Justyna Sobolewska
15 kwietnia 2012

Rozmowa z Henrykiem Berezą

Całe życie z książkami

Zmarł Henryk Bereza, wybitny krytyk, jedna z najważniejszych postaci literatury polskiej XX wieku. Przypominamy rozmowę, którą w kwietniu zrobiła z nim Justyna Sobolewska.

Wiadomo, gdzie można spotkać legendarnego krytyka Henryka Berezę. W Czytelniku, koło południa. Siedzi przy stoliku obok filaru, w tle ma wielkie zdjęcie Gustawa Holoubka (który siadywał przy tym stoliku). Grono się zmienia: Janusz Głowacki, Kazimierz Kutz, ksiądz Andrzej Luter. Bez przerwy ktoś przysiada się na moment i przynosi plotki z miasta. Życie kulturalne Warszawy, jeśli gdzieś się w ogóle toczy, to właśnie w Czytelniku. Pierwszy na obiad przychodzi Tadeusz Konwicki i szybko znika. Aktorka Magdalena Zawadzka zajmuje stolik pod zdjęciem męża. Z każdą chwilą gwar narasta, a o godz. 13 osiąga apogeum. Do tego stopnia, że głos Henryka Berezy z trudem przebija się przez nazwy potraw gromko ogłaszanych przez panią Justynę, następczynię pani Jadzi.

Justyna Sobolewska: – Mówił pan niedawno, że całe pana życie to literatura.
Henryk Bereza: – Literatura jest wszystkim. Jestem całkowicie ukształtowany przez pewne odmiany polszczyzny – te bliższe języków mówionych, a potem przez literaturę. Początkowo o całkowicie różnym charakterze. Sienkiewicza trudno uznać za pisarza dla dzieci, ale dla mnie Sienkiewicz tylko wtedy był interesujący i całego go w dzieciństwie przeczytałem. Wcześniej czytałem literaturę całkowicie bezwartościową, ze względu na dostępność, bo to można było kupować za grosze, nazywano je powieściami groszowymi lub zeszytowymi. „Trędowata” była tak niesłychanie popularną powieścią, że widziałem egzemplarze ręcznie przepisywane. Czytałem też przygodowe, chłopięce powieści, np. „Przygody Tarzana”. Miałem już intuicyjną wiedzę, czym to jest w sensie literackim, i nawet by mi do głowy nie przyszło porównywać takie książki choćby z Sienkiewiczem.

Literatura może być prawdziwym życiem?
Źródłem rozumienia życia. Bo doświadczenia mam dość złożone. Jeszcze doświadczyłem wojny. Na początku wojny byłem prawie dzieckiem. Kiedy się kończyła, jeszcze nie miałem matury na skutek wojennych opóźnień. Zrobiłem ją w 1947 r., potem zacząłem studia w Warszawie, a po studiach pracowałem najpierw na Uniwersytecie, później w Instytucie Badań Literackich.

Pierwsze teksty krytyczne publikowałem w tygodniku, którego redaktorkami były Maria Żmigrodzka i Maria Janion, w 1951 r., ale wtedy już miałem propozycje również z „Twórczości”. W okresie październikowym byłem wziętym krytykiem, to się wiązało z nazwiskiem Hłaski.

Hłasko był pana pierwszym odkryciem. Jak to było, przysłał maszynopis?
Opowiadał w nocnym barze, w Kameralnej albo na spacerach po mieście. Opowiadał swoje opowieści wielokrotnie, ciągle zmieniając wersje.

W tym czasie pod wpływem Hłaski stworzył pan swój styl. Pisał pan, że krytyka jest sztuką, a krytyk to współtwórca utworu.
Wcześniej byłem taki teoretyczny, uniwersytecki, to znaczy „nieumiejący pisać”, bo na tym to głównie polegało. Moje własne ambicje pisania w krytyce literackiej wiązały się z Październikiem i całkowitą odmianą pisania, nie tyle w ideologii pisania, co właśnie w stylu. Pojawiło się pisanie inne, bardziej literackie. Miałem osobiste fascynacje rosyjską szkołą formalną. Po odejściu z uniwersytetu przestałem traktować serio inne możliwości, takie jak kariera naukowa. Wpływ na moje pisanie miał francuski egzystencjalizm. Moje ambicje ukształtowały się pod szczególnym wrażeniem pisarstwa Iwaszkiewicza, to był mój spektakularny sukces krytyczny, kiedy w „Nowej Kulturze” wydrukowałem duży tekst o Iwaszkiewiczu, nie tylko o jego opowiadaniach, które ukazały się w 1954 r., ale także o całej jego twórczości. Po wydrukowaniu tej recenzji otrzymałem list od Iwaszkiewicza.

Najpierw pisał pan o pisarzach starszych od siebie?
Długo to trwało. Ja byłem przez dłuższy czas krytycznym służebnikiem generacji Jerzego Andrzejewskiego, Adolfa Rudnickiego, Tadeusza Brezy i wyglądało na to, że jestem propagatorem podówczas średniej generacji pisarzy.

 

Potem zaczął pan odkrywać młodych. Miał pan wiele bliskich związków z pisarzami.
Cała moja praca była w kolaboracji z autorami. Tak było z dziesiątkami pisarzy, których lansowałem. Z Marianem Pilotem do dziś się przyjaźnimy. Wiesław Myśliwski czułby się urażony, gdyby chciało się sugerować, że jakiś wpływ się na niego wywarło. Od początku pisarstwa Myśliwskiego patronowałem jego twórczości. Jednak Myśliwski nie bez racji może myśleć, że to on dbał o mnie – to prawda.

Niektórzy z pana podopiecznych odnoszą późne sukcesy – jak Marian Pilot, który w zeszłym roku otrzymał nagrodę Nike.
On został zauważony przez „Kulturę” paryską tuż po debiutanckich „Pannach szczerbatych”, już wtedy się nim zainteresował Stempowski. W emigracyjnej prasie miał od początku dobrą renomę, co było związane z drukiem w „Twórczości”. Jego debiut nieformalny to było właśnie opowiadanie w „Twórczości”. Krytyka krakowska wymyśliła nawet, że nie ma żadnego Pilota, że to są opowiadania Hłaski, które, żeby mogły być opublikowane w kraju, publikuję ja pod pseudonimem Mariana Pilota.

U Janusza Głowackiego znajdziemy sporo pana śladów: tytuły, które wspólnie wymyślaliście, jest pan też bohaterem jednego z utworów.
Głowacki jest pyskaty, ma renomę, popularność i sławę. Jednak zaczynał od nabożnego stosunku do mnie. Dziś trudno sobie wyobrazić jego nabożny stosunek do kogokolwiek. Jego fascynacja zaczęła się poprzez fascynację Markiem Hłaską. On we mnie widział wyznawcę Hłaski. Uległość kłóci się z jego rolą i go zawstydza, on nadrabia to szarżami na oczach innych.

Wśród pana odkryć był też Marek Nowakowski.
Dwa miesiące temu przypadkowo spotkaliśmy się z Nowakowskim pod sklepem spożywczym na Wiejskiej. Mieliśmy rozmówkę weteranów alkoholowych. On się pytał, czy jeszcze piję. Ja powiedziałem, że umiarkowanie, tylko dla markowania. Tak sobie pogadaliśmy, ale to lepiej, niż gdybyśmy rozmawiali o tym, że Bronisław Wildstein jest największym polskim pisarzem.

Nie można mówić o Stachurze bez pojęcia „życiopisania”, które pan stworzył. Pan uprawiał „czytaniopisanie”.
Stachura był całkowicie samoswój od początku, ja dostrzegłem ten jego autentyzm artystyczny. On był rzeczywistym utalentowanym poetą, niezależnie, czy pisał prozę, czy poezję. Niektórzy woleli poezję, ale moim zdaniem on był poetą w prozie. I jego kreatorstwo prozatorskie było identyczne z procedurami działania poetyckiego.

Czy któryś pisarz pana zawiódł?
Oni byli niezależni ode mnie, ja im nie dyktowałem ich intencji, ich postawy artystycznej, przyjmowałem to, co się przez pisanie miało uwyraźnić, wydobyć. Absolutnie nie podsuwałem im żadnej własnej ideologii.

Dziś nie ma nikogo, kto by tak patronował młodym pisarzom i ogarniał całość.
Ja byłem redaktorem katorżnikiem. Czytałem całą tę masę tekstów, rękopisów i maszynopisów, czytałem naprawdę. Z zasady czytałem wszystko, bo jestem wszystkożerny. I zazwyczaj wyrażałem opinię, czasem nie pisałem, czasem tylko w rozmowie i to dotyczy dziesiątków pisarzy. Traktowałem to jako mój naturalny

...

[pełna treść dostępna dla abonentów]

Polityka on Facebook

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną