Justyna Sobolewska
23 września 2010

Mrożek Sławomir

Lornetka Mrożka

Sławomir Mrożek nigdy jeszcze nie dopuścił czytelników tak blisko. W swych dziennikach pisze o ciągłym uciekaniu, o śmierci pierwszej żony, o samobójstwie, o poszukiwaniu Boga.

"Lornetka sprawia mi wiele radości” – notuje Mrożek. Dzięki niej mógł podglądać ludzi, nie będąc przez nich widzianym. Każdy wzrok go bowiem peszył, musiał udawać i zakładać jakąś maskę. A tak, obserwował bezkarnie i do woli. W dzienniku sam siebie obserwuje jakby przez lornetkę. Pierwszy tom (lata 1962–1969) jest rzeczywiście czymś wyjątkowym na tle dzienników innych polskich pisarzy. Przynosi zapis bardzo dogłębnej i bezlitosnej autoanalizy. Tutaj świat zewnętrzny, spotkania, ludzie, zdarzenia są tylko dodatkiem do zmagań wewnętrznych: „Świat przeszkadza mi w życiu” – notuje.

Prowadzi dziennik po to, by uchwycić i zrozumieć siebie, znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania filozoficzne. Nie jest to nieoszlifowany zapis codzienności jak u Czapskiego, który w ogóle nie myślał o przyszłym czytelniku, ani też spreparowany specjalnie dla czytelnika autoportret jak u Gombrowicza. Mrożek toczy walkę sam ze sobą, ale ze świadomością, że ktoś to może kiedyś przeczytać. Nie interesuje go – tak jak Dąbrowską – wir zdarzeń, obraz czasów, dziennik nie jest też dla niego – tak jak dla Iwaszkiewicza – miejscem, gdzie mógł wylać swoje żale, poskarżyć się, ale i gdzie tworzyła się literatura. Mrożek – inaczej też niż Gombrowicz, który narzucał swój obraz czytelnikom – chciał sobie samemu coś narzucić, ukształtować siebie za pomocą dziennika. Choć jednocześnie kpił z możliwości doskonalenia duchowego. Znajdował powinowactwo z Kafką, który w dzienniku zapisywał swoje klęski i frustracje.

Dla Mrożka dziennik był lustrem, które raczej wykrzywia i wyszydza, niż upiększa, ale jest niezbędne, zwłaszcza że swoje młodzieńcze zapiski pisarz spalił. Powrócił do pisania w 1962 r., kiedy podjął decyzję, że nie wróci już do kraju.

Wieczna ucieczka

„Mam dokładnie trzydzieści trzy lata i dwa dni, żonaty jestem, a nie czuję się żaden, czuję się nikt. (…) Skorupą jestem, którą co chwila coś innego wypełnia, a przeważnie jest to skorupa wypchana nicością” – zapisał w 1963 r. Oderwany od kraju, niepewny, wiedział jednak, że nie chce wracać, bo tam byłby wtrącony w dawnego siebie, musiałby się stać swojskim pisarzem „jak wieża Mariacka nasza”. Do tej pory zdołał się wyrwać ze wsi, z Krakowa, skąd uciekł do Warszawy. W dzienniku zapisuje scenkę w pociągu – w przedziale toczy się „polska rozmowa” o zagranicznych wakacjach, o tym, że Polacy handlują i na koniec kawały o „żydkach”. Mrożek nie może tego znieść i wychodzi. W 1962 r. wyrwał się z Polski i zamieszkał w Chiavari na Riwierze Włoskiej. Wydawało się, że w kraju wszystko będzie trwało niezmiennie przez następne wieki, a on potrzebował zmiany.

W pierwszych emigracyjnych zapiskach próbuje zrozumieć, skąd brały się te jego ciągłe ucieczki. Czyta namiętnie psychoanalityków Junga i Fromma, szuka odpowiedzi. Wyciąga na światło dzienne swoje neurozy i lęki – i przygląda im się. „Nerwowy jestem. Od strachu przed ojcem wzięło mi się jeszcze w dzieciństwie. Coś złamało się we mnie w 1941 roku, przed szkołą (…), nie chciałem bić się z Kosibą. Uciekłem i odtąd ciągle uciekam (…). Całe moje życie było uciekaniem. Czy nie czas przystanąć? Jak to się robi?”. Zdaje sobie sprawę, że nieustannie ucieka też w palenie i alkohol.

Taką neurotyczną ucieczką był też akces do komunizmu, kiedy jako 21-latek stał się entuzjastą Stalina. „Pacholę o straszliwym poczuciu izolacji uważałem się za wyjątkowo miłującego wolność, bo mnie się ani ojciec nie podobał, ani cała rodzina”. Uciekł więc do wielkiej komunistycznej rodziny. Mrożek prześwietla swoją przeszłość i dlatego żałuje, że spalił wczesne dzienniki. Chociaż narzeka, to pierwszy rok emigracji był dla niego bardzo twórczy. Powstała wtedy „Moniza Clavier” i „Tango”, wystawione w 1965 r. w Polsce. Później nadchodzi kryzys, zaczyna się dusić w małym włoskim miasteczku. Między 1962 a 1969 r. Mrożek zmieniał kraje i adresy, przeniósł się do Paryża i Berlina Zachodniego, ale wszystkie miejsca były czasowe: „Mały biały domek nigdzie nieistniejący, nie ma go. Oby dało się zbudować domek, który by się mieścił w obrębie własnej skóry”.

 

 

Miękki Polak

Mógłby właściwie mieszkać na bezludnej wyspie, bo do dziennika w niewielkim stopniu przenika rzeczywistość kraju, w którym w danym momencie żyje. Jest za to połączony pępowiną z Polską, czyta prasę, pisze listy do przyjaciół, cieszy się, kiedy ma szansę dostać paszport i przyjechać na chwilę do kraju. Paszportu w końcu nie otrzymał.

Z oddali analizuje polskość, która go drażni, ale którą dobrze rozumie. Pewne cechy są zresztą niezmienne, jego obserwacje i dziś brzmią aktualnie: „Polacy niewątpliwie są narodem żałosnym. Martyrologia, którą tak podstawiamy wszystkim pod nos, powinna być zakazana, choćby z taktyczno-politycznego, propagandowego punktu widzenia. Poza obłudnymi, zdawkowymi wyrazami ubolewania nie budzi na świecie nic, przeciwnie, szkodzi nam. (…) W tonacji narodowej naszej jesteśmy czystymi masochistami, nawet w tym, jak się narzeka w kręgu rodzinnym”. Odnajduje też „polactwo” w sobie i chciałby je wytępić.

Polak, według Mrożka, jest zawsze słaby i miękki, rozlazły i szukający ulgi. Szuka nadzwyczajnych okoliczności i emocji, a nie potrafi zwyczajnie żyć. Jak dziecko wyobraża sobie własny pogrzeb, gdy go będą żałowali. „Polacy przypominają zmokłe kury przytulone do siebie na grzędzie, podczas kiedy poza kurnikiem sroży się czas i historia”. Mrożek chwyta się myśli, że można by uciec od Polaka w sobie za sprawą… nosa, wielkiego i jakby żydowskiego. Chce „przez możliwość Żyda nadwątlić w sobie Polaka, nie stając się bynajmniej Żydem”. Nie zabiera głosu w polskich sprawach, nawet w Marcu’68, kiedy biją studentów, nie zamierza demonstrować swojego poparcia. Jak pisze, nie chce udawać, że cierpi. Jednak po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji, za namową, ale i z porywu serca publikuje list protestacyjny skierowany do polskich władz. „Władze polskie każą o mnie wypisywać, że jestem zdrajcą. A ja władze polskie mam w dupie”.

Śmierć jak słowik w klatce

Nad dziennikiem Mrożka unosi się cień Gombrowicza, z którym się zresztą dobrze znał. „Mrożek, kochanie, nie zastygaj w poważnego Mrożka, przestań mrożkować!” – przywołuje siebie do porządku. Nazywa Gombrowicza szefem, padrone, pisze o nim z podziwem i zazdrością, czuje jego siłę i wpływ. Sztuka „Krawiec” wydaje mu się z ducha gombrowiczowska, tyle że nieudana. Zazdrości mu choćby tego, że nigdy nie był nieśmiały. Za wszelką cenę próbuje się od tego wpływu uwolnić. Odrzuca więc po kolei gombrowiczowskie tematy: młodość –

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną