Nangar Khel: koniec procesu - teraz wyrok

Sprawiedliwość z wojny rodem
Dzisiaj przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie zakończył się proces siedmiu polskich żołnierzy oskarżonych o ostrzelanie afgańskiej wioski Nangar Khel. Są sprawcy, są ofiary, są świadkowie. Wydanie wyroku, przed czym właśnie stanął sąd, powinno być łatwizną. Tyle, że to jeden z najtrudniejszych procesów z jakim musiał zmierzyć się polski wymiar sprawiedliwości.

Czy polscy żołnierze zabili sześć niewinnych osób? Dla oskarżającego ich prokuratora odpowiedź jest jasna. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia rozerwanych ciał trójki dzieci, dwóch kobiet, jednego mężczyzny. Przecież nikt nie kwestionuje, że to polskie pociski moździerzowe, wystrzelone przez oskarżonych żołnierzy dokonały tej masakry. W związku z tym wyroki powinny być wysokie. 12 lat więzienia dla dowódcy grupy kpt. Olgierda C., dla ppor. Łukasza Bywalca 10 lat więzienia, dla chor. Andrzeja Osieckiego - 12 lat, dla plut. Tomasza Borysiewicza - kary 10 lat, dla starszych szeregowych Jacka Janika i Roberta Boksy - po 8 lat więzienia, a dla st. szer. rezerwy Damiana Ligockiego (jako jedyny nie ma zarzutu zabójstwa cywili, lecz ostrzelania niebronionego obiektu) - kary 5 lat. Mało tego - dla każdego z oskarżonych utrata praw publicznych na okres od 10 do 5 lat, a także orzeczenia nawiązek na PCK oraz zadośćuczynień po 73 tys. zł za każdego z zabitych.

Są sprawcy, są ofiary, są świadkowie. Wydanie wyroku, przed czym właśnie stanął sąd, powinno być łatwizną. Tyle, że to jeden z najtrudniejszych procesów z jakim musiał zmierzyć się polski wymiar sprawiedliwości. Komu wierzyć? Żołnierzom, którzy koło Nangar Khel byli kilkakrotnie ostrzeliwani i tym razem byli przekonani, że w okolicy znów są talibowie. A cywile zginęli, bo zawinił nieszczęśliwy zbieg okoliczności (złe wyznaczenie celu, nieprecyzyjna amunicja moździerzowa)? Czy może niektórym świadkom, którzy oskarżali własnych kolegów o umyślne ostrzelanie cywilów?

A może powinniśmy iść torem myślenia amerykańskich dowódców, którzy sprawę zakwalifikowali jako nieszczęśliwy wojenny wypadek. Tym torem myślenia idzie gen. Jerzy Wójcik, który za publiczną obronę swoich podwładnych musiał pożegnać się ze stanowiskiem i przejść na emeryturę. Poglądów jednak nie zmienił. – To nie jest żadna misja stabilizacyjna, tylko wojna. Trudna partyzancka wojna, gdzie wróg chowa się za cywilami. Na takiej wojnie dochodzi do podobnych incydentów. To jest smutne, ale nieuniknione. Nie można sądzić tych ludzi bez świadomości warunków, w jakich działali nasi żołnierze  – uważa generał Wójcik. Według niego sąd powinien podjąć taką decyzję, która będzie satysfakcjonująca dla żołnierzy i społeczeństwa.

Tylko czy to, co satysfakcjonujące dla żołnierzy i społeczeństwa, uda się pogodzić z tym, co satysfakcjonujące dla sprawiedliwości?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj