Kraj

Nie żyje Anna Szulc. Miała dziennikarski zmysł, żyła pełnią życia

Anna Szulc Anna Szulc Stanisław Ciok / Polityka
Wyszukiwała tematy, które inni przegapiali. A na wydarzenia opisywane przez dziennikarzy w ten sam sposób patrzyła z innej, dużo ciekawszej perspektywy. Była niezrównana w „otwieraniu” rozmówców.

Poznałem Annę Szulc w 1991 r. Była jedną z gromadki początkujących dziennikarek „Gazety Krakowskiej”. Pomagałem im w zdobyciu warsztatu dziennikarskiego. Ku mojemu zaskoczeniu Anka broniła się przed tym rękami i nogami. Gdy ją poznałem bliżej, zrozumiałem przynajmniej część powodów takiej postawy.

Wyszukiwała tematy, które inni przegapiali

Anka młodo wyszła za mąż – za psychopatę, który znęcał się nad nią psychicznie i fizycznie. A ona długo nie potrafiła się od niego uwolnić. I oczywiście wstydziła się tego (o #MeToo jeszcze się nikomu nie śniło) i próbowała ukrywać ślady przemocy.

To wycisnęło na niej piętno. Do ludzi podchodziła z nieufnością. Nie wierzyła w bezinteresowną pomoc, nie znosiła poleceń, a przyznanie się do niewiedzy uważała za plamę na honorze. Ładnych parę lat nasze kontakty były jak Kargula z Pawlakiem w komedii „Sami swoi”.

Za to – a może dzięki temu – miała zmysł dziennikarski. Wyszukiwała tematy, które inni przegapiali. Albo na wydarzenie opisywane przez dziennikarzy w ten sam sposób patrzyła z innej, dużo ciekawszej perspektywy.

Była niezrównana w „otwieraniu” rozmówców. Raz siedziałem przy sąsiednim biurku, gdy Anka rozmawiała z pewnym samorządowcem. Ten ktoś na początku na jej pytania odpowiadał tylko monosylabami. A mimo to Anka potrafiła wyciągnąć z niego wszystkie informacje, o które jej chodziło.

To był czas reform Balcerowicza, kiedy nasz świat zmieniał się dosłownie każdego dnia. Opisywała ofiary transformacji, choć nie zawsze potrafiła poprawnie ocenić, czy ci, którzy stracili na przemianach, naprawdę zostali skrzywdzeni, czy tylko utracili uprzywilejowaną sytuację z czasów, gdy gospodarka była odizolowana od światowej konkurencji i sprzedawały się nawet towary byle jakie.

Zawsze jednak stawała po stronie słabszych, szczególnie jednostki w starciu z molochem. Jak kasjerki z francuskiego hipermarketu, która straciła zdrowie, bo źle jeździła na wrotkach (kto jeszcze pamięta tak absurdalne wymagania wobec personelu sklepów?).

Jej teksty wyróżniały się też stylem. I to miała wrodzone. Pisała lekko, często z ironią. Jej teksty „same się czytały”.

Na Ankę można było liczyć. Doświadczyłem tego

Zmysł dziennikarski i operatywność sprawiły, że po kilku latach przeszła z lokalnego dziennika do najlepszego polskiego tygodnika. Byliśmy już wtedy w dobrych relacjach, więc czasami zwierzała mi się, że jej sukces zawodowy wielu jej znajomym był solą w oku. Znosiła to źle. Miała też tremę przed pisaniem do „Polityki”. Na początku bała się, że sobie nie da rady. Sławni dziennikarze ją onieśmielali. Przed obcymi udawała, że wcale tak nie jest, ale jej przyjaciele o tym wiedzieli. Namawiałem ją wtedy, żeby po prostu była sobą i nie kryła swoich prawdziwych uczuć i odczuć. Chyba jednak bez większych sukcesów. Parę razy udało mi się dobrze jej doradzić w sprawach osobistych.

Nie chciałbym jednak, by czytelnicy tego tekstu odnieśli wrażenie, że jej życie było pasmem nieszczęść. Żyła pełnią życia. Był to czas, gdy niemal codziennie pojawiały się nowe kawiarnie, restauracje i puby. W słynnych pubach Free przy ul. Sławkowskiej oraz w Kulturze przy Szewskiej spędzała noce i dnie. W Krakowie zapamiętamy ją jako bohaterkę niezliczonych anegdot i historyjek. Miała cięty język i niejeden niewczesny absztyfikant gorzko żałował, że próbował ją przegadać przy świadkach.

Anka rozkwitła, gdy znalazła wspaniałego męża, zakochanego w niej bez pamięci, i urodziła syna, z którego była bardzo dumna. I wszyscy w Krakowie wiedzieli, że jest świetną matką oraz żoną.

Była też osobą, na którą zawsze można było liczyć w razie potrzeby. Gdy trzeba było coś załatwić lub po prostu pocieszyć dobrym słowem. Ja też tego doświadczyłem.

Często słyszałem lub czytałem opinie innych dziennikarzy, że Anka pisze bardzo szybko i łatwo. Mnie mówiła co innego. Szybko – tak, ale nie łatwo. Pisanie ją spalało. Dosłownie. Jej mąż Paweł powiedział, że gdy zasypiał, Anka na górze pisała tekst. Rano zastał ją nieprzytomną.

Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama