Himalaista Artur Hajzer nie żyje

Okrutne góry
Trwa czarna passa polskiego himalaizmu. Do długiej listy ofiar dołączył Artur Hajzer – sportowiec i przedsiębiorca, twórca programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015.

„Przeżywam kryzys wieku średniego. Żona nie zgodziła się na kochankę, ale zgodziła się na góry” – tak pół żartem Artur Hajzer tłumaczył, dlaczego po piętnastu latach, w połowie poprzedniej dekady, wrócił do wspinania się w Himalajach. Zbliżał się do pięćdziesiątki, chciał odzyskać stracony czas, czas który poświęcił na karierę w biznesie: najpierw na stworzenie spółki Alpinus, a po jej upadku na kolejną firmę - HiMountain.  Miał ogromne doświadczenie himalaistyczne, jego nauczycielami byli Jerzy Kukuczka (którego otaczał prawdziwym kultem), Wanda Rutkiewicz, Andrzej Zawada, Janusz Majer (który został jego biznesowym wspólnikiem). 

Był zdobywcą sześciu ośmiotysięczników (pierwsze wejście zimowe na Annapurnę).  Przyjaciele wspominali, że miał w sobie nieustanną sportową pasję: w każdej dziedzinie ciągle chciał się ścigać, stawiał sobie coraz to nowe cele i starał się je realizować. Kiedy wrócił do wspinania znów wysoko zawiesił poprzeczkę: Polacy muszą dokonać zimowych wejść na wszystkie dotychczas niezdobyte ośmiotysięczniki. Swój pomysł z przebojowością biznesmena natychmiast zamienił w program Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015. Pozyskał sponsorów i prezydencki patronat, przyciągnął media. Był  szefem programu, kierował wyprawami, a jednocześnie sam się wspinał. Nie zrażał się porażkami, choć kilka razy był o włos od śmierci. Niewiele brakowało, by zginął. I to nie w Himalajach, ale w Tatrach, gdy lawina przysypała go na Ciemniaku. Miał wówczas wielkie szczęście. Teraz, podczas wspinaczki na Gaszerbrum, w japońskim kuluarze, tego szczęścia mu zabrakło.

A wydawało się, że jest w czepku urodzony, bo dotychczas z opresji – i himalaistycznych i biznesowych - wychodził cało. Czego nie można było powiedzieć o innych uczestnikach organizowanych przez niego wysokogórskich wypraw.  Najbardziej przeżył niedawną śmierć Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego na Broad Peak, choć akurat w tej wyprawie nie uczestniczył. Spotykał się z krytyką, że nadmiernie naraża życie kolegów, że cel, który przed nimi postawił, jest zbyt ambitny, że polski himalaizm nie ma w tej chwili wystarczającej kadry doświadczonych wspinaczy, by dokonywać wejść, które jeszcze niedawno uważano za nierealne. Na wyprawy jeździło stare pokolenie takie jak Wielicki, Hajzer, Berbeka oraz młodzież - jak Kowalski czy Bielecki. Pierwszym brakowało już siły, młodym doświadczenia.

Nie było pokolenia pośredniego, jeszcze silnego, a już doświadczonego. Odrzucał te zarzuty twierdząc, że stawia na młodych, którzy szybko zdobywają doświadczenie w letnich wyprawach unifikacyjnych. To były takie treningi przed prawdziwymi wyprawami zimowymi.  Kiedy pytałem go jak himalaiści traktują śmierć, odpowiedział mi, że są z nią oswojeni. Choć utrata przyjaciół – wiadomo – boli. Zapytałem go, ilu w górach stracił przyjaciół, powiedział: straciłem kilkunastu kolegów, ale dwóch przyjaciół. Tą dwójka był Jerzy Kukuczka i Rafał Chołda. Niełatwo było zostać jego przyjacielem. 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj