szukaj
Clive Owen – aktor, który nie lubi być gwiazdą
Dobry złoczyńca
Dziś Owen jest jednym z najbardziej rozchwytywanych i zapracowanych aktorów w Hollywood.
Donatella Giagnori / EIDON/Forum

Dziś Owen jest jednym z najbardziej rozchwytywanych i zapracowanych aktorów w Hollywood.

Chris z „Więzów krwi” to postać tragiczna, mocno dwuznaczna.
Vue Movie Distribution

Chris z „Więzów krwi” to postać tragiczna, mocno dwuznaczna.

Kryminał Guillaume’a Canteta wskrzesza mit „miejskiego wilka” zagubionego w asfaltowej dżungli.
Vue Movie Distribution

Kryminał Guillaume’a Canteta wskrzesza mit „miejskiego wilka” zagubionego w asfaltowej dżungli.

Pierwsze kroki w telewizji od razu uczyniły z Owena lokalną gwiazdę. Podziw, zwłaszcza kobiecej części widowni, zapewnił mu serial „Chancer” i rola Stephena Crane’a, ordynarnego typa, kombinatora, którego nie sposób nie polubić. Odmawiając współpracy tabloidom, zyskał opinię aktora trudnego. Jego kariera lekko na tym ucierpiała. Przez pewien czas nie był w stanie zerwać etykietki sympatycznego drania, która do niego przylgnęła. Dopiero gdy w 1991 r. wystąpił w kontrowersyjnym dramacie „Z zamkniętymi oczami” Stephena Poliakoffa, dostrzeżono w nim więcej niż tylko krzykliwie ubierającego się amanta z autoironicznym dystansem, co kosztowało go utratę popularności. Zagrał rozdartego namiętnościami młodzieńca, uwikłanego w kazirodczy romans ze swoją zamężną siostrą (Saskia Reeves). Sponsorzy natychmiast wycofali lukratywne propozycje reklam. Kino też przestało się o niego upominać. Przez dwa kolejne sezony Owen musiał się ograniczyć wyłącznie do pracy w teatrze, gdzie nie przestawał szokować m.in. w sztuce Noela Cowarda „Design for Living” jako zdeklarowany biseksualista.

Trzy, cztery filmy rocznie

Przed niebytem ekranowym uratowali go niezależni producenci zza oceanu. Po serii dość miałkich ról, m.in. w kiepskiej klasy filmach fantasy, dostał w końcu szansę w dramacie psychologicznym „Bent” Seana Mathiasa. Wychudzony i ogolony na łyso, zagrał beztroskiego uwodziciela, więźnia obozu koncentracyjnego w Dachau, który za wszelką cenę stara się przekonać nazistów, że nie jest gejem, tylko Żydem. Scenariusz powstał na podstawie głośnej broadwayowskiej sztuki Martina Shermana, nagrodzonej Tony Award. Sukcesy odnosił w niej Richard Gere, a na West Endzie Ian McKellen. Owen przebił ich dokonania, zbierając entuzjastyczne recenzje.

Krokiem milowym w jego karierze okazała się jednak brawurowa rola opętanego na punkcie kobiet i hazardu południowoafrykańskiego pisarza w „Krupierze” Mike’a Hodgesa. Śmiertelnie poważny, ufarbowany na blond Owen drażnił i fascynował. Na tyle wiarygodnie wcielił się w bohatera – stoika, który zostaje wciągnięty w wir oszustw, zbrodni i paranoi – że zaczęto go porównywać z Seanem Connery, co wywołało spekulacje, że wkrótce zastąpi Pierce’a Brosnana w roli superszpiega. „Krupier” nie odniósł, niestety, sukcesu frekwencyjnego w Wielkiej Brytanii, za to w USA stał się dziełem kultowym i znaczącym przebojem, co otworzyło Owenowi drzwi do wielkich hollywoodzkich wytwórni.

Szybko złapał wiatr w żagle. Do tej pory udawało mu się występować tylko w niskobudżetowych produkcjach, w teatrze i telewizji. W Ameryce przedstawiono go Altmanowi, który włączył go do gwiazdorskiej obsady w kapitalnie skonstruowanym, wielowątkowym kryminale „Gosford Park”. Dostał freudowską rolę aroganckiego lokaja, trafiającego z domu dziecka prosto do łóżka zakochanej w nim matki, a potem dokonującego krwawej zemsty na swoim ojcu. Posypały się kolejne propozycje. Zagrał m.in. bezlitosnego płatnego zabójcę o pseudonimie Profesor w sensacyjnym thrillerze „Tożsamość Bourne’a”. Zarośnięty, z długimi włosami, powtórzył wyczyn w kryminale noir „Odpoczniesz po śmierci”, wcielając się w emerytowanego kilera, który wraca na ścieżkę zbrodni, aby wyjaśnić śmierć swego brata. Spore wrażenie zrobił też jako prywatny detektyw broniący nieziemsko pięknych dam, chętnie pociągający za spust karabinów maszynowych i rozszarpujący gardła co bardziej natarczywym klientom w sfilmowanym przez Roberta Rodrigueza komiksie Franka Millera „Sin City”, gdzie jego kanciastą twarz pokrywają niezagojone rany, blizny i komputerowa charakteryzacja. Potem wielokrotnie miał szansę się wykazać jako godny rywal Daniela Craiga do objęcia posady agenta 007, występując m.in. w takich hitach, jak „International” Toma Tykwera czy „Plan doskonały” Spike’a Lee.

Gdy znów się wydawało, że utknie zaszufladkowany jako idealny odtwórca czarnych charakterów oraz wieczny aspirant do schedy po Bondzie, wykonał woltę. Zagrał we współczesnej wersji „Niebezpiecznych związków”: ambitnej ekranizacji sztuki Patricka Marbera „Bliżej”, dokonanej przez 74-letniego Mike’a Nicholsa. Na szachownicy relacji między dwiema kobietami i dwoma mężczyznami – pisano – zdrady i skrywane kłamstwa mieszają się ze scenami intymnej bliskości, prowadząc do wyniszczającej wojny męsko-damskiej. Prześmiewczy, woodyallenowski humor sąsiaduje w filmie z tonacją serio, składając się na portret poranionych ludzi, szamoczących się bezsilnie w klatce namiętności, rozumu, biologii i dobrych intencji. Owen zagrał pewnego siebie dermatologa, z rozkoszą masturbującego się przed komputerem. Twórczo rozwinął koncepcję obleśnej, lecz na swój sposób skomplikowanej psychologicznie postaci, którą siedem lat wcześniej z dużym wyczuciem grał na West Endzie. Partnerowały mu sławy: Julia Roberts, Natalie Portman, Jude Law. Za tę kreację obsypano go wieloma nagrodami, dostał m.in. nominację do Oscara, Złoty Glob oraz nagrodę BAFTA.

Dziś Owen jest jednym z najbardziej rozchwytywanych i zapracowanych aktorów w Hollywood. Potrafi kręcić trzy, cztery filmy rocznie – wydaje się więc być pracoholikiem, podobnie jak Soderbergh i ekranowy doktor Thackery, choć od tego ostatniego prywatnie, oczywiście, dużo go różni. Poza tym nauczył się odmawiać, co uznaje – poza rzuceniem palenia w młodości – za jedno ze swoich największych osiągnięć. Spędza więcej czasu z córkami. Z jednej strony jest odporny na problemy związane ze stylem życia w Hollywood („Potrafię wyczuć niebezpieczeństwo”). Z drugiej wciąż deklaruje, że nie wyobraża sobie bezczynności.

Film z Clive’em Owenem „Więzy krwi” już z najbliższym numerem POLITYKI, który ukaże się w środę 19 listopada

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj