Recenzja filmu: „Nimfomanka”, reż. Lars von Trier

Męczennica seksu
Wbrew krążącym pogłoskom film Larsa nie okazał się artystycznym pornosem. Tylko niepokojącym moralitetem. Albo filozoficzną rozprawką przełamującą genderowe – żeby użyć modnego słowa – schematy.
Fabuła, podzielona jak zwykle u tego autora na krótkie rozdziały, jest czymś w rodzaju intelektualnego wykładu o fobiach i lękach związanych z rozwojem kobiecej seksualności.
materiały prasowe

Fabuła, podzielona jak zwykle u tego autora na krótkie rozdziały, jest czymś w rodzaju intelektualnego wykładu o fobiach i lękach związanych z rozwojem kobiecej seksualności.

Dlaczego główna bohaterka rani i nie potrafi kochać? Zbyt duży w filmie przeskok między dzieciństwem a okresem dojrzewania pozostawia wiele kwestii niewyjaśnionych, niepogłębionych.
materiały prasowe

Dlaczego główna bohaterka rani i nie potrafi kochać? Zbyt duży w filmie przeskok między dzieciństwem a okresem dojrzewania pozostawia wiele kwestii niewyjaśnionych, niepogłębionych.

Ocenianie filmu po obejrzeniu tylko jego fragmentu nie jest wdzięcznym zadaniem. Niestety w takiej sytuacji postawił dziennikarzy (i widzów) Lars von Trier, dzieląc czterogodzinną „Nimfomankę” na dwie dwugodzinne opowieści. Za dwa tygodnie, gdy na ekrany wejdzie „Nimfomanka – Część II”, może się okazać, że podły charakter tytułowej bohaterki, sposób oraz motywy jej postępowania są całkiem inne, znacznie bardziej skomplikowane, niż wydaje się teraz.

Filmy Larsa kończą się na ogół bardzo przewrotnie. Bluźnierczy finał „Antychrysta” zmienia psychoanalityczny horror o poczuciu winy rodziców zadręczających się śmiercią dziecka w symboliczną baśń o grzechu pierworodnym i kpinę z panteizmu Tarkowskiego. Zapewne i tym razem czeka nas podobna niespodzianka. Zapowiada to zresztą sama narratorka Joe, grana przez Charlotte Gainsbourg. Ta współczesna Szeherezada nieustannie podsyca ciekawość obietnicą, że to dopiero początek opowieści, że jeszcze nie zobaczyliśmy całego zła, o które sama siebie oskarża i które chce ujawnić. Mnożące się komentarze i porównania seksualnego popędu, nienasycenia do sztuki wędkowania, ciągu Fibonacciego oraz polifonii Bacha – rozbudzają wyobraźnię, obiecując szokujący morał.

Wbrew krążącym pogłoskom film Larsa nie okazał się oczywiście artystycznym pornosem. Tylko niepokojącym moralitetem. Albo filozoficzną rozprawką przełamującą genderowe (?) – żeby użyć modnego słowa – schematy. Ostatnie dokonania Duńczyka, który z uporem i konsekwencją godną Strindberga eksploruje resentymenty i rozmaite własne obsesje, znajdują tu ciekawe, choć wyjątkowo drażniące rozwinięcie. Ale i tego nie należy być pewnym. Niebawem na festiwalu w Berlinie zostanie zaprezentowana pełna, pięcioipółgodzinna wersja reżyserska, rozszerzona o drastyczne sceny seksu. Wydźwięk ostatecznie może się więc jeszcze zmienić.

Fabuła, podzielona jak zwykle u tego autora na krótkie rozdziały, jest czymś w rodzaju intelektualnego wykładu o fobiach i lękach związanych z rozwojem kobiecej seksualności. Przedmiotem analizy (sporu, prowokacji, skandalu – jak kto woli) jest dramatyczne niedopasowanie emocji do potrzeb ciała. Bohaterka – tak jak jej męski odpowiednik, seksoholik ze „Wstydu” Steve’a McQueena – cierpi na deficyt uczuć wyższych. Wymienione są trzy składniki gwarantujące erotyczne spełnienie: orgazm (egoistyczna przyjemność), żądza (pragnienie bycia pożądanym, oddania) oraz czułość (przyzwolenie na transgresję). Joe ma to wszystko na wyciągnięcie ręki. Każdy składnik od innego kochanka w dowolnej ilości. A jednak nie osiąga satysfakcji. Nic nie czuję – wyznaje rozpaczliwie, a widz zachodzi w głowę, dlaczego tak się dzieje. Co jest z nią nie tak? Czy to wina biologii (wrodzonej niezdolności do empatii), niewłaściwego wychowania, wyidealizowanej miłości do ojca, braku zainteresowania i wsparcia wiecznie odwróconej, zajętej sobą matki, traumy po pierwszym stosunku, głupoty? Czy też na tym polega odważny (kontrowersyjny) pomysł reżysera-mizogina, kontestującego wyidealizowany, nieprawdziwy – jego zdaniem – obraz kobiecej zmysłowości, a dopiero w drugiej kolejności pruderię głównego nurtu kina? Zerwać zasłonę obyczajowej hipokryzji, odwrócić akceptowane społecznie role, przyznać kobiecie te same prawa do seksualnej wolności, co uzależnionym od seksu mężczyznom, i zobaczyć w pełnej krasie tego konsekwencje.

Redukując miłość do sumy pożądania i zazdrości, Joe zwierza się ze swojej „choroby” starszemu, zafascynowanemu nią mężczyźnie, który niczym wyrozumiały, dobrotliwy psycholog (Stellan Skarsgård) pochyla się nad jej upadkiem, wysłuchuje, otwiera jej udręczoną duszę i lituje nad obitym – dosłownie – ciałem (przez kogo, dowiemy się w drugiej części). Przypomina w tym księdza powstrzymującego się od osądu, od jakiegokolwiek potępienia łagodzącego zniesmaczenie (swoje i widzów), po to, by usłyszeć jeszcze bardziej oburzające wyznania, „czego kobiety chcą naprawdę”.

„Nimfomanka – Cześć I” nie przynosi zadowalającej odpowiedzi na pytanie, skąd ten lód w sercu Joe. Dlaczego rani i nie potrafi kochać? Zbyt duży w filmie przeskok między dzieciństwem a okresem dojrzewania bohaterki pozostawia wiele kwestii niewyjaśnionych, niepogłębionych. Nadmierna ilustracyjność oraz balansujący między powagą a kpiną ton von Triera nie zachęca do głębszej refleksji. Rozczarowanie? Zobaczymy, co będzie dalej.


Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj