Kraj

Narodowe DNA, czyli tolerancja według tzw. dobrej zmiany

Protest przeciw nominacji Przemysława Czarnka na ministra edukacji narodowej i nauki, Warszawa, 4 października 2020 r. Protest przeciw nominacji Przemysława Czarnka na ministra edukacji narodowej i nauki, Warszawa, 4 października 2020 r. Attila Husejnow / Zuma Press / Forum
Nie dziwi, że Francuz nie ma problemu z tęczową flagą, a Polak ma. Pierwszy powiesi ją bez obawy, że ktoś ją zniszczy, a drugi czyni to np. na obiekcie kultu religijnego, by zamanifestować swoje istnienie.

Na początek historyjka, którą już być może kiedyś opisałem, ale nie zawadzi powtórzyć. Rok 2018, spacer po Paryżu w mieszanym towarzystwie polsko-francuskim. Na publicznym gmachu wisi ogromna tęczowa flaga. Francuzi wyjaśniają, że to w związku z nadchodzącą paradą równości. Jedna z Polek pyta: „A nie boicie się, że ktoś zerwie tę flagę?”. Znajoma Francuzka odpowiada zdumiona: „A kto i po co miałby to robić?”.

Drogim ambasadorom – premier Morawiecki

Pan Morawiecki poucza ludzkość: „Drogim ambasadorom mogę powiedzieć, że tolerancja należy do polskiego DNA. Wystarczy prześledzić historię. Nikt nas tolerancji nie musi uczyć, ponieważ (...) wiele świadectw tolerancji daliśmy”. Ma rację, ale trzeba mu przypomnieć, w końcu historykowi z wykształcenia, że różnie bywało. Mamy prawo szczycić się Pawłem Włodkowicem i słowami Zygmunta Augusta: „Nie jestem królem waszych sumień”, ale też trzeba pamiętać, że Konstytucja 3 Maja była mniej tolerancyjna niż amerykańska i francuska powstałe w tym samym czasie, a potem było getto ławkowe, przestarzałe prawo małżeńskie w międzywojniu, uważanie Ukraińców za drugi sort w II RP czy wyganianie Żydów z Polski w 1968 r. przy aplauzie części społeczeństwa.

Historia niesie rozmaite przesłania i nie wiadomo, z którego skorzysta teraźniejszość. Pan Morawiecki ma też braki w percepcji związków logicznych, gdyż zdanie „nikt nas nie musi uczyć tolerancji” jest zgodne ze zdaniem „można nas uczyć tolerancji”. Byłoby dobrze, gdyby p. Morawiecki zastanowił się nad powodami, jakie skłoniły „drogich ambasadorów” do napisania listu, na który odpowiedział, posługując się wynalazkiem narodowego DNA, a nie prawił metaforyczne hasła.

Rau wzywa Mosbacher

Cóż takiego napisali „drodzy ambasadorzy”? Powołali się na „przyrodzoną i niezbywalną godność każdej jednostki zgodnie z treścią Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka” i rozmaite dokumenty „zobowiązujące rządy do ochrony wszystkich swoich obywateli przed przemocą i dyskryminacją oraz do zapewnienia im równych szans”. I dalej: „aby bronić społeczności wymagających ochrony przed słownymi i fizycznymi atakami oraz mową nienawiści, musimy wspólnie pracować na rzecz niedyskryminacji, tolerancji i wzajemnej akceptacji. Dotyczy to szczególnie sfer takich jak edukacja, zdrowie, kwestie społeczne, obywatelstwo, administracja publiczna oraz uzyskiwanie oficjalnych dokumentów”. List wyraża „poparcie dla starań o uświadamianie opinii publicznej w kwestii problemów, jakie dotykają społeczność gejów, lesbijek, osób biseksualnych, transpłciowych i interpłciowych (LGBTI) oraz innych mniejszości w Polsce stojących przed podobnymi wyzwaniami” i „uznanie dla ciężkiej pracy społeczności LGBTI i innych społeczności w Polsce i na całym świecie, jak również dla pracy wszystkich ludzi, których celem jest zapewnienie przestrzegania praw osób LGBTI oraz innych osób stojących przed podobnymi wyzwaniami, a także zapobieganie dyskryminacji, w szczególności tej motywowanej orientacją seksualną czy tożsamością płciową. Prawa człowieka są uniwersalne i wszyscy, w tym osoby LGBTI, mają prawo w pełni z nich korzystać”.

Wprawdzie list jest adresowany do całego świata i wspomina o innych mniejszościach, ale Polska i środowisko LGBT zostały wyróżnione. Tak więc sygnatariusze listu uznają, że Polska narusza prawa mniejszości seksualnych na tyle poważnie, że trzeba w tej sprawie wystąpić publicznie.

List rozjuszył dobrozmieńców. O ile p. Morawiecki wypowiedział się w miarę spokojnie, aczkolwiek niezbyt mądrze (po prawdzie nic nowego), o tyle p. Rau, nowy minister spraw zagranicznych, wykazał się sporym chamstwem dyplomatycznym, wzywając p. Mosbacher (powiedziała, że Polska stoi po złej stronie historii), ale powierzając reprymendę jednemu za swoich zastępców – sam odwołał spotkanie z p. ambasador USA. Może obawiał się pytania o to, dlaczego wiąże LGBT z zoofilią.

Czytaj też: Polska to nie jest kraj dla tęczowych ludzi

LGBT, przekaz dnia i Boży plan

Ma miejsce wyraźny przekręt w stanowisku dobrozmieńców wobec LGBT. Pan „Jojo” Brudziński wyjawił 11 czerwca, że „Polska bez LGBT jest najpiękniejsza”. Sentencja ta, okraszona odwołaniem się do planu Bożego, wywołała falę krytyki. Dzień później p. „Jojo” wyjaśnił: „Rzeczywiście uważam, iż Polska bez ideologii LGBT jest piękniejsza. Szanuję każdego człowieka i NIC mnie nie interesuje, jakie ma preferencje seksualne. Tolerancja tak, afirmacja nie”.

Być może odbyła się burza dobrozmiennych mózgów, czego rezultatem był „przekaz dnia”, wedle którego to ideologia LGBT, a ludzie o takich orientacjach zaburzają piękno kraju nad Odrą i Wisłą. Dalsze wypowiedzi np. p. Dudy („LGBT to nie ludzie, to ideologia”) czy p. Kowalskiego („cała Polska winna być strefą wolną od ideologii LGBT”), p. Wierzchowskiego („ten wirus LGBT, wirus ideologii jest znacznie groźniejszy [niż koronawirus]”; został zwolniony z funkcji kuratora w Łodzi, ale wcale nie za te obrzydliwe słowa) – stały się aplikacją rzeczonego przekazu dnia. Trochę wyłamał się z tego p. Czarnek, zapodając: „skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym” – nawet p. „Jojo” Brudziński uznał, że to wyraz emocji.

Wszelako chyba się pospieszył, bo jego koledzy, np. p. Bortniczuk, tłumaczą, że p. Czarnek trzymał w ręku zdjęcie dwóch homoseksualistów w obscenicznych pozach i o nich prawił w swojej tyradzie. A p. Piontkowski, z właściwym sobie błyskiem intelektu, orzekł, że p. Czarnek „wydaje się człowiekiem energicznym, zdecydowanym, logicznie myślącym” – ta ostatnia kwalifikacja jest zabawna, zważywszy że z całego kontekstu i innych wypowiedzi p. Czarnka wcale nie wynika, że anafora „ci” odnosi się tylko do rzeczonego zdjęcia. Pan Jaki, fachowiec nie byle jaki, stwierdził, że czarnkowe poglądy są jak jeden do jednego nauczanie katolickie, co jest pewnie wykładnią planu Bożego.

Czytaj też: Homofobus nie stanie przed sądem. A mógł być precedens

PiS to nie ludzie, to ideologia

Wracając do terminologii: sprytny manewr p. „Jojo” Brudzińskiego umożliwił interpretację określenia „strefa wolna od LGBT” jako „strefy wolnej od ideologii LGBT”. W tej kwestii jednak tzw. dobra zmiana wykazała typową pisią chytrość, gdyż owe strefy powstawały w Polsce od 2018 r., a „Gazeta Polska” propagowała naklejki „strefa wolna od LGBT” w 2019 r. Nie było wtedy mowy o ideologii, ale o ludziach, ich manifestacjach czy paradach równości. Bzdurność tego werbalnego zagrania staje się oczywista, gdy np. rozważymy takie sformułowania: „PZPR to nie ludzie, ale ideologia”, „UE to nie państwa, ale ideologia” (ewentualnie: wyimaginowana wspólnota), „PiS to nie ludzie, to ideologia”.

To ostatnie może mieć sens praktyczny, gdy przyjdzie do rozliczenia dobrozmieńców za to, co czynili w Polsce. Pewnie powiedzą: „To nie my, to ideologia”. Mówiąc poważnie: ideologia jest zawsze przez kogoś głoszona i nie może być oderwana od swego osobowego podłoża. Bywa też tak, i to nader często, że atak na ideologię jest kamuflażem ataku na ludzi. I tak jest w przypadku szarży tzw. dobrej zmiany na LGBT.

Czytaj też: Tuchów. Życie w strefie anty-LGBT

Niemniej pozostaje problem ideologii LGBT. Oto określenie: „Ideologia – pojęcie występujące w filozofii i naukach społecznych oraz politycznych, które określa zbiory światopoglądów służących do całościowego interpretowania i przekształcania świata”. Jest to bardzo pojemna definicja, która dopuszcza, że ideologią jest nauka, filozofia, religia, obyczaje itd. Wszelako trudno mówić o ideologii LGBT, gdyż postulaty wysuwane przez ten ruch nie są próbą całościowego interpretowania i przekształcania świata, aczkolwiek wolno mówić, że zawierają elementy ideologiczne – co jest najzupełniej normalne w wypadku każdego ruchu społecznego, np. ekologicznego czy kiedyś sufrażystek.

Język ma znaczenie

Sami dobrozmieńcy mają poważne kłopoty z tym, czym jest ideologia LGBT. Kiedyś już cytowałem p. Kanthaka, ale warto przypomnieć: „Środowiska LGBT mają swoje księgarnie, mają swoje sklepy, mają swoje kina. Ja byłem kiedyś w San Francisco na dzielnicy Cruz (...) i byłem świadkiem tego, jak wygląda taka dzielnica. Sklepy mięsne dla środowisk LGBT”. Fachowiec Jaki poczuł się skonfundowany całą dyskusją i nawinął: „Apeluję do konserwatystów, aby przestali używać terminu »ideologia LGBT«, który nie jest używany i zrozumiały na świecie. A do tego łatwo nim manipulować. Chodzi o neomarksistowską ideologię gender. Jej autorzy wprost piszą o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny. A my mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek jej bronić. Bo tak mówi nasza ustawa zasadnicza. Mówiąc o »ideologii LGBT«, tak naprawdę chodzi o »ideologię gender«. Sam się łapałem na tę semantykę i potem w Parlamencie Europejskim i tak musiałem przechodzić z »ideologii LGBT« na bardziej zrozumiałe »gender«. Język ma znaczenie«”.

W jednym p. Jaki na pewno ma rację: język ma znaczenie i umożliwia wypowiedzenie dowolnej i to nie byle jakiej androny. Pomijam rozbiór całego zacytowanego bełkotu, ale na trzy rzeczy trzeba zwrócić uwagę. Gender to tyle co płeć kulturowa i w żadnym sensie nie jest to równoważnik LGBT. Jeśli mówić o elementach ideologicznych w różnych koncepcjach gender, na pewno nie są one tożsame z tym, co znajduje się w programach LGBT (oczywiście niektóre się pokrywają). Po drugie, związek gender z neoamarksizmem jest co najwyżej przypadkowy. A po trzecie, stwierdzenie o niszczeniu tradycyjnego modelu rodziny jest efektem halucynacji.

Czytaj też: Kraśnik i inne strefy wolne of LGBT

Krucjata anty-LGBT i lekcja tolerancji

Tolerancja to „postawa zgody na wyznawanie i głoszenie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, oraz na praktykowanie sposobu życia, którego zdecydowanie nie aprobujemy, a więc zgody na to, aby zbiorowość, której jesteśmy członkami, była wewnętrznie zróżnicowana pod istotnymi dla nas względami”. Co ma być tolerowane w sprawie LGBT? Przede wszystkim istnienie takich osób (to implikuje ochronę ich bezpieczeństwa), prawne dopuszczenie związków partnerskich, w radykalniejszej formie – małżeństw (według niektórych implikuje to prawo do adopcji dzieci), równouprawnienie i zakaz dyskryminacji, np. w pracy, oraz takie urządzenie edukacji i polityki społecznej, aby promowały rzetelną wiedzę o mniejszościach seksualnych (wedle skrajnej wersji tego postulatu: edukacja seksualna winna rozpoczynać się w wieku przedszkolnym). Jest całkiem normalne, że postulaty ruchu LGBT są mniej lub bardziej radykalne, jak to bywa w każdym ruchu. Równie zrozumiałe jest to, że rozmaite punkty programowe są kontrowersyjne, ale ich zasadność, np. wieku rozpoczęcia edukacji seksualnej czy prawa do adopcji, powinna być oceniona przez specjalistów, a nie amatorów w rodzaju p. Jakiego, p. Kanthaka, p. Brudzińskiego lub mnie. To powinno zapobiec wierze w głupoty rozpowszechniane przez p. Oko i innych rycerzy anty-LGBT, np. o tym, że homoseksualizm można leczyć (podobne nonsensy głosi episkopat polski, proponując poradnie dla LGBT), że orientacja seksualna jest wybierana (to co innego niż akceptacja swojej płciowości). Postawa wielu hierarchów jest zresztą wyjątkowo haniebna, dość przypomnieć sławną „tęczową zarazę” p. Jędraszewskiego.

Nawet pobieżna analiza wypowiedzi przedstawicieli rodzimej krucjaty przeciw LGBT pokazuje, że towarzystwo to zwyczajnie nie rozumie, w czym rzecz. Pan „Jojo” Brudziński wrzeszczy: „tolerancja tak, afirmacja nie”, ale nie rozumie, że nikt nie wzywa go do afirmacji seksualnej odmienności od heterowiększości, ale jedynie uznania, że takowa istnieje i ma do tego prawo. Pan „Jojo” może w głębi swego dobrozmiennego ducha ubolewać, że seksualne odmieńce chodzą po świecie, ale to jego prywatna sprawa. Podobnie p. Wójcik nie musi afirmować, że ktoś, kogo rad by uważać za niewiastę, jest oznaczony jako mężczyzna w dowodzie osobistym. Niech też p. Wójcik nie truje, że mniejszość seksualna, postulując uznanie jej istnienia i praw, terroryzuje „normalną” większość, ponieważ dokumentuje tym niezrozumienie, czym jest tolerancja. To oczywiste, że p. Jaki nie zgadza się na to, aby jego dzieci oglądały obsceniczne zdjęcia, ale nawet jeśli są one dziełem homoseksualistów, to są tak samo obrzydliwe jak porno dystrybuowane przez hetero. I być może p. Duda zrozumie, że chyba urwał się z choinki, gdy zgodził się na ustawę o związkach partnerskich, ale bez wymiaru seksualnego? A p. Dera, prawnik, żeby było śmieszniej, zagderał, że rodzina jest dopiero wtedy, gdy mężowi i żonie urodzą się dzieci.

Czytaj też: Wojewoda z PiS w obronie LGBT? Nie ma się z czego cieszyć

„Profanacja” siedziby MEN i skutki

Defekty w pojmowaniu tolerancji przez obóz anty-LGBT skutkują kompletnym pomieszaniem pojęć w sprawie równości, łagodnym traktowaniem sprawców fizycznej i werbalnej agresji wobec LGBT czy ślepotą rządzących na niepokojący wzrost liczby samobójstw wśród młodzieży z powodu szykan związanych nawet z podejrzeniem o homoseksualizm. Trudno się temu dziwić, skoro p. Piontkowski, wyjątkowo religijny były naczelny edukator, oburzył się, że ktoś napisał na fasadzie budynku, w którym raczył rezydować, imiona dzieci, które odebrały sobie życie. Wyjątkowy bydlak!

Przebiła go p. Nowak, małopolska kurator oświaty, która uznała pojawienie się podobnej „profanacji” na budynku kuratorium za próbę „deprawacji dzieci treściami seksualizacyjnymi osoby nieletnie, uczniów”. Na pewno zachowanie à la Margot jest niedopuszczalne, ale tak samo ciężarówki z wymalowanymi kłamstwami na temat LGBT. Tymczasem kulsoni (pardon: stróże porządku publicznego) pierwsze traktują surowo, a drugie – z przymrużeniem oka.

Dopóki tak będzie, nie dziwi, że Francuz nie ma problemu z tęczową flagą, a Polak ma. Pierwszy powiesi ją na budynku publicznym bez obawy, że ktoś ją zniszczy, a drugi czyni to np. na obiekcie kultu religijnego, by zamanifestować swoje istnienie. Zwykła tolerancja wobec LGBT szybko doprowadzi do znormalizowania ekstremalnych zachowań części tej grupy, ale wiele wskazuje, że interes polityczny polskiej prawicy (w tym konfederatów) wymaga podgrzewania atmosfery nietolerancji. Świadczy o tym zachowanie „krzyżowców” biorących udział w rzeczonej krucjacie, napawające obawą o możliwe konsekwencje. Zwracałem już uwagę na niebezpieczeństwa związane z nadmiernym kręceniem głową przez p. Bortniczuka (ach, ten patriotyczny zarost). Niezwykłe napięcie widać też na obliczach p. Bosaka (ach, ten prawicowy wdzięk), p. Jakiego (ach, ten europejski sznyt), p. Kowalskiego (ach, te tatatajskie oczy), p. Kanthaka (ach, ta dumna młodość) czy p. Wójcika (ach, ta znajomość prawa). To tylko kilka przykładów tych, którym okrutnie bije w ideologiczny dekiel, gdy bzdurzą o LGBT.

Czytaj też: Gdzie utknęła warszawska „Karta LGBT+”? Pora działać

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Kocham mojego syna, ale nienawidzę zespołu Downa

Czuję się jako obywatel nieistotny. A jako rodzic dziecka z niepełnosprawnością – nieistotny podwójnie – mówi Kobas Laksa, tata ośmioletniego Jonatana.

Mateusz Witczak
08.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną