Po meczu Holandia - Niemcy

Wyschnięte pomarańcze

Mój przyjaciel Ryszard Koziołek jeszcze podczas meczu esemesował do mnie z nurtującym go pytaniem: „nie pojmuję, za co lubisz te wyschnięte pomarańcze. To nie drużyna, to buszujące w trawie monady”, czyli zamknięte w sobie, nie komunikujące z niczym, nawet z samym sobą byty. Odpowiedziałem, że lubię ich za dekadencki urok; że są jak jesienne liście, jeszcze lśniące, choć już opadające i bez życia. Albo jak słynne kiedyś w literaturze romantycznej owoce Martwego Morza, zewnątrz piękne i kolorowe, lecz wewnątrz wypełnione pyłem.

Dość metafor, choć trudno mi od nich uciec. Ilekoć patrzę na Oranje, wciąż zdaje mi się, że widzę tę samą ekipę, która jeszcze za czasów Cruyffa zaczęła tryumfalny (mniej lub bardziej) przemarsz przez boiska świata. Wielbiło się ich, bo wymyśleli odtrutkę na catenaccio, które z futbolu zrobiło na przełomie lat 60. i 70. betonową zaprawę, widowisko szare i smutne. I odtrutkę na futbol niemiecki, który, choć zawsze skuteczny, wydawał się wówczas militarną paradą w przyśpieszonym tempie. Nie tak wiele się w ich grze zmieniło w ciągu tych ostatnich czterdziestu lat. W sensie ogólnym: do przodu, szybko, z energią, wymieniając pozycje i strzelając ile się da. Raz wychodziło, raz nie, raz było mistrzestwo czy vicemistrzostwo, innym razem nie, lecz zawsze ich gra przykuwała uwagę.

Wczoraj, i parę dni wcześniej w meczu z Danią, na boisku grały powidoki, fantomy dawnych ludzi. W pierwszej połowie żal było patrzeć na van Persiego i Robbena, którzy bez większego przekonania odgrywali nieudolnie rolę samych siebie. Starzy aktorzy, których numery już wszyscy znają na pamięć. Niemiecki trener od samego początku był w świetnym humorze: realizator pokazał scenkę, gdy wybił dla żartu piłkę spod ramienia ukraińskiego podawacza. Istotnie nie miał czym się martwić. Niemcy przy Holendrach wyglądali jak Indiana Jones, który z politowaniem patrzy na dzikusa wymachującego na wszystkie strony maczetą, po czym spokojnie wyjmuje spluwę i naciska cyngiel.  

W drugiej połowie Holendrzy zagrali nieco inaczej, nieco lepiej. Porzucili nieznośne dla oka, bezskuteczne wrzutki, oraz próby wjeżdżania piłką pod samą bramkę – co w innym tekście nazwałem nowym messi-anizmem futbolu, czyli udzielającym się wszystkim barcelońską manierą stu podań na polu karnym (ale trzeba to umieć robić) – i zaczęli powracać, gorzej czy lepiej, do korzeni swego fubolu, czyli do błyskawicznych zmian ustawienia i strzałów z dystansu. Tak padła jedyna dla nich bramka. I tak mogła paść następna, Wesley Sneijder grał wreszcie swoje.  

Niemcy przy Holendrach wyglądali, powtórzę, jak rozbawieni goście, zaproszeni do spektaklu po to, by spuścić na to wszystko kurtynę. Portugalska obrona parę dni wcześniej umiała zastopować ich prostopadłe podania, burzyć im narrację (i oni musieli wrzucać piłkę górą, i gdyby nie dość przypadkowa bramka Gomeza, z piłki podbitej przez obrońcę po kolejnej centrze, nic by z tego chyba nie wyszło). Holendrzy postawili natomiast w obronie przestronne miasto, otworzyli tyle uliczek, ich niemiecka dusza zapragnie. Cud, że zapragnęła tylko dwa razy.

Teraz Oranje wiszą już na nitce, w kolejnej rundzie będzie musiało się chcieć Niemcom i nie chcieć Portugalczykom. Zanosi się na to, że odpadną, lecz i tak wrócą na kolejne mistrzostwa i znowu będę im dopingował. Będą grali jak zawsze, do przodu, na zabój, może dokładniej i bardziej zbiorowo. Nie będą kalkulowali, za co ich zawsze lubiłem. Są drużyny, które nigdy nie przemijają (Niemcy, Holendrzy, Włosi). Raz nie wyjdzie, wyjdzie następnym, ale ciągle tu będą, podczas gdy dla innych wyjście z grupy będzie sukcesem opiewanym przez pieśni podczas kolejnego ćwierćwiecza.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj