycofania się NATO z Polski?
Dlatego trzeba pochwalić to, co po wtargnięciu rosyjskich dronów do Polski robią nasi europejscy sojusznicy, i niepokoić się tym, że USA zdają się sprawę bagatelizować.