Avatar: przyszłość bez człowieka?
Od ego do eko
Ponad 600 mln dol. ze sprzedaży biletów w okresie świątecznym z nawiązką zwróciło koszty produkcji szacowane na co najmniej ćwierć miliarda dolarów. Scenariusz „Avatara” powstał już w 1994 r., choć idea filmu pokazującego czarodziejski, piękny i harmonijny świat gdzieś daleko w kosmosie narodziła się jeszcze wcześniej, bo już w latach 70. XX w. Pomysł i scenariusz musiały jednak poczekać, aż technologia filmowa rozwinie się na tyle, by sprostać wyobraźni Camerona. Bo kino to sztuka, w której technika jest nie mniej ważnym środkiem wyrazu niż fabuła i aktorska gra.
Ponad połowę materiału filmowego „Avatara” wykreowały komputery, zaledwie 40 proc. ma źródło w „żywej akcji”. W istocie jednak różnica między rzeczywistością realną a wirtualną zaciera się. Widz nie zobaczy na ekranie Zoe Saldany, bo pojawia się wyłącznie w skórze Neytiri, przedstawicielki plemienia Na’vi zamieszkującego planetę Pandora. Kluczowy odtwórca Sam Worthington ma więcej szczęścia: obsługuje rolę Jake’a Sully, pozbawionego władzy w nogach inwalidy, byłego żołnierza marines, którego zadanie polega na sterowaniu avatarem. I swego avatara – produkt zaawansowanej bioinżynierii, powstały z połączenia DNA ludzkiego i DNA mieszkańców Pandory, wyglądający jak przedstawiciele plemienia Na’vi. Worthington, alias Sully, przeskakuje między swym biologicznym, ludzkim miejscem zamieszkania a wirtualnym ciałem avatara dowodząc, że w XXI w. wszelkie granice, włącznie z międzygatunkowymi, mają jedynie umowny charakter. Widz, by o tym się przekonać, wciągany jest w sam środek realno-wirtualnej akcji za pomocą technik trójwymiarowego obrazowania i projekcji. Techniki trójwymiarowe w „Avatarze” przestają służyć jedynie jako fajerwerk wydobywany przez reżyserów, by ożywić akcję. Cameron czyni z nich kluczowy instrument budowy filmowej opowieści.
Bajka publicystyczna
Zdaniem wielu krytyków technika i efekty trójwymiarowe zdominowały wręcz filmowy przekaz „Avatara”, spychając na bok fabułę będącą połączeniem opowieści o Pocahontas i bajek o smurfach z dużą porcją taniej politycznej publicystyki. Postaci bohaterów, zarówno realnych, jak i wirtualnych, pozbawione są jakiejkolwiek psychologicznej głębi, a sama historia oprócz bajkowych wątków przetwarza większość tropów skonsumowanych już wielokrotnie przez kino i kulturę popularną. Coś dla siebie odnajdzie widz pamiętający „Misję”, amator „Matriksa”, miłośnik „Gwiezdnych wojen” i krytyk polityki militarnej George’a W. Busha.
Niby to wszystko prawda, czy jednak najwspanialsze efekty specjalne wystarczą, by zwabić do kina tłumy widzów, z których, jak policzyli skrzętnie Amerykanie, ponad 60 proc. stanowią ludzie w wieku przekraczającym 25 lat? Czy James Cameron po to przez dziesiątki lat hodował swoje marzenie i czekał na odpowiedni moment, by w końcu stworzyć kolejną, banalną historię o walce dobra ze złem?
Na korzyść Camerona, a przeciwko jego przemądrzałym krytykom przemawiają nie tylko płynące szerokim strumieniem dolary ze sprzedaży biletów. Pieniądze płyną, bo amerykański reżyser znalazł sposób, by powiedzieć coś ważnego w odpowiedni dla dzisiejszych czasów sposób.
Akcja filmu toczy się na Pandorze, odległej planecie, na którą ludzie przybywają po surowce potrzebne dla dalszego trwania cywilizacji. Na Pandorze odkrywają tajemniczą substancję o nazwie unobtainium (w przekładzie: „nieosiągalna”), której pokłady znajdują się w centralnym miejscu ekosystemu ludu Na’vi. By dostać się do złóż, trzeba przepędzić tubylców i zniszczyć ich złożony ekosystem. Ostateczną bitwę wygrywa Pandora, bo cała odpowiada na agresję ludzi, mobilizując wszystkie siły planety. Walkę wieńczy scena ewakuacji ludzkich niedobitków, którzy opuszczają Pandorę, choć raczej nie mają dokąd wracać – Ziemia stała się pierwszą ofiarą ekologicznej destrukcji. Można tę scenę odczytać jako proekologiczną agitkę zwieńczoną przesłaniem „kochajmy Matkę Naturę, matka jest tylko jedna”. Odbiór filmu można jednak usubtelnić, odwołując się do takich lektur ostatnich lat, jak „Świat bez nas” Alana Weismana, „The Revenge of Gaia” (Zemsta Gai) Jamesa Lovelocka czy „Upadek” Jareda Diamonda.
Przyszłość bez człowieka?
Opracowania te burzą pogodny obraz ludzkiej cywilizacji, zbudowanej na biblijnym nakazie, by człowiek czynił sobie ziemię poddaną. Człowiek opuścił raj, przestrzeń boskiej harmonii wolnej od przemocy i namiętności, by w pełni realizować swoją naturę, zdolną zarówno do dobra, jak i zła. Nie wiadomo, skąd jednak wpadło człowiekowi do głowy, że w zamian za utratę raju ma stać się koroną i panem stworzenia, czymś w rodzaju boskiego namiestnika na ziemi. Wybujały antropocentryzm skutecznie napędzał rozwój ludzkiej cywilizacji, stając się przy okazji podstawą dzielonego dość powszechnie przekonania, że celem istnienia świata jest obsługa człowieka i jego rosnących potrzeb. Oczy przedstawicieli Na’vi, patrzących w filmie Camerona na maszerujących pokonanych ludzi, mówią to, co Weisman, Lovelock i Diamond w swych książkach: przyszłość doskonale obejdzie się bez człowieka. Nie chodzi bowiem o to, że człowiek zagraża ekosystemowi, on zagraża samemu sobie. Natura, Gaja lub Eywa (ekosystem Pandory) doskonale poradzą sobie same. Cameron powtarza na nowo opowieść o raju utraconym, nie pozostawiając złudzeń, że raj ów można odzyskać jedynie pod postacią cyfrowej, trójwymiarowej utopii. Wystarczy jednak zdjąć przeznaczone do trójwymiarowej projekcji okulary, by obraz zaczął się zamazywać.
Frederick Jameson, wybitny amerykański badacz współczesnej kultury, w książce „Archeologies of the Future” (Archeologie przyszłości) przypomina, że jak uczył Ernst Bloch, największy badacz utopijnego myślenia, utopia wyraża marzenie o lepszym świecie. Problem w tym jednak, że marzenie to wraz z budowaną na nim wizją alternatywnego, lepszego świata nie może oderwać się od aktualnej rzeczywistości. Byt, jak po marksowsku kwituje Jameson, określa nie tylko świadomość, lecz także marzenia. Dlatego właśnie próba realizacji utopijnych projektów kończy się zazwyczaj katastrofą, a alternatywa dla rzeczywistości staje się jeszcze gorsza od niej samej. I jednocześnie utopie okazują się przez swoje zakorzenienie w marzeniu niezwykle silnym instrumentem krytyki rzeczywistości.
Taką krytyką staje się „Avatar”, gdy filmowa opowieść podejmuje kolejne pytania dotyczące istoty natury człowieka i logiki rozwoju ludzkich społeczeństw: czy więcej w człowieku dobra czy zła? Czy dynamika kapitalizmu zależy od jego splotu z chciwością i przemocą, czy też możliwa jest mniej złowieszcza alternatywa? Pytania stare niemal jak świat, podejmował je choćby w 1517 r. Tomasz Morus w swojej „Utopii”. Do jakich jednak odpowiedzi poprowadzą, wobec braku możliwości powrotu do raju utraconego i wiedzy, że przyszłość wcale już człowieka nie potrzebuje?
Twarde lądowanie
Człowiek wyrzucony z Pandory nie ma wyboru: musi wrócić na Ziemię. Przygotowując się do twardego lądowania pozbyć się musi pokusy antropocentryzmu, bo jeśli chce uratować swoje człowieczeństwo i swoją przyszłość, musi się zmienić w ekocentryka. Nie chodzi przy tym o wyniesienie na sztandary naiwnego ekologizmu. Sprawa jest poważniejsza, bo wymaga głębokiej redefinicji
...[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

