Dwa ciosy w reżim. Irańczycy nie powinni być zdziwieni, jeśli atak Ameryki nastąpi jutro
Ataki mają być dwa. Pierwszy, „ostrzegawczy”, wymierzony w kluczowe instalacje obrony oraz w siedziby Strażników Rewolucji, paramilitarnej organizacji bliskiej reżimowi, o ogromnych wpływach w Iranie. Celem tego pierwszego uderzenia, które może nastąpić nawet w najbliższych dniach (godzinach?), ma być skłonienie Teheranu do zawarcia umowy, jakiej dziś żąda od Irańczyków prezydent Donald Trump (o jej szczegółach zaraz). Gdyby to nie zadziałało, Amerykanie szykują nieograniczone uderzenie na szereg instytucji państwowych, którego celem może być obalenie reżimu. Tyle najnowszych informacji.
„Mogą się dziać złe rzeczy”
Amerykanie zgromadzili w okolicach Iranu największe siły od inwazji na Irak w 2003 r. Na miejscu jest już jedna grupa lotniskowcowa (USS „Lincoln”), a do rejonu działań zbliża się druga (USS „Ford” – ten sam, który operował niedawno u wybrzeży Wenezueli).
Dodatkowo ok. 120 samolotów, w tym tankowce, co zdaniem ekspertów wskazuje na planowanie wielodniowych działań. W piątek rano Trump zapowiedział, że „daje Iranowi dziesięć dni, a potem mogą się dziać złe rzeczy”. Do tych słów nie warto się jednak przywiązywać, bo dwa dni przed czerwcowym atakiem prezydent USA też dawał Irańczykom dziesięć dni.
Wszystko to rozgrywa się jednocześnie z rozmowami, które obie strony – przez pośredników – prowadzą w Genewie. Oczekiwania Amerykanów opierają się na trzech żądaniach. Po pierwsze, Iran ma zlikwidować swój program nuklearny. Po drugie, drastycznie ograniczyć swoje siły balistyczne, zdolne do przenoszenia broni jądrowej. I po trzecie, przeformułować całą swoją politykę regionalną, przede wszystkim zakończyć wsparcie dla różnych organizacji sojuszniczych w regionie, zwłaszcza dla Huti w Jemenie oraz dla Hezbollahu w Libanie.
Czytaj też: Kod perski. Reżim ajatollahów nigdy nie był tak słaby. Iran stoi w obliczu tragicznej pułapki
Irańska pięść reżimu
Irańczycy chyba wciąż nie wiedzą, o co Trumpowi chodzi. Zaczynając od końca, punkt trzeci uważają za pułapkę, tzn. wstrzymanie wsparcia dla sojuszniczych organizacji w regionie jest w zasadzie niemożliwe do zweryfikowania. Czy Irańczycy mieliby pokazać Amerykanom historię przelewów bankowych, aby udowodnić, że żadne pieniądze już nie płyną? Jak skontrolować przemyt broni, który z zasady był tajny? W drugą stronę: Amerykanie zawsze znajdą pretekst, aby uznać, że ten warunek nie został spełniony.
W Genewie najdalej udało się posunąć sprawę numer jeden, czyli program nuklearny. Irańczycy wciąż twierdzą, że rozwijali go tylko w celach cywilnych (elektrownie jądrowe). Jednocześnie wzbogacali uran do poziomu niepotrzebnego w energetyce, a blisko poziomu „bombowego”. Ale tu są w stanie pójść na ustępstwa. Mieli ponoć obiecać, że przekażą „bombowo” wzbogacony uran pod kontrolę państwu trzeciemu, czyli prawdopodobnie Rosji.
Impas dotyczy przede wszystkim punktu trzeciego, czyli pocisków balistycznych. O ile program nuklearny jest dopiero potencjalną bronią, o tyle wspomniane pociski są dziś jedyną realną pięścią reżimu. Mimo zniszczeń spowodowanych przez USA i Izrael podczas czerwcowych ataków Irańczycy wciąż mają ok. 2 tys. pocisków balistycznych, które mogą dolecieć do wszystkich celów w regionie niemających amerykańskiej czy izraelskiej obrony. Poza tym program balistyczny ma ogromny wymiar prestiżowy dla reżimu – to jedno z niewielu przedsięwzięć, które mu się udały przez ostatnie 46 lat.
Czytaj też: Trump gromadzi „zabójczą armadę” do bitwy. Ale Teheran to nie Caracas
Jeśli atak nastąpi jutro
Takie skupienie na spornych punktach negocjacji prowadzonych w Genewie może okazać się kolejną pułapką zastawioną przez Trumpa na Teheran. Irańczycy mimo czerwcowych ataków wciąż zakładają, że umowa oparta na wspomnianych trzech punktach jest celem, do którego dąży Waszyngton. Przy czym zachowują się tak, jakby wciąż negocjowali w 2015 r. umowę nuklearną z Barackiem Obamą.
Tamta umowa była dowodem długofalowego myślenia amerykańskiej administracji. I wynikała z amerykańskiego przeświadczenia, że czas skoczyć z konfrontacją – że zdjęcie sankcji z irańskiego reżimu i nawiązanie ograniczonych relacji handlowych, słowem, zakończenie międzynarodowej izolacji Iranu, zmieni ten kraj na lepsze siłą zbliżenia ze światem.
Trump nie ma tyle cierpliwości ani takich celów. A przełożenie korzyści ze spełnienia przez Iran wspomnianych trzech punktów byłoby trudne do „sprzedania” przed listopadowymi wyborami częściowymi do Kongresu, w których Republikanom grozi porażka. Dużo łatwiej obalić reżim, z którym bezskutecznie zmagali się poprzednicy Trumpa w Białym Domu. Co będzie potem, nie ma znaczenia w perspektywie listopada. Dlatego Irańczycy nie powinni być zdziwieni, jeśli atak nastąpi jutro.