Zaskakujący odwet Iranu. Mozaikowa strategia „martwej ręki”: sensowna czy samobójcza?
Donald Trump prawdopodobnie nie tego oczekiwał. Z tego, co do tej pory dał nam do zrozumienia o swojej doktrynie użycia siły, wyłaniał się obraz operacji szybkich, krótkotrwałych, o obezwładniającej przeciwnika sile, jeśli nie powalającej na kolana, to przynajmniej prowadzącej do korzystnych dla USA zmian w systemie władzy.
Sztandarowym przykładem z drugiej kadencji jest interwencja wojsk specjalnych w Wenezueli, wspierana długotrwałą presją militarną na karaibskim teatrze działań, niepozostawiająca wątpliwości, kto tu ma przewagę. Wenezuela nie była żadnym realnym wojskowym przeciwnikiem, o ile nie wliczać kosztów samego wtargnięcia zespołu uderzeniowego – bo zawsze coś może zostać trafione, coś może spaść. Trafione zostało, ale nie spadło, a ranny pilot Chinooka został nawet odznaczony w czasie prezydenckiej mowy w Kongresie.
Jej wymowa i cały przekaz Trumpa dowodził wielkiej pewności siebie, nie tylko na politycznie zawłaszczonej zachodniej półkuli. Kilkudziesięciogodzinna misja bombowców B-2 nad Iranem z czerwca 2025 r. upewniła go o niepowstrzymanych możliwościach pozostających pod jego komendą sił powietrznych USA, mimo iż rezultaty tej misji wciąż podlegają dyskusji, jeśli chodzi o zniszczenie irańskiego potencjału nuklearnego. Sfotografowane z powietrza i kosmosu dziury w skałach nie mogły przesądzać o sukcesie, ale wystarczyły Trumpowi i jego politycznemu zapleczu do ogłoszenia całkowitej anihilacji nuklearnych starań Iranu.
Czytaj także: Strategia dekapitacji. Czy Moskwa i Pekin mogą się bać tego, co dzieje się w Iranie?
Zaskoczenia
Pół roku później nadszedł czas na większą operację zmierzającą już nie tylko do eliminacji potencjału nuklearnego i rakietowego, ale – wedle deklaracji Waszyngtonu i Tel Awiwu – do stworzenia warunków, by Irańczycy „wzięli sprawy w swoje ręce” i pozbawili władzy teokratów.