Doktryna Trumpa. Agresja USA na Wenezuelę wywraca stolik. Caracas nie leży wcale tak daleko
Gdy kartel z Medellin Pabla Escobara, a potem następcy zalewali (i zalewają do dziś) amerykański rynek kokainą, Stany Zjednoczone domagały się pojmania i ekstradycji bossa kartelu, ale nie bombardowały Kolumbii i nie porywały kolejnych przywódców kraju. Kolumbia była sojusznikiem w regionie, strategicznym, więc mogła sobie być narkopaństwem, w którym wszyscy polityczni aktorzy jakoś korzystali z narkopieniędzy; a USA – ze złóż ropy (wielokrotnie mniejszych niż wenezuelskie) i innych surowców naturalnych.
Amerykanie, owszem, walczyli z kolumbijskim narkobiznesem, nie z kolumbijskim państwem. Ba, gdy było to poręczne, poparli polityka, który figurował w archiwach wywiadu wojskowego USA jako współpracownik i kumpel Escobara. Chodzi o eksprezydenta Alvara Uribe, który – mimo że powiązany z narko – miał być, i był, projankeską i prawicową przeciwwagą dla ówczesnego przywódcy Wenezueli Hugo Chaveza. (Czegóż to się nie robi w szlachetnej walce z rewolucją społeczną? Pardon, castrochavizmem, jak mówiono o każdej próbie egalitarnych zmian).
Wenezuela: ściemy i kłamstwa
Newsem weekendu jest to, że Nicolás Maduro, prezydent uzurpator porwany w sobotę przez siły specjalne USA, został już przewieziony do Stanów i stanie przed nowojorskim sądem za handel narkotykami. W istocie został porwany i będzie osądzony za to, że stawiał się Trumpowi i siedział na ropie, do której Wujek Sam nie miał dostępu.