szukaj
15 najbrzydszych rzeczy w Polsce
Subiektywny ranking koszmarów estetycznych.
Polska brzydota
Andrzej Sidor/Forum

Polska brzydota

Czytaj także

Przywiędłą urodę niektórzy ratują zabiegami plastycznymi. I twarz naturalna zamienia się w twarz groteskową, sztuczną, piękną inaczej. Podobną metamorfozę przeszły w ostatnich dwóch dekadach polskie miasta i wsie. Brzydota PRL była bezpretensjonalna. Odrapane tynki, brudne i krzywe chodniki, prymitywna architektura, zadeptane trawniki, bure ubrania, smętne sklepowe wystawy, nieestetyczne meble z meblościanką na czele. Fakt, było paskudnie, ale też nikt nie próbował udawać, że jest inaczej. Część z tego szkaradztwa przetrwała do dziś, głównie w budownictwie, którego nie da się, ot tak, pozamiatać pod dywan. Ciągle straszą pseudomodernistyczne klocki wciśnięte w zabytkową zabudowę rozlicznych starówek, domki jednorodzinne na planie czworoboku foremnego (po II wojnie światowej postawiono ich w kraju około 1,3 mln), rzędy betonowych osiedlowych garaży czy dacze w stylu góralskim rozsiane po całej Polsce.

Wiele się jednak zmieniło. Często rzeczywiście na lepsze. Każdy przyzna, że nasze miasta i miasteczka, nasze mieszkania i biura, a w końcu i my sami wyglądamy teraz ładniej i schludniej niż 20, 30 lat temu. Równie często jednak są to tylko pozorne zmiany na lepsze. Szarobure garsonki z PDT zastąpiły białe kozaczki, haftowane dżinsy czy kolorowe bluzeczki z chińskiego importu, bijące z dala po oczach cekinowymi napisami Versace lub Dolce&Gabbana. Zadeptane trawniki zamieniły się w trawniki wprawdzie bujnie rosnące (odżywki!), ale całe zasłane psimi kupami, co widać dopiero z bliska. Pustawe witryny sklepowe zastąpiły witryny do bólu przeładowane, popękane płyty chodnikowe i asfaltowe połacie – kostka Bauma, meble na wysoki połysk – stoły i szafki udające, że są zrobione wyłącznie z naturalnych drewnianych desek, a skromne neony – zastąpione zostały przez potężne billboardy.

Czasami napotkać można jeszcze tu i ówdzie ów tradycyjny, stary, swojski brud, bałagan, smród. Ale brzydota nowej generacji pokrywa tę starą jak warstwa świeżej farby, z każdym rokiem coraz dokładniej. Albowiem współczesna polska brzydota zmieniła kostium ze zgrzebnego lokalnego na barwny, pseudoeuropejski. Ze szpetoty naturalnej na kicz i karykaturę piękna. Pozoruje bogactwo, piękno, nowoczesność, bliskość wielkiego świata. Jest groźniejsza, bo nienaturalna, bo udaje coś, czym nie jest, i w ten sposób osłabia naszą czujność. A ci, którzy ją produkują, są święcie przekonani, iż robią sobie i innym ładnie. Nawet wandalizm jest bardziej postępowy; w miejsce powybijanych szyb na klatkach schodowych pojawiły się robione sprayem napisy, a śmieci, niegdyś bezładnie rozsypane, polegują w zawiązanych plastikowych workach.

Listy nie było łatwo ułożyć, ale „parszywa piętnastka” (kolejność zależy od siły rażenia naszych oczu) wyglądałaby tak:

1 Worki ze śmieciami

Zazwyczaj czarne lub niebieskie. O pojemności od 35 do 240 l. Natknąć się na nie można absolutnie wszędzie: w przydrożnych rowach, w lasach i ogrodach, na skrajach pól i osiedli, nawet w jeziorach. I pomyśleć, że u zarania służyć miały higienizacji i uporządkowaniu wywozu odpadków. Dziś stały się symbolem Polski totalnie zaśmieconej. Rozpełzły się po całej krainie. Brakuje dla nich miejsca na 700 oficjalnych składowiskach śmieci (plus 70 tys. wysypisk nielegalnych), bo u nas składuje się ponad 90 proc. śmieci, podczas gdy w Unii Europejskiej zaledwie 48 proc. (w niektórych krajach poniżej 30 proc.). Tam już dawno przekonano się, że śmieci warto spalać lub poddawać recyklingowi i kompostowaniu. Ale Francja ma 128 spalarni śmieci, a Polska – jedną. W Danii spala się 54 proc. śmieci, u nas – niemal nic. Podobnie z recyklingiem. U nas podlega mu 5 proc. odpadów, w Norwegii – 80 proc. Dlatego na wszechobecne worki na razie jesteśmy skazani.

Ale pojawia się światełko czystości w tym tunelu śmieci. To rewolucyjny, jak na nasze warunki, projekt nowej ustawy, na mocy której właścicielami śmieci staną się gminy. Pobierać będą od swoich mieszkańców stały nowy, niewielki podatek i za uzyskane w ten sposób pieniądze same będą dbały o zagospodarowanie odpadków. Ich podrzucanie do lasu czy przydrożnego rowu nie będzie miało sensu. Na razie ów system wprowadzono eksperymentalnie w kilku gminach i rezultaty są – jak na polskie standardy – zaskakujące. W Pszczynie ilość segregowanych odpadów wzrosła 30-krotnie, a ilość odbieranych śmieci – o jedną trzecią (to właśnie ta jedna trzecia lądowała dotychczas na nielegalnych wysypiskach). Nie mówiąc o tym, że wokół zrobiło się czyściej.

2 Nieporządek urbanistyczny

Pejzaż polskich miast i wsi jest wypadkową łączenia wszystkiego ze wszystkim. Być może sprawdza się to w modzie, jednak w urbanistyce – zdecydowanie nie. Nie mamy ładu, kompozycji, harmonii, dobrego smaku, mamy kociokwik form, kolorów, ozdób, stylów. – Panoszą się nowe budynki, stawiane przez nieliczących się z niczym deweloperów. To architektura agresywna, przeskalowana i kompletnie ignorująca otoczenie – tłumaczył POLITYCE redaktor naczelny miesięcznika „Urbanista” Janusz Korzeń. Plany przestrzennego zagospodarowania (często i tak nazbyt liberalne wobec inwestorów), obejmujące zaledwie 15 proc. powierzchni naszych miast, jedynie ów chaos pogłębiają. Nieprędko wydobędziemy się z tego estetycznego bagna.

3 Bazgroły

Niesłusznie nazywane graffiti. Mowa bowiem nie o malunkach z ambicjami, ale o wykonanych naprędce i w każdym możliwym miejscu napisach i bohomazach. Kilka lat temu podobne praktyki postanowiła radykalnie zwalczyć Tuluza we Francji. Zatrudniono 50 pracowników, którzy przez pierwszy tylko rok pracy zamalowali 125 tys. m kw. naściennych bazgrołów. I u nas od czasu do czasu poszczególne miasta podejmują podobne akcje. W Krakowie w 2007 r. udało się zamalować 2 tys. napisów, podobnie w Łodzi. Ale hydrze ciągle odrastają głowy, pseudograffiti straszą już nawet z murów kościołów czy urzędów.

Internauta krzys22 spisał na swym blogu 863 napisy, które pojawiały się na murach. Niestety, dowcipne i inteligentne, typu „Dopadnie was ta Ameryka”, należą do zdecydowanej mniejszości. Gdyby serio potraktować uliczne wpisy, to okazałoby się, że wszyscy bez wyjątku polscy piłkarze i policjanci są homoseksualistami narodowości żydowskiej. Te genealogiczno-seksualne odkrycia najbardziej widoczne są w miastach, w których działają skonfliktowane kluby piłkarskie, jak Warszawa (Legia, Polonia), Łódź (ŁKS, Widzew), Kraków (Wisła, Cracovia). Tam nawet dziesięć ekip z Tuluzy nic by nie wskórało.

4 Reklamy

Billboardy i frontlighty, backlighty i citylighty, scrolle i banery. Mamy już w Polsce ponad 100 tys. tzw. zewnętrznych nośników reklamy oraz miliony prywatnych, mniejszych lub większych, tablic reklamowych i informacyjnych, szyldów. Wszystkie one szczelnie zalepiły polskie miasta na poziomie parteru. I stale przybywają nowe, szczególnie te największe. Ilość tablic reklamowych o powierzchni 48 m kw. zwiększyła się w ostatnich pięciu latach o 300 proc., a tych o powierzchni 34 m kw. nawet o 400 proc.

W walce z tą kolorową mozaiką jest pierwszy sukces – nowe rozporządzenie ministra infrastruktury, które powinno zasadniczo ograniczyć ilość wielkich płacht reklamowych zasłaniających szczelnie całe elewacje wielkich budynków. To ciągle jednak bardzo mało w porównaniu z restrykcjami przestrzennymi obowiązującymi w innych krajach. We Francji obowiązuje zakaz stawiania reklam poza terenem zabudowanym, na terenach zielonych i budynkach historycznych, a gdzie indziej – także niełatwo o zgodę. Zresztą może u nas walczyć nie warto? W niedawnych badaniach przeprowadzonych przez GfK Polonia aż 40 proc. rodaków uznało, że dzięki wielkoformatowym reklamom miasto jest piękniejsze (!), zaś aż 83 proc. reklamy na budynkach nie denerwują.

W 2007 r. austriacki artysta Gregor Graf zrealizował ciekawy projekt: za pomocą programu komputerowego oczyścił zdjęcia przedstawiające centrum Warszawy z wszelkich reklam i tablic. Stolica od razu wyładniała!

5 Kolejowisko

Przed dwoma laty „Gazeta Wyborcza” opublikowała ranking 23 największych polskich dworców kolejowych, a do zdobycia było maksymalnie 100 punktów. Otóż zwycięzca (Białystok) uciułał ich zaledwie 71, a najsłabszy w konkurencji – tylko 30 (Warszawa Wschodnia). I nic dziwnego, bo większość miejsc służących w Polsce do wsiadania i wysiadania z pociągów to prawdziwe kurioza. W dodatku brudne.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+