Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Sprawa patriotów. PiS zaczyna trwonić dorobek Polski w NATO. Nie ma prawa

Minister obrony Mariusz Błaszczak i premier Mateusz Morawiecki, 18 listopada 2022 r. Minister obrony Mariusz Błaszczak i premier Mateusz Morawiecki, 18 listopada 2022 r. Leszek Chemperek CO / Ministerstwo Obrony Narodowej
Partia Jarosława Kaczyńskiego szaleje z antyniemiecką nagonką po największej sojuszniczej wpadce w czasie wojny w Ukrainie. Trwoni polski kapitał zgromadzony w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy i 23 lat członkostwa w NATO.

Kiedy na ważne tematy w czasie podwyższonego napięcia politycznego wypowiada się Marek Suski, można go nie słuchać – założywszy, że powie coś tak horrendalnego, iż nie jest to warte poważnego zainteresowania. Z drugiej strony słuchać go jednak trzeba, bo wśród egzegetów pisowskich przekazów dominuje przekonanie, że Suski nie mówi za siebie, a jest głosem partii, a nawet Jarosława Kaczyńskiego. Przy tym mówi często to, czego partia ani prezes nie mają odwagi wziąć na swoją odpowiedzialność. Nakładając medialną aktywność Suskiego na kalendarium sporów politycznych, można zauważyć pewną korelację jego wypowiedzi z temperaturą kryzysu. Pamiętamy przecież, jak przy którejś kolejnej eskalacji sporu o praworządność nazwał Unię Europejską „okupantem brukselskim”, z którym Polacy dadzą sobie radę. Nic dziwnego więc, że Marek Suski i tym razem przemówił.

Czytaj też: Niemieckie patrioty w Polsce. Żadna ze stron nie mogła oblać tego testu

Suski, pisowska tuba absurdu

„Można rzec, że oni podskórnie wspierają agresję rosyjską, bo nie pomagają Ukrainie” – powiedział radomski poseł, skracając i powtarzając popularną na prawicy w Polsce fałszywą narrację. Nie ma większego sensu za każdym razem korygować Suskiego, bo jego wypowiedzi nie mają na celu wymiany rzeczowych argumentów, ale warto w skrócie przytoczyć, że Niemcy przekazały Ukrainie m.in.:

  • nowoczesny system obrony powietrznej z pociskami
  • pięć wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych ziemia-ziemia
  • 14 haubic samobieżnych
  • 30 gąsienicowych działek przeciwlotniczych
  • 900 ręcznych wyrzutni przeciwpancernych z 3 tys. pocisków
  • ponad 3 tys. ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych Stinger i Strieła.

Lista zapowiedzianego i obiecanego uzbrojenia jest jeszcze dłuższa. Można oczywiście oceniać, wyceniać i dyskutować, czy niemiecka pomoc jest wystarczająca, na czas, odpowiednia wojskowo i odpowiadająca potencjałowi Niemiec. Rzeczywistej pomocy towarzyszą bowiem fatalne wpadki komunikacyjne, obietnice złożone na wyrost, które nie znalazły pokrycia – jak choćby z czołgami – ale teza, iż „Niemcy nie pomagają Ukrainie”, to demagogia czystej wody. Świadczy to ewidentnie o tym, że PiS przyjął taktykę zakrzyczenia problemu.

Inną wskazówką jest zawartość reprezentującego w znacznym stopniu linię partii rządzącej portalu wPolityce.pl. W piątkowe popołudnie temat niemieckich patriotów dominował. Centralną pozycję zajmował minister Mariusz Błaszczak, który po raz kolejny uzasadniał, że „rozlokowanie patriotów na Ukrainie jest korzystne dla bezpieczeństwa Polski” i „że o takie wsparcie apelował prezydent Zełenski”. Pierwszą tezę można jak najbardziej uzasadnić, druga jest prawdą. Ale Błaszczak idzie dalej w polemice z rzeczywistością i powiada, że Amerykanie przekazali Ukrainie sprzęt bardziej zaawansowany niż „stare niemieckie patrioty”, podając przykład wyrzutni HIMARS. To już kwestia o wiele bardziej dyskusyjna.

System obrony powietrznej, jakim jest Patriot, ze swej natury jest dużo bardziej „usieciowiony” niż polowa artyleria rakietowa i zawiera dużo więcej chronionych elementów, ważnych z punktu widzenia interesów całego NATO. Innymi słowy, o ile pojedynczy HIMARS też zadziała, o tyle pojedyncza wyrzutnia Patriot już nie bardzo, bo potrzebuje „wpięcia” w system, i to system o kluczowym znaczeniu dla całego Sojuszu. Między innymi to jest powodem, dla którego do Ukrainy nie trafiły amerykańskie patrioty, czego Błaszczak ani Suski w antyniemieckich tyradach wolą nie dostrzegać.

Nie spieszą się też, by Ukrainie wysłać polskie patrioty, których zresztą wbrew przekazowi MON jeszcze nie ma, a przynajmniej nie w postaci operacyjnie gotowej baterii. Naginanych, niepasujących, błędnych szczegółów można znaleźć więcej, ale jak w każdej propagandzie pomieszane są z faktami, realiami i konkretami, żeby trudniej było odróżnić jedne od drugich. Z godziny na godzinę staje się jednak coraz jaśniejsze, że w linii obrony kierownictwa PiS nie chodzi o jakąkolwiek rzetelność, zgodność z faktami czy opis potrzeb wojskowych, a podsycanie nieufności i wrogości wobec Niemiec.

Czytaj też: Walka z Rosją będzie długa i ciężka. Kluczowe są rezerwy

Sojusznicy tego nie rozumieją

Z tego języka próbuje jakoś się wyłamać kancelaria prezydenta Andrzej Dudy i on sam. Konstytucyjny zwierzchnik sił zbrojnych po kilku dniach kluczenia i zasłaniania się swoimi ministrami (w roli rzecznika jego umiarkowanego niezadowolenia występował Paweł Szrot) w piątek po południu i w czasie zagranicznej wizyty zaapelował, by jednak przyjąć niemiecką ofertę. „Jeśli Niemcy nie zgodzą się na wyjazd baterii na Ukrainę, to trzeba tę ochronę przyjąć u nas” – napisał na Twitterze. Ale gdy został o sprawę patriotów zapytany na konferencji prasowej z prezydentami Litwy, Łotwy i Rumunii, nie odpowiedział. Może z tremy zapomniał, a może potrzebował chwili do namysłu, by zakwestionować stanowisko wicepremiera i prezesa – bo jednak teraz to oni będą musieli się jeszcze raz namyślać i jakoś odpowiedzieć.

Polityczna pozycja prezydenta nie jest silna w obecnym układzie, ale to Duda jest głównym partnerem dla przywódców państw NATO i prowadzi politykę sojuszniczą na najwyższym szczeblu. Nic dziwnego, że po kompromitującym zwrocie akcji, który dokonał się za jego plecami, usiłuje ratować sytuację i generalnie grać „dorosłego w pokoju”. Z punktu widzenia interesów bezpieczeństwa Polski i całej wschodniej flanki NATO należałoby trzymać kciuki za powodzenie tej szarży na Nowogrodzką i związany z nią urząd ministra obrony, ale to nic pewnego. Poza tym szkoda już została wyrządzona.

Okazało się bowiem, że w Polsce pod obecnymi rządami obiektywny wojskowy sens, sprzyjająca wizerunkowi NATO sojusznicza przydatność i dwustronna partnerska korzyść – dająca szansę odbudowy bardzo złych relacji dwóch bardzo ważnych krajów Europy – może być w każdej chwili zakwestionowana. To, czego doświadczyliśmy przez ostatnie kilkadziesiąt godzin, można porównać do odrzucenia przez PiS wynegocjowanego kontraktu na śmigłowce Caracal, tyle że nastąpiło o wiele szybciej i miało dużo większy ciężar gatunkowy z uwagi na sytuację wojenną. Mimo że w ocenie wojskowych z Polski i NATO bezpośredni atak Rosji w tej chwili nam nie grozi, demonstracyjne blokowanie inicjatyw wzmacniania wschodniej flanki jest bardzo źle widziane.

Błąd, zaskoczenie, zdenerwowanie, rozgoryczenie – oceny takie słyszałem od kilku przedstawicieli sojuszniczych rządów i sił zbrojnych, którzy nie tyle nie rozumieją, co się w Polsce dzieje – bo antyniemiecka postawa Warszawy jest dla wszystkich widoczna – ile nie dopuszczali wcześniej, że zaważy ona nad tak ewidentnie bezspornym tematem jak wzmocnienie obrony powietrznej. Nawet jeśli ostatecznie nastąpi jeszcze jeden zwrot i powrót do jakichś ustaleń z Niemcami, nie zmieni to wrażenia niestabilności polityki bezpieczeństwa, której trwałość i przewidywalność powinna być wyznacznikiem powagi, wiarygodności i siły państwa – nie ma prawa jej naruszać taki czy inny rząd.

Czytaj też: Czy przecenialiśmy armię Rosji? Mówi znany zachodni analityk

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną