Piraci, blogerzy i e-11 września - prof. Lessig dla POLITYKI
Nie nadążasz? Klepiesz biedę!
Piotr Stasiak: – Od czasu wydania książki „Remiks – aby sztuka i biznes rozkwitały w hybrydowej gospodarce” minęły trzy lata. Czy czuje pan od tamtej pory większą akceptację dla ruchu „uwolnienia praw autorskich”?
Prof. Lawrence Lessig: – Przeciwnie. Krytyka nawet się wzmogła. Myślę, że najwięcej przeciwników jest w branży muzycznej i filmowej. Ci artyści zachowują się całkiem inaczej niż na przykład pisarze. Żadnemu autorowi książki nie przyjdzie do głowy, aby zabronić wykorzystywania jej fragmentów w celu napisania krytyki, pastiszu, omówienia czy chociażby pochwalnego artykułu i włączenia jej w obieg kultury. Tymczasem muzycy, autorzy programów telewizyjnych czy filmowcy mówią: nie wolno wykorzystywać naszej pracy nawet w niewielkich fragmentach.
Boją się zmiany?
Raczej czują się źle w świecie, w którym tak łatwo da się ich skrytykować przy wykorzystaniu ich własnych dzieł albo wizerunku. Gwiazdorzy sceny muzycznej i wielcy reżyserzy żyją tak naprawdę pod szklanym kloszem. W jednym z najsławniejszych remiksów w sieci George W. Bush i Tony Blair wyznają sobie miłość słowami utworu Lionela Richie „My endless love”. Piosenkarz był wściekły, bo przecież jest z przekonania republikaninem, jego praca została wykorzystana do wyśmiania republikańskiego prezydenta. W erze przed-cyfrowej byłoby to nie do pomyślenia, ze względu na ograniczenia techniczne. Teraz to kwestia umiejętności użytkownika komputera. Ale w kulturze mamy dziś sytuację jak z XVIII-wiecznej Francji – dwór pyta ze złością, jak lud śmie się burzyć.
Jakie zmiany zachodzą w obszarze kultury 2.0?
Obserwujemy masowy wzrost zainteresowania remiksami. Te robiące karierę w sieci natychmiast inspirują pozostałych – tworzone są remiksy z remiksów, dziesiątki lokalnych mutacji w różnych krajach. Dla mnie jest to jak rodzaj rozmowy i ludzie chcą kontynuować wątek, tak rozumieją swoje uczestnictwo w kulturze. Gdy pisałem książkę „Wolna kultura” (2004 r.), byłem zachłyśnięty technikami cyfrowymi: o kurcze – pisałem – teraz każdy może zakomunikować coś o sobie całemu światu. Teraz widzimy, że nie tylko jest tam ktoś, kto chce słuchać, ale również podejmuje temat, odpowiada. To daje w efekcie znacznie bogatszą, bardziej demokratyczną kulturę.
Jakiego rodzaju zmian oczekuje ruch, który według własnej definicji działa na rzecz wolnej kultury i uwolnienia części praw autorskich?
Ustalmy to raz na zawsze. Jesteśmy przeciwni piractwu, czyli ściąganiu z sieci muzyki oraz filmów bez płacenia ich twórcom, o ile oni tej opłaty się domagają. Natomiast uważamy, że prawo autorskie wymaga zasadniczej zmiany w tych częściach, które dotyczą prywatnego, niekomercyjnego, hobbystycznego użytkowania utworów. I to także w interesie samych twórców.
Mam poczucie pewnego dziwacznego deja vu, ponieważ jako nastolatek latem 1982 roku przejechałem całą Europę Wschodnią – Polskę, Ukrainę, Białoruś, Sankt Petersburg (który wtedy był jeszcze Leningradem), Moskwę. Spotkałem mnóstwo fantastycznych młodych ludzi. Ich cechą wspólną było to, że żyli na pograniczu prawa. Słuchali rocka i muzyki punk, nosili odlotowe ciuchy, czasem utrzymywali się z handlu na czarnym rynku. Gdy wróciłem do Stanów nie mogliśmy się ze znajomymi nadziwić, jak może działać ustrój, w którym najbystrzejsze, najbardziej kreatywne jednostki, są poddawane represjom ze strony systemu prawnego.
Teraz mamy XXI wiek, komunizm upadł, a w wolnych społeczeństwach krajów Zachodu wytworzyła się dokładnie ta sama sytuacja – jednostki najbardziej uzdolnione, które potrafią korzystać z cyfrowych mediów, internetu i oprogramowania, są stawiane poza nawiasem prawa. Wychowujemy całe pokolenie nastolatków, które mają świadomość, że codziennie łamią przepisy. Jaki to będzie miało wpływ na ich postawy obywatelskie w dorosłym życiu? To istniejący system prawny narzuca nam takie rozwiązanie i dlatego ja się pytam – może nadszedł czas, aby go zmienić? Czy to aby na pewno najlepszy model, w jakim powinno funkcjonować prawo?
Czy postulaty środowiska popierającego uwolnienie praw autorskich znajdują jakiś posłuch wśród rządzących?
Po tylu latach walki mogę to powiedzieć z całym przekonaniem – są kompletnie ignorowane.
Gdy w USA przedłużano w 1998 roku okres ochronny dla praw autorskich o kolejne 20 lat (dziś wynosi 70 lat od śmierci autora dzieła) jednym z argumentów było to, aby zapewnić ich twórcom źródło utrzymania na emeryturze. Kłopot w tym, że jeśli jest jakiś artysta, który do dziś czerpie dochody z utworów publikowanych tuż po II wojnie światowej, to prawdopodobnie mamy do czynienia z wielką gwiazdą, która i tak finansowo radzi sobie całkiem nieźle. Taki jest argument – ja to szanuję. Tylko domagam się – skoro chcą takiej ochrony, to niech chociaż nie dzieje się to z automatu. Niech wypełnią jakieś oficjalne zgłoszenie, bo inaczej ich praca po relatywnie krótkim okresie ochrony powinna przejść do publicznej domeny, na użytek całego społeczeństwa.
Z dzisiejszego systemu praw autorskich czerpie dochody może 10 proc. najbardziej znanych i zamożnych artystów, podczas gdy pozostałe 90 proc. dzieł idzie w zapomnienie i rozpada się w proch. Dosłownie, bo w magazynach wytwórni, stacji telewizyjnych i gazet zalegają setki tysięcy ton materiałów, do których od lat nikt nie wysuwa żadnych roszczeń, ale nawet skopiowanie ich na płytę DVD jest dziś w świetle prawa nielegalne, bo są wciąż chronione przepisami. Taśma celuloidowa wytrzymuje 25 lat. W ten sposób ulegną zniszczeniu, zanim zdołamy je zarchiwizować. Wygląda na to, że będziemy mieli kompletniejsze archiwa z XVII niż z XX w.
Na ideę uwalniania praw autorskich reagują alergicznie nie tylko wielkie gwiazdy ekranu czy piosenkarze. Także fotoreporterzy pracujący dla mediów narzekają, że np. serwis z darmowymi zdjęciami Flickr odbiera im chleb. Kiedyś redaktor, który potrzebował zdjęć z Sudanu Południowego, musiał je kupić. Dziś może ich poszukać na Flickrze, gdzie są publikowane m.in. przez organizacje humanitarne czy działaczy społecznych i wolontariuszy. Po co płacić za coś, co można mieć za darmo? Ale w ten sposób fotoreporter traci źródło utrzymania.
Nie mam wątpliwości, że technologie cyfrowe przewrócą sposób funkcjonowania wielu zawodów. Miałem kiedyś przyjaciela, który był wiceprezesem firmy Kodak, odpowiedzialnym za produkcję klisz fotograficznych. Dziś jest bezrobotny i nie pociesza go to, że kiedyś za rolkę filmu 36-klatkowego człowiek płacił równowartość
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

