Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Doktryna Trumpa. Agresja USA na Wenezuelę wywraca stolik. Caracas nie leży wcale tak daleko

Manifestacja poparcia dla operacji USA w Wenezueli. Nowy Jork, 4 stycznia 2026 r. Manifestacja poparcia dla operacji USA w Wenezueli. Nowy Jork, 4 stycznia 2026 r. Eduardo Munoz / Reuters / Forum
Donald Trump ogłosił, że USA mają teraz zarządzać Wenezuelą – i jasne jest tylko to, że zapewnią sobie dostęp do złóż ropy. Reszta to na razie zagadki. Trudno nie odnieść wrażenia, że za kulisami toczy się sporo, o czym nic zupełnie nie wiemy.

Gdy kartel z Medellin Pabla Escobara, a potem następcy zalewali (i zalewają do dziś) amerykański rynek kokainą, Stany Zjednoczone domagały się pojmania i ekstradycji bossa kartelu, ale nie bombardowały Kolumbii i nie porywały kolejnych przywódców kraju. Kolumbia była sojusznikiem w regionie, strategicznym, więc mogła sobie być narkopaństwem, w którym wszyscy polityczni aktorzy jakoś korzystali z narkopieniędzy; a USA – ze złóż ropy (wielokrotnie mniejszych niż wenezuelskie) i innych surowców naturalnych.

Amerykanie, owszem, walczyli z kolumbijskim narkobiznesem, nie z kolumbijskim państwem. Ba, gdy było to poręczne, poparli polityka, który figurował w archiwach wywiadu wojskowego USA jako współpracownik i kumpel Escobara. Chodzi o eksprezydenta Alvara Uribe, który – mimo że powiązany z narko – miał być, i był, projankeską i prawicową przeciwwagą dla ówczesnego przywódcy Wenezueli Hugo Chaveza. (Czegóż to się nie robi w szlachetnej walce z rewolucją społeczną? Pardon, castrochavizmem, jak mówiono o każdej próbie egalitarnych zmian).

Wenezuela: ściemy i kłamstwa

Newsem weekendu jest to, że Nicolás Maduro, prezydent uzurpator porwany w sobotę przez siły specjalne USA, został już przewieziony do Stanów i stanie przed nowojorskim sądem za handel narkotykami. W istocie został porwany i będzie osądzony za to, że stawiał się Trumpowi i siedział na ropie, do której Wujek Sam nie miał dostępu.

Reklama