Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

20 lat po wojnie w Iraku. Niewygodna rocznica zwycięskiej inwazji

Marzec 2003 r. Wybuchy w Bagdadzie podczas nalotów zachodniej koalicji Marzec 2003 r. Wybuchy w Bagdadzie podczas nalotów zachodniej koalicji Forum
Zachodnia technika i taktyka zmiażdżyły osłabioną i uzbrojoną w sowiecki sprzęt armię Iraku. Ale ta wojna odwróciła uwagę Zachodu od Rosji i dała jej setki argumentów przeciwko amerykańskiemu interwencjonizmowi. Skutki odczuwamy do dziś.

19 marca, kwadrans przed piątą nad ranem na południowe przedmieścia Bagdadu zaczęły spadać amerykańskie bomby. Celem nie były oficjalne budynki rządowe ani wojskowe. Trudno wykrywalne samoloty uderzeniowe F-117 zrzuciły cztery, ważące tonę każda, precyzyjnie kierowane bomby penetrujące na coś w rodzaju PGR-u. Pod nim miał się kryć podziemny bunkier, a według wywiadu USA w bunkrze tym tajne spotkanie ze swoimi dwoma synami i kilkudziesięcioma wyższymi funkcjonariuszami rządzącej partii Baath, cywilnych struktur bezpieczeństwa i oficerami wojska miał odbywać iracki dyktator Saddam Husajn. Zaraz po bombach zrzuconych z samolotów – a wedle niektórych świadectw przed nimi – na rolnicze obiekty spadły pociski manewrujące wystrzelone z niszczycieli, krążowników i okrętów podwodnych. W jednej salwie nadleciało 40 tomahawków. Tak zwane uderzenie dekapitacyjne, które przeszło do historii jako „szok i przerażenie”, miało zlikwidować uczestników rzekomej narady i ułatwić obalenie saddamowskiego reżimu, co było głównym celem rozpoczętych działań.

I pewnie by się to udało, gdyby Saddam z synami i partyjno-wojskową wierchuszką rzeczywiście przebywał wtedy w bagdadzkim gospodarstwie rolnym. Jednak, jak się później miało okazać, albo w ogóle go tam w tym dniu nie było, albo wyjechał wcześniej. W bombardowaniu zginął przynajmniej jeden cywil, a kilkunastu zostało rannych. Kilka pocisków i bomb chybiło celu. Ale wojna z Irakiem była już faktem i wydarzeniem numer jeden na świecie. Telewizyjne kamery pokazywały wybuchy w Bagdadzie w znacznie lepszej rozdzielczości niż w czasie Pustynnej Burzy 12 lat wcześniej, a raczkujące serwisy internetowe co kilka minut odświeżały ubogie w grafikę strony z wiadomościami. W przemówieniu do Amerykanów wygłoszonym 19 marca wieczorem czasu waszyngtońskiego prezydent George W. Bush poinformował, że „siły USA i koalicyjne są na wczesnym etapie operacji wojskowej mającej na celu rozbrojenie Iraku, wyzwolenie irackiego narodu i obronę świata przed wielkim zagrożeniem”. Równocześnie z nalotami granicę Iraku przekroczyły amerykańskie i brytyjskie siły specjalne, które w małych grupach, przy wsparciu śmigłowców, zaczęły polowanie na wyrzutnie przeciwlotnicze i rakiet ziemia–ziemia SCUD. Bush rozpoczął w ten sposób swoją drugą wojnę, która miała się okazać równie brzemienna w skutki, co ta w Afganistanie, rozpoczęta wcześniej i trwająca dłużej.

Czytaj także: Wojna o Irak. Pułapka

Bush dostrzega duszę Putina

Zbitka „Irak i Afganistan” na ponad dekadę symbolizować miała największe i najważniejsze operacje zbrojne w XXI w. Sytuacji tej nie zmieniła wojna Putina przeciw Gruzji w 2008 r. ani jego pierwsza inwazja na Ukrainę z 2014 r. Świat żył wojną z terrorem i jej skutkami, a pojęcia takie jak zmiana reżimu, doktryna przeciwpartyzancka, walka asymetryczna, misje poza granicami kraju i operacje poza obszarem mandatowym NATO na wiele lat weszły do codziennego języka wojskowych i polityków, wyznaczając główny wysiłek adaptacji i modernizacji sił zbrojnych oraz narodowych i sojuszniczych strategii obronnych. Mimo że bezpośrednim odwetem za zmasowany atak terrorystyczny na USA 11 września 2001 r. była operacja w Afganistanie, zaczęta niemal dwa lata później operacja w Iraku przyćmiła polowanie na al-Kaidę i jej szefa Osamę bin Ladena, które okazało się trudne i przez długi czas nieskuteczne. Zbudowane wokół Iraku widmo zagrożenia bronią masowego rażenia, poczucie niedokończonej misji z poprzedniej wojny w Zatoce, perspektywa zysków z eksploatacji irackich zasobów ropy oraz skala i intensywność walk z bojownikami w czasie okupacji – wszystko to bardziej angażowało media w USA i na świecie, pobudzało emocje i rodziło kontrowersje większe niż ta druga, bardziej odległa wojna.

Stany Zjednoczone, choć nie tak dawno ugodzone w samo serce przez islamskich terrorystów z al-Kaidy, w 2003 r. znajdowały się u szczytu potęgi militarnej i politycznej. Świat był wtedy innym miejscem – dziś mówi się często, że był to jednobiegunowy moment dziejów, gdy Ameryka nie miała równorzędnych rywali. Wciąż odczuwała też moralne prawo do odwetu na tych, na których ciążył cień podejrzeń o związki z terrorystami. Europa w najlepsze konsumowała „dywidendę pokoju” po zimnej wojnie i próbowała strategicznego porozumienia z Rosją, której nikt nie postrzegał jako zagrożenie, nawet jeśli kilka lat wcześniej nie kryła niezadowolenia z wejścia do NATO pierwszych trzech krajów byłego bloku wschodniego: Polski, Czech i Węgier. Gdy resztki żelaznej kurtyny rdzewiały na złomowisku historii, zachodni biznes z miliardami dolarów wchodził do Rosji przez wrota szeroko otwarte za prezydentury Borysa Jelcyna i jego pomocnika Władimira Putina, który jako szef państwa zacieśniał relacje z dawnymi wrogami. A przynajmniej takie usiłował robić wrażenie.

Na szczycie w Słowenii w czerwcu 2001 r. George W. Bush zapewniał, że dostrzegł duszę Putina w jego oczach i zyskał przekonanie o woli konstruktywnej współpracy Rosji. Putin zrewanżował się po ataku z 11 września, będąc jednym z pierwszych rozmówców Busha i nie oponując przeciw ustanowieniu amerykańskich baz przerzutowych w postsowieckich krajach centralnej Azji. Chiny skupione były na budowie pozycji światowego centrum produkcyjnego i ani myślały antagonizować USA. Nikt też na świecie nie widział ich wtedy jako zagrożenia.

Ameryka prowadziła już wojnę, skupioną na Afganistanie, ale mającą uniwersalny wymiar „wojny ze światowym terroryzmem” i jego państwowymi sponsorami. W 2002 r. prezydent Bush arbitralnie, choć nie bez podstaw, zaliczył do nich Irak, Iran i Koreę Północną – kraje tak zwanej „osi zła”. Kluczowym uzasadnieniem inwazji na Irak była sformułowana przez wywiad ocena, że reżim Saddama Hussaina dysponuje bronią masowego rażenia (głównie chemiczną i biologiczną) i że jest gotów jej użyć przeciwko Zachodowi. Bush i jego współpracownicy, do których przylgnęło określenie jastrzębi, byli w stanie narzucić radykalnej oceny irackich zagrożeń wystarczającej liczbie sojuszników, by w świecie Zachodu zaczęła narastać wojenna atmosfera. Przesłanie Waszyngtonu najbardziej aktywnie wspierał Londyn. W tzw. irackim dossier rządu Tony’ego Blaira, opublikowanym w lutym 2003 r., znalazła się ocena, że siły zbrojne Iraku są w stanie użyć broni masowego rażenia w ciągu 45 min od otrzymania takiego rozkazu, co miał potwierdzać raport inspektorów ONZ. To wywołało panikę, mimo że Irak nie miał środków, by dosięgnąć Wielkiej Brytanii czy USA. Posiadał jednak rakiety wystarczające do trafienia amerykańskich baz w krajach Zatoki Perskiej, Izraela czy brytyjskiej bazy na Cyprze.

Trzy dni później sekretarz stanu Colin Powell pokazał w ONZ zdjęcia i szkice mające przedstawiać irackie laboratoria i instalacje do produkcji zakazanej broni. We wciąż żywej traumie ataków z 11 września wizja uderzenia rakietowego lub zamachu terrorystycznego z użyciem bojowych środków chemicznych, biologicznych czy radiologicznej brudnej bomby nakazywała uczynić wszystko, by temu zapobiec. 17 marca Bush wydał ultimatum, by władze Iraku opuściły kraj w ciągu 48 godz. Jak dziś wiemy z dokumentów, dochodzeń, relacji świadków i wyznań polityków, którzy przyznali się do błędu, zachodnie zarzuty wobec Husajna były naciągnięte (brytyjskie dossier zostało zmanipulowane przez współpracownika Blaira, jeden z brytyjskich inspektorów ONZ popełnił samobójstwo). Politycznym powodem inwazji była bardziej chęć przebudowy porządku na Bliskim Wschodzie pod dyktando Ameryki. Było w tym poczucie misji podszyte pychą. Największa potęga świata miała usunąć wyimaginowane zło, a jego źródło wyplenić przez demokrację, wolność i dobrobyt.

Afganistan i Irak: wielkie błędy Ameryki. Hegemon ma dość

Weszli jak w glinę pod kolosem

Irak, rządzony despotyczną ręką Saddama Husajna, nie był bezbronny, ale nie dysponował taką siłą jak z czasów wojny iracko-irańskiej w latach 80. XX w. czy inwazji na Kuwejt w 1990 r. Wtedy armia iracka była w czołówce sił zbrojnych świata, zaopatrywana głównie przez Związek Radziecki i jego satelitów. Gruby naftowy portfel pozwalał kupować lub szmuglować broń.

Saddam był tak pewny siebie, że dwa lata po długiej i nierozstrzygniętej wojnie z Iranem sam zaatakował sąsiedni Kuwejt. Jednak po zmiażdżeniu przez Amerykanów i koalicjantów w Pustynnej Burzy, po dekadzie sankcji i przede wszystkim przy stałej obecności sił USA w powietrznych strefach zakazu lotów Irak był wojskowo osłabiony i świetnie rozpoznany, przynajmniej na południu. Granica z Kuwejtem była umocniona wałem, suchą fosą i zaporami, ale nie okazała się przeszkodą dla amerykańskich i brytyjskich saperów. W chwili inwazji w widłach Eufratu i Tygrysu zgrupowanych było sześć regularnych dywizji, a samego Bagdadu bronił korpus Gwardii Republikańskiej, uznawany za elitę elit irackiej armii. Najzacieklejszy opór stawiali Fedaini Saddama, paramilitarne bojówki fanatycznych zwolenników reżimu. Liczebnie siły irackie przeważały – miały ponad pół miliona żołnierzy i 100 tys. jednostek paramilitarnych. Ale były nieporównanie gorzej uzbrojone i dowodzone, a ich morale okazało się niskie. Niewielu chciało ginąć za dyktatora w obliczu przeważającej siły. Irak nie był przygotowany do otwartego starcia, przyjął strategię obrony rozproszonej, lecz nie zdążył lub nie zdołał przeprowadzić mobilizacji, a załamanie władz w ciągu kilku tygodni uniemożliwiło trwalszy opór. Jego brak lub marność była dla sojuszniczych dowódców zaskoczeniem, czego nie kryli we wspomnieniach.

Interwencja militarna USA i zawiązanej przez nie koalicji została przeprowadzona z szybkością, precyzją i siłą, dzięki którym zyskała właśnie miano kampanii „szoku i przerażenia”. Zaczęła się dwa dni szybciej niż planowano. Jednym impulsem było podpalenie przez Irakijczyków instalacji naftowych na południu, innym sygnały o wspomnianej na początku naradzie Saddama Husajna z jego synami, kluczowymi ogniwami w łańcuchu dowodzenia. Po uderzeniach powietrznych amerykańskie oddziały pancerne, wcześniej skoncentrowane w Kuwejcie, weszły może nie w masło, ale w glinę, na której stał saddamowski kolos. Brytyjczycy skierowani zostali na południe z głównym ośrodkiem Basrą, a jednostki US Army i US Marines poszły dwoma trasami do centrum Iraku. Po drodze do Bagdadu Amerykanów czekała bitwa o Nasiriję i Nadżaf, a Brytyjczyków o Basrę, okupione niewielkimi stratami. Po dwóch tygodniach atakujący znaleźli się u bram słabo bronionej stolicy. Nie było żadnego ataku chemicznego, przed którym ostrzegano i którego bali się politycy. Na przedmieściach Bagdadu Gwardia Republikańska dokonała kontrataku w desperackiej bitwie, która okazała się rzezią irackich czołgów. Kolejną falę zdesperowanych ofiar stanowili nastoletni fanatycy Saddama.

7 kwietnia Brytyjczycy wkroczyli do Basry, a Amerykanie dotarli do pałacu dyktatora w Bagdadzie. Pierwszym oficerem, który nocował w tamtejszych komnatach, był płk. David Perkins z 2. brygady 3. dywizji piechoty, później awansowany do stopnia generała i na stanowisko zastępcy szefa połączonych sztabów. 20 dni po przekroczeniu granicy Iraku Amerykanie zaczęli zajmować jego stolicę. Gdy statua Saddama w centrum miasta upadła, Irakijczycy krzyczeli do kamer „Thank you, Mr. Bush”. Na północ od stolicy teren zabezpieczyli Kurdowie wspierani przez amerykańskich spadochroniarzy i CIA. 16 kwietnia w Bagdadzie było na tyle bezpiecznie, że pojawił się tam głównodowodzący operacją generał Tommy Franks. 1 maja prezydent Bush ogłosił „zakończenie misji” na lotniskowcu u wybrzeży Kalifornii, tysiące kilometrów od irackiego teatru działań.

Czytaj także: Jak Polska kończyła misję w Iraku?

Brak strategii wyjścia

Gdyby zwycięska inwazja miała być końcem wojny, przeszłaby do historii jako prawdziwy „blitzkrieg”. Kampania lądowo-powietrzna przeprowadzona przez siły lądowe i korpus piechoty morskiej wykazała niezwykłą skuteczność amerykańskiej doktryny, wyższość sprzętu i wyszkolenia żołnierzy. Amerykanie wcale nie użyli gigantycznych sił. Skoncentrowana w Kuwejcie armia była dużo mniejsza niż w czasie pierwszej wojny w Zatoce. Siły uderzeniowe tworzył V. Korpus w składzie dwóch dywizji pancerno-zmechanizowanych i dwóch powietrznodesantowych (dziś odtworzony i przeznaczony do obrony Europy, z wysuniętym dowództwem w Poznaniu) oraz zespół ekspedycyjny US Marines w składzie dwóch dywizji, w tym jednej brytyjskiej pancernej. Dużą rolę odegrały siły specjalne, które przejmowały kluczowe instalacje naftowe, eliminowały najgroźniejszą iracką broń i przy wsparciu spadochroniarzy ze 173. brygady i kurdyjskich Peszmergów zabezpieczały front północny.

Symboliczny udział jednostki specjalnej GROM w liczbie 194 żołnierzy sprawił, że Polska od początku uczestniczyła w operacji irackiej, a późniejszy udział w okupacji zwanej stabilizacją miał się okazać jednym z doświadczeń formacyjnych polskiego wojska w erze członkostwa w NATO. Całość sił inwazyjnych podlegała specjalnie utworzonemu koalicyjnemu dowództwu CFLCC szczebla armii, a ono było podporządkowane dowództwu całego teatru działań, czyli bliskowschodniemu CENTCOM-owi. Na czele operacji stał jego zwierzchnik, gen. Franks. Opinie o nim były różne, część podległych mu oficerów nie kryła po wojnie krytyki i rozżalenia. Ale trzytygodniową kampanię iracką bezsprzecznie wygrał przy znikomych stratach. W inwazji zginęło 196 żołnierzy koalicji.

Porażką na wiele lat okazał się brak strategii wyjścia, błędna ocena nastawienia miejscowej ludności i nieprzygotowanie do okupacji podbitego kraju. Kaskada fatalnych w skutkach decyzji, takich jak rozwiązanie irackiej administracji i sił zbrojnych, sztuczny podział odpowiedzialności za prowincje między sojuszników o różnych kompetencjach wojskowych i cywilnych, wreszcie narzucenie etniczno-religijnego podziału władz sprawiło, że początkowo pozytywnie nastawieni do obalenia Saddama Irakijczycy szybko poczuli się oszukani. Gdy zamiast demokracji, wolności i dobrobytu w ich kraju zapanował chaos, przemoc i nędza, o radykalizację nastrojów nie było trudno, a broń była dostępna wszędzie. Po zwycięskiej inwazji nadeszła krwawa wojna domowa. Konsekwencje odczuwamy do dziś, nie tylko w Iraku i nie tylko na Bliskim Wschodzie.

Przekonanie, że zachodni interwencjonizm potrafi wiele zepsuć, ale niczego nie jest w stanie naprawić, zakorzeniło się w krajach Globalnego Południa. Stało się też jedną z głównych osi antyzachodniej narracji Kremla. Z czasem sami ówcześni sojusznicy USA nabrali przekonania, że wojna w Iraku nie była słusznym wyborem. Zdanie takie wyraża wielu polityków amerykańskich, w tym obecny prezydent Joe Biden. Ale błędem jest myślenie, że rozpoczynanie wojen bez strategii wyjścia to przypadłość republikańskiej prawicy. Operacja przeciwko Libii przeprowadzona pod rządami Baracka Obamy i Bidena w 2011 r. doprowadziła do upadku i śmierci dyktatora Muammara Kadafiego, ale pogłębiła chaos w kraju. Obama przyznawał potem, że brak planu na dzień po wojnie to jeden z jego największych błędów.

Odnotowywanie w 20. rocznicę największych błędów z Iraku jeszcze przed nami. Podobnie z tą drugą wojną. Piaski Iraku (i Afganistanu) okazały się pułapką ograniczającą szerszy ogląd sytuacji na świecie. Na wiele lat wymusiły tunelowe myślenie, skoncentrowane na działaniach, do których siły zbrojne w nich uczestniczące nie były przygotowane, wyszkolone i wyposażone. To wymusiło ich transformację, ale zanim ona nastąpiła, polityczne i społeczne zmęczenie tą wojną kazało z Iraku się wycofać. W tym czasie Rosja i Chiny spokojnie odbudowywały swoje potencjały militarne, korzystając na tym, że Zachód zajęty był gdzie indziej i nie miał głowy do właściwej oceny strategicznych zagrożeń. Ten koszt irackiej (i afgańskiej) wojny wydaje się dziś największy.

Łukasz Wójcik: 10 lat od inwazji w Iraku. Bez potępienia

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kultura

Musicale na fali. Taki mało rozśpiewany z nas naród, a nie ma spektaklu bez piosenki

Nie należymy do narodów rozśpiewanych, ale w teatrze trudno dziś znaleźć spektakl bez choćby jednej piosenki. Przybywa też dobrych rodzimych musicali.

Aneta Kyzioł
18.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną