Kijów nie wierzy łzom
To już 4 lata wojny. Putin się nie cofa, choć wiele ryzykuje. „Ukraińcy nie znają pojęcia pokoju za wszelką cenę”
Temperatura spada do minus 16 stopni, ulicę spowija ciemność. Wał Jarosława, jedna z głównych arterii historycznego centrum Kijowa prowadząca do Złotej Bramy, tętni jednak życiem. Towarzyszy mu szum generatorów dostarczających energię do sklepów i licznych w tej części miasta restauracji. Ludzi nie brakuje, przychodzą się zagrzać, spotkać i pokazać.
W innym miejscu, w pobliżu Majdanu Niepodległości i kwartału rządowego, grupki ludzi śpiesznie przemykają oblodzonym chodnikiem ul. Gorodeckiego w kierunku Teatru Narodowego im. Iwana Franko. Wystawiają „Rodzinę Kajdaszewów”, klasykę na podstawie Iwana Nieczuja-Lewickiego. Bilety na spektakle wyprzedają się w kilka minut. Po godzinie słychać sygnał alarmu powietrznego. Sztuka zostaje przerwana, publiczność wie, co robić, wszyscy spokojnie zbierają się – najbliższy schron to stacja metro Chreszczatyk. Teatr zaprasza na kontynuację przedstawienia po odwołaniu alarmu.
Czytaj też: Listonosz śmierci
W ciągłym alercie
Alarmy powietrzne, nie tylko w Kijowie, są codziennością. Zapowiadają kolejne bombardowanie i naloty dronów – odgłosy obrony przeciwlotniczej i wybuchów często rozlegają się długo w noc. Zimą Rosjanie celują głównie w obiekty infrastruktury krytycznej: elektrownie, stacje transformatorowe, ciepłownie. Przy okazji, celowo lub przez przypadek, trafiają w budynki mieszkalne. Ofiar cywilnych więc przybywa.
Rosjanie koncentrują się na tym, by wykorzystać największego sojusznika – mróz. Po zmasowanych atakach na początku stycznia – jak informuje mer Witalij Kłyczko – w Kijowie ciepła zostało pozbawionych 6 tys.